Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 2
Następnego ranka obudziłam się z pozytywnym nastawieniem do świata, które zniknęło zaraz po tym, jak podniosłam powieki i zobaczyłam olbrzymi stos pudeł czekających na rozpakowanie. Na moment usiadłam na krawędzi łóżka, przecierając oczy i starając się całkowicie wrócić do rzeczywistości. W okno uderzały krople deszczu. Chyba musiałam powoli zacząć się do tego przyzwyczajać.
Pobiegłam truchtem na parter, aby wziąć krótki prysznic i zjeść śniadanie, po czym z powrotem wróciłam do swojego pokoju i zabrałam się do roboty. Nie minęło dużo czasu, a już potrzebowałam chwili przerwy. Nieustanne przenoszenie stert książek każdego mogło doprowadzić do szału.
Uznałam, że nadszedł czas na pierwszy spacer po Forks i rozejrzenie się po okolicy. Już przestało padać, a droga do miasta zajmowała tylko około dziesięciu minut. Założyłam kurtkę, która jako pierwsza wpadła mi w ręce, zostawiłam krótką informację dla rodziców przebywających w innej części domu i wyszłam na zewnątrz.
Naciągnęłam na głowę kaptur, bo pomimo braku deszczu w powietrzu unosiła się wilgotna mgiełka. Zaczęłam iść poboczem asfaltowej drogi w kierunku miasteczka. Nie przejeżdżał tamtędy żaden samochód, więc nie musiałam brodzić w błocie.
Gdy dotarłam już na miejsce, zdałam sobie sprawę, że Forks zdecydowanie nie nadawało się do spacerowania. Prawie zamarzłam i nawet jeśli byłam sucha, to i tak czułam się okropnie przemoczona. Nagle zatęskniłam za promieniami słońca, które pewnie w tej chwili świeciło nad La Grange, ale tutaj do ogrzania się musiał mi wystarczyć kubek jakiegoś gorącego napoju.
Wślizgnęłam się do małej kawiarenki, gdzie przywitało mnie ciepło i zapach ciemnej kawy. Zdjęłam kaptur i zobaczyłam, że w pomieszczeniu siedziała tylko grupka nastolatków. Zajmowali narożny stolik, a kiedy zauważyli, że weszłam do środka, zaczęli przyglądać mi się ze zdziwieniem i nieufnością, a jedna z dziewczyn zmierzyła mnie wzrokiem i uśmiechnęła się szyderczo.
Postanowiłam ich zignorować i podeszłam do lady, by zamówić napój. Chwila… W co ja się tak właściwie ubrałam? Tego ranka nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi. Natychmiast spojrzałam w dół i przeklęłam się w duchu.
Założyłam wysokie buty ze skóry, obdarte, obcięte dżinsy, których używałam do jazdy konnej w towarzystwie przyjaciół, kobiecą koszulkę z Wal-Marta z literami CMT napisanymi czcionką w kowbojskim stylu oraz wielką liczbą trzy ze skrzydłami po bokach upamiętniającą zmarłego Dale'a Earnhardta Juniora. Miałam też na sobie moją starodawną kurtkę marki Carhartt oraz skórzany pasek wysadzany ćwiekami z ogromną, srebrną klamrą z motywami roślinnymi i literą D otoczoną czerwonymi cyrkoniami. Bardzo lubiłam tę sprzączkę, ale tym razem chyba nie powinnam się z nią pokazywać…
Wniosek był prosty: już gorszej wieśniaczki zrobić z siebie nie mogłam. Na dodatek nagle usłyszałam, jak ktoś w rogu zaczął nucić melodię z Diuków hazardu…
Okej. Pozostawienie po sobie pierwszego wrażenia miałam już za sobą. Przeszłam do kąta, żeby właśnie tam poczekać na kawę, którą za ladą przygotowywała mi serdecznie uśmiechająca się kobieta. Zakryłam jakoś swój pasek, ale nie dlatego, że wstydziłam się tego, kim byłam, tylko po prostu planowałam dopasować się choć trochę to otoczenia.
Gdy kobieta zaczęła iść ku mnie z kawą, nagle usłyszałam charakterystyczny odgłos klapków zakładanych zazwyczaj na gołe nogi. Takie obuwie zdecydowanie nie pasowało mi do deszczowego Forks. Odwróciłam głowę i zauważyłam, że w kierunku stolika, przy którym usiadłam, zmierzał jakiś chłopak ze zmierzwionymi, jasnymi włosami. Natychmiast pomyślałam sobie, że stanowczo nie był w moim typie. Miał na sobie wyblakłe dżinsy, brązową koszulę, a na nogach… klapki, które moim zdaniem wyglądały na damskie.
- Cześć, jestem Dan – przedstawił się z uśmiechem, wyciągając rękę w geście powitania. Jego oczy wydawały mi się niebieskie, ale nie mogłam być tego pewna, bo przysłaniały je przydługie włosy, wymagające pilnej wizyty fryzjera. A tak poza tym to całkiem miło się uśmiechał.
