Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 3
Gdy obudziłam się w sobotę rano, z zaskoczeniem stwierdziłam, że było mi ciepło. Na ekranie mojego cyfrowego termometru widniała magiczna liczba dwadzieścia pięć. Ha! Przy tak wysokiej temperaturze raczej nie zanosiło się na deszcz, którego jak zwykle się spodziewałam.
Dan powiedział, że wpadnie po mnie o dziesiątej i właśnie o tej godzinie zastałam go na podjeździe przed domem. Moi koledzy z Kentucky pewnie śmialiby się z jego przestarzałego samochodu, ale w tych rejonach najwidoczniej nie robił on na nikim większego wrażenia.
Podjechaliśmy pod szkołę, gdzie stał już van innej osoby. To właśnie nim mieliśmy pojechać na plażę. Ruszyliśmy z Danem w stronę auta otoczonego przez grupkę nastolatków. Rozpoznałam ludzi, których spotkałam już w kawiarni, ale niektórych widziałam pierwszy raz w życiu. Chyba mnie nie zauważyli, bo spokojnie sobie o mnie rozmawiali. Albo może i zauważyli, tylko że nie przejmowali się tym, że mogłam wszystko usłyszeć?
- Zupełnie nie rozumiem, po co on ją zaprosił – powiedziała Lisa. – Przecież to kompletna prostaczka! Posłuchaj, jak ona mówi…
Sądziłam, że mój głos wcale nie był taki zły. Znałam ludzi z o wiele gorszym akcentem.
- Nie uważasz, że trochę przesadzasz? – odparł chłopak, którego poznałam w kawiarni i chyba chciał powiedzieć coś więcej, ale zamilknął, bo właśnie mnie dostrzegł.
- Cześć, Dixie! – przywitała się Stacy z uśmiechem, który odwzajemniłam.
- Cześć.
- Wszyscy już gotowi? – spytał Dan, po czym niespodziewanie dodał: - Rezerwuję siedzenie obok kierowcy!
Droga na plażę w wiosce, która chyba nazywała się La Push, nie upłynęła zbyt przyjemnie ze względu na ścisk, jaki panował w aucie. Było mi strasznie niewygodnie. Nie znałam osób, które siedziały obok mnie, ale one usiłowały to zmienić, zadając denerwujące pytania typu: „Hej, jak masz na imię?" albo „Skąd jesteś?". Cóż, musiałam uszanować to, że przynajmniej się starali…
W ciągu jazdy zrobiło się jeszcze cieplej, więc ucieszyłam się, że założyłam krótkie szorty. Czułam się prawie tak, jakbym znowu była w Kentucky. Niektórzy rozłożyli siatkę i zaczęli grać, ale ja zdecydowałam się najpierw usiąść i odpocząć. Po chwili dołączyła do mnie Stacy.
- No i jak ci się podoba w Forks?
Wzruszyłam ramionami.
- Jest fajnie, ale i tak tęsknię za starym domem.
- Chciałabym ci współczuć, ale nie potrafię – wyznała. – Mieszkam tutaj całe życie.
Kiwnęłam głową, oglądając, jak naprzeciwko nas gracze odbijają piłkę przez siatkę, ale zaraz przeniosłam wzrok na potężny, ciemny ocean. Promienie słońca powodowały, że woda lekko błyszczała, przez co fale zdawały się tańczyć.
- Wiesz, że pierwszy raz jestem na plaży? – zwierzyłam się Stacy. Spojrzała na mnie jak na wariatkę.
- Poważnie?
Zaśmiałam się.
- Jak najbardziej. Przecież Kentucky to obszar położony w głębi lądu.
- A co z wakacjami? Nie byłaś w żadnym stanie położonym nad oceanem?
Znowu wzruszyłam ramionami.
- Nigdy nie wyjeżdżaliśmy z rodzicami zbyt daleko. Tak właściwie to podróż do Waszyngtonu to najdłuższa droga, jaką pokonaliśmy.
Pokręciła smutno głową.
- Moja ty biedna dziewczyno uziemiona na górskich terenach…
Roześmiałam się i popchnęłam ją na piasek.
- Tylko nie pobijcie się zbyt dotkliwie – usłyszałam czyjś głos i podniosłam głowę. Dan szedł w naszym kierunku, opuszczając boisko.
- Już nie grasz? – spytałam.
Uniósł lekko jeden bark.
- Nie. Zaczęli nowy mecz i jakoś się wymigałem, żeby dotrzymać wam towarzystwa.
- A kto powiedział, że cię tutaj chcemy? – zażartowała Stacy.
- No wiesz! Czuję się zraniony! – Skrzywił twarz w całkiem uroczy sposób i złapał się za serce. Wszyscy się zaśmialiśmy, a tymczasem reszta siatkarzy, podobnie jak Dan, też zrezygnowała z gry i wszyscy poszli się wykąpać. