Panna Evans wracała właśnie wraz ze swoją przyjaciółką, Chenal, z biblioteki, w której poszukiwały czegoś, co mogłoby się im przydać do wypracowania z eliksirów. Dla większej dokładności należy dodać, że w zdecydowanej mierze to Lily szukała, a Skyler poszła z nią w charakterze asysty. Teraz, dźwigając naręcza podręczników, przemierzały zimne, kamienne korytarze, rozmawiając zawzięcie o wyjściu do Hogsmeade, wioski zamieszkanej wyłącznie przez czarodziejów, znajdującej się poza granicami szkoły. Jako że uczniowie mieli zakaz samodzielnego opuszczania terenów placówki, raz na kilka miesięcy wyznaczano sobotę, kiedy to studenci od trzeciej klasy wzwyż, o ile posiadali specjalne pozwolenie od rodziców lub opiekunów, mogli odwiedzić miasteczko. Miało mieć to miejsce za dwa tygodnie; termin ten wypadał akurat w tym samym tygodniu, co Walentynki, więc niezaprzeczalnie uczniowie postanowili wykorzystać tę okazję do obchodów święta zakochanych. Dziewczęta zastanawiały się, czy Meredith w końcu zgodzi się pójść na randkę, na którą zaprosił ją najlepszy przyjaciel Antona. Jednogłośnie sądziły, że powinna się zgodzić i uparcie ją do tego namawiały, pomimo że oznaczało to przerwanie ich tradycji, według której spędzały to święto we własnym towarzystwie, pijąc piwo kremowe i plotkując na temat pozostałych gości Trzech Mioteł – najpopularniejszego lokalu w miasteczku. Informacja o wyjściu została wywieszona tuż przed ich opuszczeniem wieży Gryffindoru, a w czytelni nie miały zbyt wielu okazji, by porozmawiać; bibliotekarka jak zawsze wiernie czuwała nad poszanowaniem zasad obchodzenia się z książkami oraz zachowania bezwzględnej ciszy. Kobieta przypominała swoim wyglądem sępa, wiecznie lekko przygarbiona, o bladej, poprzecinanej zmarszczkami twarzy i surowych, brązowych oczach oraz czarnych włosach z wyraźnymi siwymi pasemkami, zawsze upiętymi w elegancki kok. Każdego dnia przemykała między regałami fukając na każdego, kto przekroczył dopuszczalny próg głośności albo złamał którąkolwiek z zasad wywieszonych na wielkiej tablicy za jej kontuarem.

Wkoło nie było żywej duszy, ale w oddali majaczył Prawie Bezgłowy Nick, stosunkowo szybko sunący w ich stronę. Wyraźnie coś go zajmowało, bo nawet nie zatrzymał się, by porozmawiać, jak miał to w zwyczaju robić, lecz jedynie skinął im głową, mówiąc zdawkowe „Dobry wieczór", po czym odpłynął w dal, szybko znikając za jakąś ścianą. Jako że po śmierci został duchem, bariery dla ludzi materialnych w ogóle na niego nie działały. Lily początkowo dziwiło to, jak duchy przenikały przez ściany i za każdym razem, gdy obserwowała takie zachowanie, zamierała na krótką chwilę, jednak po sześciu latach uczęszczania do Hogwartu, przestało to na niej robić jakiekolwiek wrażenie. Dziewczyny szły szybkim krokiem, ponieważ popołudniami temperatura na korytarzach spadała jeszcze bardziej; miało to dwojakie znaczenie: po pierwsze, aby marsz choć odrobinę je rozgrzewał, a po drugie chciały jak najszybciej znaleźć się w Pokoju Wspólnym.

– Jeszcze trochę i wychodząc na korytarz również będę brała płaszcz – mruknęła Sky, przez zaciśnięte zęby, aby powstrzymać je od szczękania, krzywiąc się przy tym lekko.

Najbardziej podstawowa damska wersja szkolnego mundurku składała się z białej koszuli, wygodnych butów, które dziewczęta po czwartej klasie mogły nosić zamiennie z czółenkami na niskim obcasie, krawatu w barwach domu oraz plisowanej, czarnej spódnicy sięgającej kolan, a w przypadku chłopców długich czarnych spodni; uczniowie ubierali się tak jedynie w najgorętszym okresie roku. Na zimniejsze dni do stroju mogli dołączyć wełniany bezrękawnik z lamówką w odpowiednich kolorach, szatę wierzchnią lub płaszcz, wraz z niezbędnymi akcesoriami, jednak zdarzały się takie chwile, że nawet założenie wszystkiego nie zapewniało wystarczającej ilości ciepła, jeśli nie doprawiło się zestawu jakimś grubym swetrem przywiezionym z domu. Gdyby nie niesione książki, a raczej towarzyszącą jej Lily, Chenal ruszyłaby biegiem, aby jak najszybciej wdziać na siebie dodatkowy sweter. Przez to, że dzieciństwo spędziła w gorącej Australii, zawsze odczuwała temperaturę, jakby o kilka stopni niższą niż cała reszta adeptów wychowanych w deszczowej Anglii i pomimo tego, że więcej lat spędziła na Wyspach Brytyjskich niż w kraju kangurów, jakoś nigdy nie zdołała się przyzwyczaić.

– Zobaczysz, jeszcze trochę i zima się skończy – spróbowała ją pocieszyć przyjaciółka, choć sama trzęsła się jak osika; sama bardzo żałowała, że nie ubrała się cieplej na tę wyprawę.

Na szczęście w końcu doszły do portretu Grubej Damy, otyłej matrony w różowej, jedwabnej sukni. Do zadania obrazu należało strzeżenie przejścia do wieży Gryffindoru. Po wypowiedzeniu hasła portret odskoczył, ukazując okrągłą dziurę, na tyle dużą, że dało się dostać przez nią do wnętrza w pozycji niemalże pionowej,. Pokój wspólny Gryfonów urządzono w barwach domu: złocie i czerwieni; ściany okrągłego pomieszczenia poobwieszano proporcami oraz arrasami, wkoło stało mnóstwo stolików, wysiedzianych foteli i kanap, a w kominku wesoło trzaskał ogień roztaczając wkoło przyjemne ciepło. Na wprost od wejścia znajdowały się trzy strzeliste, wysokie okna, a tuż obok nich schody prowadzące do dormitoriów, czyli uczniowskich sypialni. Te należące do chłopców znajdowały się po lewej stronie, natomiast dziewcząt po prawej; co więcej stopnie prowadzące do tych drugich zostały zaczarowane specjalnym ochronnym zaklęciem, uniemożliwiającym wejście na nie płci przeciwnej – gdy tylko postawili na nich stopę, zlewały się w gładką i niezwykle śliską powierzchnię, podobną do zjeżdżalni. Czasami dało się usłyszeć, zazwyczaj bardzo późnym wieczorem lub wczesnym rankiem, jak któryś z zaspanych nastolatków mylił wejście do swojego dormitorium i z hukiem oraz złorzeczeniem lądował na kamiennej posadzce.

Zbliżała się cisza nocna, którą można uznać za porę, kiedy pomieszczenie najbardziej się wypełniało. Dziewczyny podeszły do swojego stałego miejsca, gdzie siedziała już Meredith. Zwyczajowo wieczory spędzało się w otoczeniu osób ze swojego rocznika, ale nie stanowiło to ścisłej reguły. Taka sytuacja miała właśnie miejsce wśród dziewcząt z szóstego roku. Chociaż dzieliły dormitorium z Dorcas Meadowes, blondynką o bystrych szaro-niebieskich oczach, ta nawet nie myślała o tym, aby się do nich przysiąść. Prawda była taka, że jeszcze w ubiegłym roku zamieszkiwały sypialnię w pięć osób, jednak rodzice jej najlepszej przyjaciółki, nie pozwolili wrócić na kolejny rok nauki. W związku z coraz głośniejszymi doniesieniami o działalności Śmierciożerców, woleli zatrzymać ją w domu, gdzie, jak sądzili, będą ją w stanie lepiej ochronić. Dorcas niezwykle cierpiała z powodu tej straty, jako że wcześniej były praktycznie nierozłączne i nad wyraz zdystansowane, jeśli chodzi o pozostałe współlokatorki; teraz zazwyczaj siedziała przy stoliku całkiem sama, w ciszy pisząc prace domowe swoim schludnym, drobnym pismem.

Dziewczyny przyjaźniły się ze sobą, jednak łączące ich więzi nie były aż tak silne jak te, zwyczajowo wiązane z najlepszymi przyjaciółkami, nie opuszczającymi się na krok. Wiedziały o sobie dużo, znały swoje wady, smutki i radości, a także pasje i drobne przyzwyczajenia, ale istniały takie sekrety, których sobie wzajemnie nie zdradzały i właśnie to była ta subtelna, acz znacząca różnica. Od tego Lily miała Remusa, Meredith Antona, a Skyler Felixa, psidwaka czekającego na nią w domu. Co jak co, ale po sześciu latach wspólnego mieszkania nie istniała możliwość niezaangażowania się w jakikolwiek emocjonalny związek ze swoimi współlokatorami. To właśnie dlatego uczniowie kończący Hogwart nie tracili ze sobą kontaktu i bardzo często pozostawiali w kontakcie aż do końca życia, w przeciwieństwie do większości przyjaźni zawieranych w mugolskich szkołach. Chociaż nie poznały się w pociągu, już pierwszej nocy czuły się tak, jak gdyby znały się od zawsze. Bo taka jest właśnie potęga przyjaźni.

Panna Paxton siedziała z nosem w wypracowaniu z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, które z Gryfonów zdecydowała się konturować jedynie ona i Remus. Choć nigdy nikomu o tym nie powiedziała, nawet Antonowi, któremu powierzała wszystkie swoje sekrety, że kiedyś skrycie starała się zbadać sprawę zaginionego ojca, czy aby przypadkiem nie stał za tym jakiś magiczny morski potwór. W miarę uczęszczania na zajęcia w pierwszych latach nauki, coraz bardziej odpuszczała, godząc się z faktem, że nigdy nie będzie w stanie się tego dowiedzieć, równocześnie zdając sobie sprawę, że zajęcia sprawiają jej coraz większą przyjemność. Gdy przyszedł czas spotkań z opiekunami domów na temat perspektyw zawodowych, Minerwa McGonagall, surowa nauczycielka transmutacji, na podstawie ocen dziewczyny zaproponowała jej, aby kontynuowała Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami i może postanowiła robić coś w tym kierunku, skoro ma do tego predyspozycje. Choć w Meredith od dłuższego czasu kiełkował taki zamysł, nigdy wcześniej nie traktowała go poważnie. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić siebie w roli opiekunki smoków ani hipogryfów, o większych i bardziej niebezpiecznych istotach nie wspominając. Dopiero nauczycielka uświadomiła jej, że praca w terenie nie stanowiła jedynej możliwej opcji. Dziewczyna poskoczyła lekko, gdy na miejscu obok niej wylądowała sterta książek, co zaowocowało przekreśleniem w poprzek tekstu.

– Skyler?! – jęknęła ze złością, sięgając po różdżkę.

Cieszyła się, że dane jej było żyć w świecie wypełnionym magią, w przeciwnym razie czekałoby ją teraz przepisywanie prawie całej rolki pergaminu na temat zmian w klasyfikacji magicznych istot wprowadzonych po roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym. W odpowiedzi Australijka tylko wzruszyła ramionami, bo w końcu nie stało się nic, czego nie można łatwo naprawić, po czym podeszła bliżej kominka, aby rozgrzać zziębnięte dłonie. Gdy przyjemnie ciepło zaczęło krążyć po ciele, pobiegła do dormitorium po dodatkowe nakrycie. Gdy wróciła w grubym swetrze, usadowiła się na kanapie pomiędzy Mer a Lily, licząc w duchu, że uda jej się spisać co nieco z eseju tej drugiej. Evans rozłożyła sobie jedno z tomisk na kolanach, ale zamiast zacząć szukać informacji, wpatrywała się w ogień wesoło tańczący w kominku. Płomienie sprawiły, że jej umysł stał się niczym pusta kartka, tak bardzo podobna do pergaminu, który leżał przed nią, tylko czekający na zapisanie, jedynie w uszach wibrowały jej tony jednej z sonat Beethovena, a palce mimowolnie zaczęły swój taniec po krawędzi obicia kanapy, jakby po klawiszach fortepianu.

Po schodach, prowadzących do męskiego dormitorium, zbiegli właśnie huncwoci. James nadal pęczniał z dumy nad ilością zdobytych przez siebie punktów w meczu z Puchonami. Podczas rozgrywki Gryfonom wyjątkowo dopisało szczęście, pomimo niesprzyjających warunków; wygrali, niezależnie od tego, że to Anton, szukający Puchonów, złapał złotego znicza. Kafel przelatywał przez pętlę raz za razem, tak, że komentator ledwo nadążał z relacjonowaniem rozgrywki i wymienianiem nazwisk graczy, w których dłoniach znajdowała się piłka. Chociaż od meczu minęło kilka dni, Potter wciąż odbierał gratulacje, a uczniowie rozprawiali o najlepszych fragmentach wydarzenia. Nawet teraz, zanim zdążył podejść do dziewcząt, został zaczepiony przez dwójkę pierwszaków, którzy z zachwytem mamrotali o tym, jak bardzo chcieliby w przyszłości grać tak jak on i wpatrywali się w niego urzeczeni, lekko kiwając się podczas przenoszenia ciężaru ciała z palców na pięty i z powrotem.

Gdy wreszcie udało mu się od nich uwolnić, przysiadł na wolnym fotelu, nie zajętym jeszcze przez przyjaciół. Syriusz i James kontynuowali rozmowę zaczętą wcześniej, a Peter zerknął na zegarek i postanowił jeszcze odbyć krótką wizytę w kuchni, aby poprosić skrzaty o coś na ząb, natomiast Meredith kontynuowała wypracowanie, a Skyler pisała list do dziadków. Dziwna była z nich grupa. W całości trzymały ich ze sobą bardziej więzy szkolne, niż głęboka przyjaźń; nie dotyczyło to oczywiście wszystkich.

Powszechnie znany fakt stanowiło to, że Black i Potter są jak bracia, a wraz z Lupinem tworzą coś na kształt tajnego braterstwa, choć często mylnie przypisywano do tej grupy również Petera Pettigrew, chłopaka, który dzielił z nimi dormitorium. Po części zostali zmuszeni do pewnych ustępstw, ponieważ prowadzenie tak skomplikowanych planów, mając w pokoju intruza, stanowiło nie lada wyzwanie, a wręcz można by rzecz, że było całkowicie niewykonalne; nastolatka, zwanego Glizdogonem, jednak zdecydowanie nie dopuszczano do wszystkich sekretów. O przypadłości Lupina dowiedział się przypadkiem, gdy nakrył Jamesa i Syriusza na nauce zdolności animagii, jeśli zaś chodzi o Mapę Huncwotów, wymagała od nich nakładu ogromnej ilości czasu, a by pozostała sekretem, wymagała tworzenia w zaciszu dormitorium. Bardzo szybko się przekonali, że niezwykle ciężko ukryć coś takiego przed kimś, kto spędza w nim równie dużo czasu co oni. Peter nie miał bowiem innych przyjaciół – miał dużą trudność z nawiązywaniem nowych kontaktów, ale w głównej mierze chodziło o to, iż niezwykle zazdrościł współlokatorom ich owianej nutką tajemniczości szkolnej sławy, którą za sprawą psot zyskali niemal od pierwszego tygodnia szkoły. Glizdogon już wtedy postanowił, że zrobi wszystko, aby stać się jednym z nich, co poniekąd udało mu się osiągnąć.

Lily nadal wpatrywała się w ogień, nie zwracając uwagi na to, co działo się wkoło. Przed nią leżał nadal nietknięty pergamin i zakręcony kałamarz, tylko czekające na to, by ich użyć, Lily jednak zamiast tego po raz kolejny zaczęła kanonadę uderzeń opuszkami palców, tak delikatną jak ruchy skrzydeł motyla. James wpatrywał się w nią zauroczony, w miarę jak drgania przyspieszały, przy przejściu do drugiej części utworu.

– Evans, umówisz się ze mną, jak zgadnę, co to za utwór? – spytał, nie spuszczając wzroku z jej dłoni, wyrywając ją tym samym z zamyślenia; palce stanęły w pół nuty.

Pytanie od długiego czasu nie powodowało na niej żadnego zaskoczenia; zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że zadawał je przynajmniej kilka razy tygodniowo. Fakt, że Potter kochał się w Evans od piątej klasy, nie stanowił żadnej tajemnicy, wręcz przeciwnie, znał go każdy mieszkaniec Hogwartu, jako że chłopak, w szczególności w początkowym okresie zauroczenia, nie przepuścił żadnej okazji do okazania swoich awansów, niezależnie od tego, jak wiele osób znajdowało się wkoło. Uparcie próbował, ponieważ nie potrafił zrozumieć, dlaczego Lily jest taka zawzięta i nie chce się zgodzić; a przecież on doskonale wiedział, że razem tworzyliby nad wyraz dobrą parę.

– Nawet gdybym się zgodziła i tak nie zgadniesz – prychnęła, racząc go przelotnym spojrzeniem, po czym przewertowała kilka stronic tomu wciąż trzymanego na kolanach. Przez jej zachowanie w stosunku do Pottera, wszyscy byli przekonani, że dziewczyna nie czuje do swojego adoratora nic więcej, prócz nienawiści. W gruncie rzeczy sytuacja była zgoła odwrotna. Od początków szkoły, gdy przyjaciółki zachwycały się i skrycie podkochiwały w Syriuszu, ona zawsze wołała Jamesa. Jednak w przeciwieństwie do większości dziewcząt, gdy ten spytał ją po raz pierwszy, czy nie zechciałaby się z nim umówić, instynktownie odmówiła i uparcie trzymała się podjętej wtedy decyzji, pomimo namów przyjaciółek i zazdrosnych spojrzeń, rzucanych jej od czasu do czasu, przez to, że permanentnie zajmuję serce jednego z bożyszcz Hogwartu.

– W takim razie co ci szkodzi? – spytał, uśmiechając się lekko, mierzwiąc sobie przy tym włosy. Problem tkwił w tym, że Lily obawiała się, że zostanie potraktowana przedmiotowo, a bardzo tego nie chciała. Potter należał do tych, którzy potrafili uparcie walczyć o swoje, ale i szybko się nudzili tym, co już udało im się zdobyć. Dziewczyna była absolutnie przekonana, że jego „wielką miłość" spotka ten sam los; gdy wreszcie zgodziłaby się z nim umówić, poświęciłby jej dokładnie tyle czasu, aby zdążyła się zakochać, a później złamałby serce i zbrukał reputację. Dlatego też niestrudzenie odmawiała, a tylko Merlin mógł wiedzieć, że upór tych dwojga przekraczał niezłomność wszystkich pozostałych uczniów.

– Nie, Potter. Nie złamię swoich zasad, nawet dla zakładu, który z pewnością bym wygrała – stwierdziła, wciąż wertując książkę. Wolną ręką poprawiła kasztanowy kosmyk włosów, który wysunął się zza ucha.

– To może chociaż umówisz się ze mną z okazji nadchodzących walentynek? – spytał odrobinę zbyt głośno, z prawdziwie dziecięcą nadzieją w orzechowych oczach, lekko unosząc się znad fotela, jakby gotował się do pochwycenia Lily w ramiona, gdy tylko się zgodzi. Miał doskonałą świadomość, że w końcu będzie musiała się zgodzić, choć z biegiem czasu zaczął bardziej liczyć na jej potknięcie, niż na rzeczywistą chęć pójścia z nim na randkę.

– Umów się z nim wreszcie, Evans! – dobiegło ich prychnięcie jakiegoś siódmoklasisty z drugiego końca pokoju. – Może wtedy da nam wreszcie w ciszy spędzić wieczór!

– Widzisz, nawet oni się ze mną zgadzają – stwierdził James z szerokim uśmiechem. – No umów się ze mną, przecież tak ładnie proszę… – dodał, przysuwając się do niej wraz z fotelem. Chciał palcem wskazującym unieść jej podbródek, tak aby musiała na niego spojrzeć, jednak ledwo wyciągnął ku niej rękę, ona ją odtrąciła, ściągając przy tym brwi.

– Potter, czy ty naprawdę nie potrafisz odpuścić? – spytała w końcu, podnosząc głowę i spoglądając mu w oczy. W jej własnych kryły się dobrze skrywane głębokie pokłady smutku, gdyż gdzieś tam, w najgłębszym zakątku serca, wcale nie chciała, aby odpuszczał. Nie lubiła kłamać, ale w tym jednym jedynym aspekcie miała tą zdolność opanowaną do perfekcji. – Po prostu odpuść – dodała najspokojniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć, obawiając się, że przypadkowo ujawni to, co skrywała tak głęboko. Kątem oka zauważyła, że Remus uważnie się jej przygląda, udając że wciąż słucha Syriusza. On już wie, przebiegło jej przez myśl. Czasami nawet odnosiła wrażenie, że jej najbliższy przyjaciel wiedział od zawsze to, co ona starała się ukryć nawet przed samą sobą, aby wypaść wiarygodnie.

Naprędce pozbierała swoje książki i z udawaną złością skierowała się do dormitorium, pod pretekstem znalezienia spokoju, a tak naprawdę chciała po prostu znaleźć się z dala od Pottera.

– Ja się nigdy nie poddam, Evans! – krzyknął jeszcze za nią, zwracając na siebie tym samym uwagę wszystkich zebranych. – Jeszcze kiedyś będziesz moja!