Styczeń roku siedemdziesiątego siódmego powoli dobiegał końca, jednak zima nigdzie się nie wybierała. Dzień jeszcze na dobrą miarę się nie rozpoczął, wszystko zdawało się być poszarzałe, jakby oczekując, aż promienie słońca wychylą się spoza wieżyczek osadzonego na skalnym urwisku zamku. Obok niego rozciągało się ogromnych rozmiarów jezioro, które zdawało się być niemalże czarne, tuż przy brzegu sytuacja zmieniała się jednak o sto osiemdziesiąt stopni za sprawą warstwy lodu pokrywającą taflę. Z drugiej strony budowli rozpościerała się połać uśpionego o tej porze Zakazanego Lasu, a pomiędzy nimi roztaczały się szkolne błonia, zazwyczaj służące uczniom Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart za miejsce w którym mogli spędzać wolny czas. W okresie zimowym świeciły one jednak pustkami, zasypane śniegiem do wysokości kolan lub nawet pępka; posiadały jedynie wydrążone korytarze przemierzane szybkim krokiem o określonych porach przez studentów. Prowadziły one między innymi do cieplarni, chatki gajowego szkoły – Hagrida – czy też do miejsca, w którym odbywały się zajęcia z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami,

Już na pierwszy rzut oka Hogwart jednoznacznie utożsamiano z niesamowitością. Magia zdawała się wręcz wyciekać z niego poprzez okna czy szpary w drzwiach; emanował nią od fundamentów, poprzez ściany z szaro-żółtego kamienia, aż po szczyty niezliczonych baszt i pomniejszych wieżyczek pokrytych zaśniedziałą miedzianą blachą. Dwie spośród nich były szczególne – znajdowały sie w nich bowiem dwa spośród czterech domów do których należeli uczniowie placówki – Ravenclaw, przyjmujący mądrych, i Gryffindor, jednoczący odważnych. Pozostałe – Slytherin, gromadzący przebiegłych, i Hufflepuff, do którego należeli ludzie o szczególnie dobrym sercu, znajdowały się odpowiednio w lochach i w piwnicach nieopodal kuchni.

Zegar, górujący ponad dziedzińcem od frontowej strony zamku, wybił właśnie godzinę szóstą rano, przeganiając tym samym kruki siedzące na balaskach. Zdecydowana większość uczniów niewiele sobie jednak z tego robiła. Po całym tygodniu wytężonej pracy nareszcie nadszedł oczekiwany weekend, a wraz z nim – mecz quidditcha, czarodziejskiego sportu, który polega na lataniu na miotłach i przerzucaniu kafla, średniej wielkości, czerwonej piłki, przez jedną z trzech obręczy przeciwnika. Spotkanie można jednak zakończyć tylko w jeden sposób – poprzez złapanie złotego znicza – malutkiej złotej kuleczki ze skrzydełkami, która znikała tak szybko jak się pojawiała, przez co kluczowym zadaniem stawało się jej dostrzeżenie, a dopiero później pochwycenie. Całość rozgrywki miały urozmaicać dwie dodatkowe piłki, zwane tłuczkami, które starały się poturbować zawodników.

Drużyna składała się z siedmiu zawodników i każdy miał swoje określone funkcje; troje to ścigający, których zadaniem było przerzucenie kafla przez jedną z pętli – a każdy taki manewr równał się dziesięciu punktom. Kolejny, zwany obrońcą, miał pilnować pętli, niczym bramkarz w piłce nożnej. Następnych dwóch to pałkarze, wyposażeni w krótkie pałki, którymi odbijali tłuczki; miało to dwie funkcje – ochrona swoich zawodników oraz próba zaszkodzenia przeciwnikom. Co jak co, ale quidditch nie należał do delikatnych sportów – bardzo często spotkania kończyły się licznymi obrażeniami, złamaniami a nawet poważniejszymi urazami. Ostatni i chyba najbardziej kluczowy zawodnik to szukający, który zajmował się złapaniem złotego znicza, o wartości aż stu pięćdziesięciu punktów co najczęściej przesądzało o wyniku spotkania.

Gdyby przejść teraz korytarzami Hogwartu, nie spotkałoby się żywej duszy; nikt nie chciał niepotrzebnie wyściubiać nosa spod zagrzanej, puchowej kołdry. Pomimo tego, że we wszystkich kominkach wesoło trzaskał ogień, kamienne mury powodowały, że przestrzeń było trudno zagrzać. Skyler leżała cicho w łóżku wciąż z zamkniętymi oczami, choć obudziła się chwilę temu. W miarę rytmu oddechów śpiących wciąż współlokatorek, odliczała powoli, stając się zmobilizować do zsunięcia stóp na lodowatą posadzkę. Otworzyła oczy, chcąc rozejrzeć się za swoimi pantoflami, jednak szybko zorientowała się, że stoją tam, gdzie je ostawiła, jednak to jej pozycja znacząco się zmieniła. W jednej chwili przypomniała sobie o nawałnicy, która przeszła uprzedniej nocy nad terenami szkoły. Śnieg uderzał z dużą prędkością o okna, stopniowo odcinając dostęp księżycowego światła, a gdy się przez to obudziła dostrzegła, że płomyk, który jak każdej nocy znajdował się w słoiku na jej szafce nocnej, wygasł, zasnuwając dormitorium złowieszczą ciemnością. Jak zwykle w takich sytuacjach serce znacząco przyspieszyło swój bieg, a oddech stał się płytki i nierówny. Postanowiła się ratować opcją, która jako jedyna wpadła jej do głowy i na którą najczęściej się decydowała, gdyż stanowiła o wiele lepsze rozwiązanie od ponownego rozpalenia płomyka i wpatrywania się w niego do samego świtu – szybkim ruchem odsłoniła kołdrę i w trzech susach wpadła Lily do łóżka. Ta, wyciągnięta z głębokiego, snu wymamrotała tylko sennym głosem, nawet nie otwierając oczu:

– Znowu złe sny? – Po czym, nawet nie czekając na odpowiedź, przytuliła przyjaciółkę, mechanicznie gładząc ją po włosach. Ten gest zdecydowanie uspokoił Australijkę i pozwolił Skyler ponownie zanurzyć się w objęcia snu, który zazwyczaj stawał się krainą koszmarów – zmasakrowanych ciał i monstrum sklejonego z autobusu i samochodu. Tej nocy jednak już więcej nie nadeszły, nie w objęciach Lily – tam była bezpieczna przed ich zasięgiem.

Spojrzała na swoją wybawicielkę; leżała na wznak z lekko rozchylonymi ustami, rude pukle rozsypały się po poduszce, tworząc asymetryczne wzory na białej pościeli. Grzbiet nosa, kości policzkowe i ramiona obsypane przeuroczymi piegami. Wyglądała na taką spokojną, co zdarzało się jej jedynie w otoczeniu książek i czasami w dormitorium. Stan ten jednak doskonale potrafił zburzyć James Potter – kapitan drużyny quidditcha, który podkochiwał się w niej od piątej klasy. Ta myśl gwałtownie przywróciła Skyler do rzeczywistości, w której nie dalej jak za trzydzieści minut musiała się stawić na trening czarodziejskiego sportu.

Jak oparzona wyskoczyła z łóżka, momentalnie tego żałując. Dreszcze przebiegły całe ciało, gdy tylko dotknęła bosą stopą kamiennej posadzki. Jako że wychowała się w zupełnie odmiennym klimacie niż Brytyjczycy, nigdy nie potrafiła przyzwyczaić organizmu do tych szalenie niskich temperatur, które panowały w zimie. Doskoczyła do swojego łóżka, na które wskoczyła przy akompaniamencie głośnego jęku uginających się sprężyn. Sięgnęła po ciepłe pantofle, które otrzymała na święta od dziadków, po czym wyciągnęła z kufra szatę i energicznym krokiem ruszyła do łazienki, aby się przebrać. Po porannej toalecie szybkim marszem ruszyła w stronę boiska. Liczyła na to, że uda jej się złapać po drodze Pottera, wtedy nie musiałaby przemierzać całej drogi pieszo, bo to właśnie kapitan zabierał wszystkie miotły na stadion. Tak się jednak nie stało, zamek wydawał się nadal tak samo opustoszały jak wcześniej; skinięciem głowy przywitała się z duchem wieży Gryffindoru, sir Nicolasem de Mimsy-Porpingtonem, zwanym wśród uczniów Prawie Bezgłowym Nickiem, ponieważ jego głowa trzymała się jedynie na cieniutkim kawałku skóry, co spowodowała nieudolnie wykonana egzekucja. Co bardziej zaprzyjaźnieni z nim uczniowie wiedzieli doskonale, że nie jest zachwycony z tej sytuacji, jako że jego wielkim marzeniem było polowanie bez głów, urządzane co roku przez dekapitowane duchy.

Skyler przyspieszyła kroku, przechodząc do wolnego biegu. Uwielbiała uczucie, gdy mięśnie się rozgrzewały, co po krótkiej chwili dawało jej poczucie, jakby nic nie mogło jej zatrzymać. Nawet tu, wewnątrz zamku z każdym oddechem z jej ust wydobywał się obłoczek pary. Zbiegła po schodach w sali wejściowej, po czym pchnęła drzwi prowadzące na błonia. Momentalnie zamarła, gdy owionęło ją zimowe powietrze; poczuła się tak, jakby ktoś wbijał w nią tysiące lodowych igiełek, powoli zamrażając mięśnie i kości. Nawet serce zdawało się zatrzymać swoje uderzenia na krótką chwilę. Wzięła głęboki oddech, naciągnęła szalik na pół twarzy, aby przynajmniej minimalnie filtrował wdychane powietrze, po czym ruszyła biegiem przez wydeptaną w śniegu ścieżkę, prowadzącą do majaczącego się w oddali stadionu.

Chociaż czas dyszał jej w plecy i doskonale wiedziała, że nie zdąży na wyznaczoną godzinę, świadomość, że najpewniej nie będzie ostatnia, jako że jeden z pałkarzy wiecznie się spóźniał, trochę podnosiła ją na duchu. Wpadła do szatni, gdzie, o dziwo, panowało przyjemne ciepło, jak szybko zauważyła, z powodu piecyka postawionego na środku pomieszczenia. Członkowie drużyny siedzieli na ławkach, wyciągając dłonie go źródłu ciepła.

– Widziałaś gdzieś po drodze Eamesa? – dobiegł ją głos Jamesa, który wstał, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi. Kapitan był wysokim, postawnym chłopakiem, który mógł pochwalić się dość rozwiniętą muskulaturą, aczkolwiek nie przesadnie. Patrzył na swoich zawodników oczyma o kolorze głębokiego brązu, które mogłyby przywodzić na myśl te sokole, gdyby nie kolosalna wada wzroku. Czerwono-złota szata furkotała za nim, w miarę jak przemierzał w tę i z powrotem niewielką połać szatni. Jego znak firmowy stanowiła kruczoczarna czupryna, którą przeczesał właśnie palcami, jednak wcale nie po to, aby się uczesać – gest ten miał zgoła inne znaczenie, chodziło bowiem o to, żeby wyglądać tak, jakby dopiero co zsiadł z miotły. Potter był dumny z tego, co udało mu się osiągnąć, a przede wszystkim lubił się tym chwalić i być za to podziwianym. – Chciałem dziś wcześniej zacząć, a on… – urwał, podchodząc do tablicy, na której znajdowała się dwuwymiarowa makieta boiska, ściągnął z nosa okulary i przetarł je skrajem szaty, po czym spojrzał na szkła pod światło, czy aby na pewno są już czyste. – Nawet mu przypominałem wczoraj trzy razy, żeby dobrze nastawił budzik. Gdyby nie jego siła i umiejętności, już dawno wyleciałby z drużyny… – dokończył z westchnieniem, różdżką przesuwając po makiecie figurki przedstawiające poszczególnych zawodników, następnie wypowiedział zaklęcie i malutkie postacie zaczęły przesuwać się bez niczyjej pomocy, wykonując przy tym skomplikowane manewry.

Nagle do szatni wpadł zdyszany spóźnialski, wciąż powtarzając, że przeprasza i bardzo mu przykro. Warstwa śniegu, w którą został przyodziany, momentalnie zaczęła topnieć pozostawiając po sobie drobne krople na ubraniu i we włosach, które migotały pomarańczowym światłem piecyka. Drugi pałkarz wstał z ławeczki i zamaszyście uderzył swojego kompana w potylicę. Zagranie to zapewne zasługiwałoby na pouczenie, ale w przypadku tego jednego zawodnika zasady obejmujące członków drużyny nie miały zastosowania. Był to bowiem Syriusz Black, najlepszy przyjaciel Pottera, któremu kapitan pozwalał na więcej, lecz w zamian za to ten musiał starać się bardziej niż reszta drużyny, aby udowodnić wszystkim, że nie dostał się do składu na zasadzie protekcji. Pomimo tego, że z prastarym rodem, z którego się wywodził, wiązało go już jedynie nazwisko, w niezbadany sposób aż bił od niego fakt posiadania błękitnej krwi. Nikt nie potrafił wyjaśnić tego zjawiska, w szczególności, że młody Black starał się robić wszystko, aby uwydatnić swoją odmienność od rodziny; preferował mugolskie stroje i interesował się motoryzacją, o czym świadczył zbiór pism oraz fakt, że zamiast czarodziejskich, ruchomych zdjęć, miał przy łóżku powieszony plakat jak najbardziej nieruchomej brunetki w starym Mustangu oraz drugi przedstawiający blondynkę stojącą przy ekskluzywnym motorze. Ponadto Syriusz posiadał ogromny dar przyciągania do siebie płci pięknej; uczennice podkochiwały się w nim na okrągło, a on skrzętnie to wykorzystywał. Czasami wystarczało jedno spojrzenie tych nieprzeniknionych oczu, które były tak ciemne, że rozróżnienie granicy pomiędzy źrenicą a tęczówką wydawało się niemożliwe, lub kilka słów wypowiedzianych głębokim barytonem, a pod dziewczyną uginały się kolana i już znajdowała się pod jego urokiem. Również ten fakt pozostał nie do końca zrozumiały, bo młody Black nigdy przesadne o siebie nie dbał – ot, stosunkowo krótko przystrzyżone czarne włosy, szkolna szata, zawsze niedociągnięty krawat i koszula, która uparcie nie chciała w całości tkwić w spodniach. Musiało jednak być w nim coś takiego, co działało na kobiety jak magnes; po prostu nikt nie potrafił określić, co to za czynnik.

– Nie marnujmy teraz czasu, drużyno! Musimy dzisiaj dokopać Puchonom, a nie zrobimy tego bez porządnego treningu! – wykrzyknął z zapałem kapitan, po czym pchnął drzwi prowadzące na zewnątrz; każdy zawodnik zadrżał, opuszczając ciepłą szatnię. Wszyscy automatycznie naciągnęli gogle na oczy i starali się jakoś podciągnąć szaliki, tak aby choć częściowo osłaniały ich twarze przed siekającym śniegiem, po czym w momencie odepchnęli się mocno stopami od podłoża i unieśli się w powietrze.

Skyler poczuła nieposkromioną radość, jak zawsze, gdy dosiadała miotły. Wiązało się tym ogromne poczucie wolności, jakie dawało latanie; dzięki temu stawała się niemalże jak ptak, który nie posiada żadnych zobowiązań, planów czy wyczekiwanych terminów, po prostu rozkładał skrzydła i żył, ciesząc się każdą chwilą życia. Taka właśnie stawała się z momentem wzniesienia w górę. Gdy tylko straciła grunt pod stopami, pomimo paskudnej pogody i igiełek lodu uderzających po twarzy, nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu wyrywającego się na jej usta. Znajdowała się w swoim żywiole i co więcej, naprawdę jej to wychodziło. Może kryło się w tym trochę zasługi krwi sławnego zawodnika płynącej w jej żyłach? Tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, jej zdolności można by porównać do tych, które posiadał kapitan drużyny, ale dziewczyna za grosz nie miała zdolności przywódczych; jej miejsce w drużynie doskonale jej odpowiadało. Wraz z Potterem tworzyli niepokonany duet, mogłoby się wręcz zdawać, że każdorazowo prowadzą ze sobą niesamowity powietrzny taniec, tyle było płynności i gracji w wykonywanych przez nich manewrach. Każdy, kto choć raz widział ich we wspólnej akcji, wróżył im wspaniałe kariery sportowe, o czym oboje marzyli od dziecka.

Po godzinnym treningu drużyna Gryffindoru z trudem pchnęła drzwi do Wielkiej Sali; największego pomieszczenia w całym zamku. Zajmował powierzchnie tak dużą, że bez problemu mieściły się tam cztery ogromne stoły, po jednym należącym do każdego domu, oraz piąty, ustawiony prostopadle do pozostałych, przy którym zasiadali do posiłku nauczyciele i personel szkoły. Wciąż było wcześnie jak na sobotnie śniadanie, dlatego też w pomieszczeniu pozajmowane zostały pojedyncze miejsca na drewnianych ławach. W dniu dzisiejszym, z powodu nadchodzącego meczu, ściany przyozdobiono proporcami domów, które miały spierać się w sportowym wydarzeniu. Zwykle na ścianach wisiały naprzemiennie flagi wszystkich czterech domów, wyjątek stanowił ostatni dzień szkoły, kiedy to ogłaszano zwycięzcę walki o Puchar Domów. Jak zawsze skrzaty domowe, pracujące w kuchni, suto zastawiły wszystkie stoły jedzeniem, tak że nie istniała osoba, która nie potrafiłaby znaleźć czegoś dla siebie; co więcej przy szczególnych uroczystościach panował taki przepych, że większość uczniów nie potrafiła podjąć decyzji, co wybrać spośród tej różnorodności smakołyków.

Trójka zawodników, znajdująca się obecnie na szóstym roku, zasiadła obok swojego rówieśnika – Remusa Lupina, chłopca o ciekawskim spojrzeniu miodowych oczu, lustrujący współbiesiadników, posiadał on jakąś wręcz niesamowitą zdolność obserwacji rzeczy, które pozornie zdawały się nieznaczące oraz tych, których inni, pomimo usilnych starań, po prostu nie potrafili dostrzec. Jasnobrązowe włosy sterczały we wszystkie strony, podkreślając fakt, że niedawno się obudził. Lunatyk, jak nazywali go przyjaciele, zaczął opowiadać historię, która wydarzyła się ich współlokatorowi, Peterowi Pettigrew, którego wszyscy brali za członka ich grupy, w dormitorium niedługo po ich wyjściu. Lupin mocno przy tym gestykulował, co uwydatniało proporcje jego ciała; zdecydowane nie był typem atlety, raczej szczupły, niemalże na granicy niezdrowej chudości, co dodatkowo podkreślały jego szczupłe ręce z długimi palcami; wzrostem nieznacznie przewyższał przyjaciół, a czupryna dodawała mu zawsze trochę ponad cal.

Remus skrywał ogromną tajemnicę; każdego dnia unosił na swoich barkach ciężar tak wielki, że niejeden z uczniów nawet nie potrafiłby sobie tego wyobrazić. Chłopak został bowiem w dzieciństwie wilkołakiem, a jedynymi osobami spoza kadry nauczycielskiej, które o tym wiedziały, byli huncwoci i nadchodząca właśnie Lily Evans, dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie. Mało kto uważał ją za piękność; słowa jakimi częściej określano jej aparycję to „przeciętna" lub co najwyżej „ładna"; nie można jej jednak odmówić charakterystyczności. Nikt w całej szkole nie miał aż tak rudych włosów i pięknych zielonych oczu do kompletu. Niemalże wszyscy wiedzieli o miłości, jaką darzył dziewczynę James Potter – częściowo z tego powodu, że nikomu nie paliło się do konfrontacji z chłopakiem, a częściowo przez jej ognisty temperament, dziewczyna nie miała zbyt wielu adoratorów.

Zgrabnym ruchem wsunęła się na ławkę obok Lupina, jej najbliższego przyjaciela; pocałowała go w policzek, uśmiechając się przy tym lekko, myślami jednak krążyła wokół prezentu, który miała od niego dostać na jutrzejsze urodziny. Miała nadzieję, że będzie to kolejna płyta do jej kolekcji schowanej w dużym pudle pod łóżkiem, tuż obok gramofonu. Remus zawsze podarowywał jakąś perełkę; coś, po co sama nigdy by nie sięgnęła, a dziwnym trafem zawsze zakochiwała się w albumie niemalże od pierwszych dźwięków. Kątem oka zauważyła, że kapitan drużyny przygląda się jej o wiele dłużej, niżby sobie tego życzyła. Rzuciła mu karcące spojrzenie, ale zdawał się tym nie przejmować, jak zwykle zresztą.

Podczas takich poranków myśli Jamesa biegły jednotorowo – wszystkie dotyczyły quidditcha. Jednak gdzieś pomiędzy wszystkimi taktykami, manewrami i rozważaniami na temat zaklęć mogących zabezpieczyć ich przed paskudnym wpływem pogody, musiała znaleźć się odrobina miejsca i dla niej. Zupełnie nieświadomie wkradła się do jego głowy i zaczęła panoszyć się w jego poukładanym toku rozmyślań, burząc misterny plan; to, że mimowolnie się jej przygląda zauważył to dopiero później, gdy wszytko zostało stracone i koniecznością stało się ponowne przejście tym samym torem. Zdecydowanie nie był zachwycony tym, że taka mała osóbka potrafiła tak wytrącić go z równowagi – nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą. Choć miał wtedy zaledwie szesnaście lat i o prawdziwej miłości nie wiedział wiele, to już wtedy, gdy zobaczył ją tamtego dnia w świetle zachodzącego słońca, tak ślicznie grającym przebłyskami w jej rudych włosach, przysiągł sobie że Lily kiedyś się z nim umówi. I choć wszyscy wkoło radzili mu, by sobie odpuścił, to pomimo prawie dwóch lat ciągłych odmów, wcale nie miał zamiaru się poddać; nie tak postępują Potterowie – Potterowie walczą do samego końca.

Chwilę później do sali wpadła drużyna Puchonów, rozmawiając głośno; za nimi kroczył ich kapitan, wraz ze swoją przybraną siostrą, która zachichotała, zakrywając przy tym malinowe usta, najwyraźniej przez jakiś żart, który dopiero co został opowiedziany. Na pierwszy rzut oka Meredith i Anton mogli być brani za uroczą parę – nikomu do głowy by nie przyszło, ze mogą być rodzeństwem. Zupełnie sie od siebie różnili, na próżno doszukiwać się pomiędzy nimi fizycznego podobieństwa.

On wysoki, dobrze zbudowany, o włosach w kolorze ciemnego brązu i delikatnie przyciemnionej karnacji. Ona natomiast niska i drobniutka, o długich, ciemnych, lekko kręconych włosach, o skórze w kolorze migdałów i dużych, błękitnych oczach, których nie sposób zapomnieć. Również ich marzenia zupełnie się różniły; być może właśnie z tego powodu, iż nie wchodzili sobie w drogę i nie starali się ze sobą rywalizować, byli tak zgranym rodzeństwem obdarzającym się bezgranicznym zaufaniem. Jednak pomimo ich wielu wspólnych cech, przydział do szkolnych domów znacząco się różnił; on należał do Hufflepuffu, ceniącego sobie pracowitych uczniów o dobrych sercach, ona natomiast do Gryffindoru, w którym królowała odwaga. Oba domy coś jednak łączyło – wierność swoim przekonaniom niezależnie od wszystkiego.

Meredith obdarzyła brata jeszcze jednym ciepłym uśmiechem i oddaliła się w stronę swojego miejsca przy stole Gryfonów; odprowadził ją wzrokiem, powoli krocząc ku swojej ławce. Gdy już usiedli, pozwolił sobie na swój codzienny, pozornie nieszkodliwy rytuał – płynnie zmienił obiekt obserwacji. Jeszcze przez krótką chwilę pozwolił sobie na spoglądanie na przyjaciółkę siostry; na jej dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechała, rozmawiając z przyjaciółmi, oraz jak uroczo starała się zapanować nad kosmykiem włosów, który wciąż wysuwał się z miejsca za uchem, gdzie dopiero co go umieściła. Spuścił wzrok, z dużym opóźnieniem reagując na zadane wcześniej pytanie przez jednego z członków drużyny. Co jak co, ale odwaga w stosunku do płci przeciwnej nigdy nie była jego mocną stroną; i cóż zrobić, koniec końców nie dzięki odwadze został Puchonem.