- Dixie. – Ścisnęłam mu dłoń, mając nadzieję, że nie zrobiłam tego zbyt mocno.
Pokiwał głową i zapytał:
- Jesteś tutaj nowa, prawda?
- Czarna kawa – powtórzyła moje zamówienie kelnerka, kładąc kubek na stoliku.
- Pijesz czarną kawę? – spytał mnie Dan, unosząc jedną brew.
Uśmiechnęłam się niepewnie i odpowiedziałam:
- Lubię czarną kawę. I tak, jestem nowa. Moja rodzina dopiero co przeprowadziła się tu z Kentucky.
- Ach – westchnął. – To tłumaczy, dlaczego masz takie buty.
- Taka już jestem – odparłam i wzruszyłam ramionami.
Pomimo jego hipisowskiego wyglądu wydawał się uroczy.
- Więc będziesz chodzić do tutejszego liceum, tak? Chcesz poznać kilku nowych ludzi?
Zawahałam się, ale pomyślałam, że albo zrobię to teraz, albo nigdy.
- Jasne – zgodziłam się w końcu, kiwając głową. – Brzmi nieźle.
Dan poprowadził mnie do stolika, przy którym siedziały teraz cztery rozchichotane osoby: trzy dziewczyny i jeden chłopak, jednak gdy tylko podeszliśmy, przytłumiony śmiech od razu zastąpiła cisza. Dziewczyna, która wcześniej zadrwiła z mojego ubrania już nie uśmiechała się szyderczo. Teraz wyglądała raczej na… zniecierpliwioną, a pozostali przyglądali mi się przyjaźnie.
Dan mnie przedstawił, a potem wymienił szereg imion, ale zapomniałam je już po dwóch sekundach. Wszyscy uśmiechnęli się na powitanie i zrobili trochę miejsca, abym mogła usiąść.
- Jesteś z Kentucky, tak? – spytała jedna z dziewcząt, której imię chyba zaczynało się na „s"… Stacy?
- Tak – powiedziałam i upiłam łyk kawy. Gorąca ciecz spowodowała, że rozkoszne ciepło rozeszło się po całym moim ciele.
- A z jakiej okolicy dokładnie? – dodała.
- Z La Grange. To taka miejscowość położona mniej więcej o godzinę drogi z Louisville.
- O, mam rodzinę w Louisville.
- Tak? – odparłam z miłym zaskoczeniem. Musiałam zapamiętać tę dziewczynę, bo wydawało mi się, że mogłabym ją polubić. Skinęła głową, biorąc ze stołu swoje cappuccino i upijając parę łyków. Nagle poczułam się nieco dziwnie z tą moją czarną kawą z fusami, tak jakby jej zamówienie urągało godności.
- Więc – odezwała się znienacka osoba, która wcześniej uśmiechała się drwiąco, chyba Lisa. – Stamtąd, skąd przyjechałaś, wszyscy się tak ubierają? – powiedziała to takim tonem, jakbym pochodziła z innej planety. Cóż… Czy sama nie zastanawiałam się nad tym zeszłej nocy?
- Nie wszyscy – odpowiedziałam szczerze. Pokiwała głową w zamyśleniu i napiła się swojego napoju, którym również była czarna kawa z fusami.
Przez następną godzinę rozmawialiśmy o różnych rzeczach, a przede wszystkim o mnie. Udało mi się też zadać parę pytań na temat szkoły, ale nikt nie wydawał się tym zainteresowany, bo wszyscy znali już tutejsze liceum. Dowiedziałam się jedynie, że całe towarzystwo, podobnie jak ja, szło w tym roku do trzeciej klasy.
Pod koniec naszego spotkania nadal nieco od nich odstawałam, ale nie gryzłam się z tego powodu. Do rozpoczęcia nauki zostało jeszcze kilka dni, a już całkiem nieźle się z nimi dogadywałam.
Kiedy wyszliśmy z kawiarenki, Dan zaoferował, że odwiezie mnie do domu. Zgodziłam się, bo właśnie zaczęło padać.
- Nie przejmuj się tym, co mówi Lisa. Po prostu nie lubi, gdy nie jest w centrum uwagi – powiedział mi z lekkim rozbawieniem, gdy już znaleźliśmy się w samochodzie.
- Nie miałam zamiaru się nią przejmować – powiedziałam szczerze, a chłopak się uśmiechnął.
- Zapowiadają, że w sobotę pogoda się poprawi, więc planowaliśmy taką małą wycieczkę na plażę. Pisałabyś się na to?
Byłam tutaj zaledwie od kilkunastu godzin, a już zaproszono mnie na przyjacielski wypad? Chyba się nie doceniałam…
- Zapowiada się obiecująco, więc się piszę – zgodziłam się. – A gdzie ta plaża?
- W rezerwacie Quileutów. Jazda zajmuje góra pół godziny – wyjaśnił, a ja kiwnęłam głową. Słyszałam, że w tej okolicy żyło jakieś plemię Indian, więc pewnie ciekawie będzie to sprawdzić.
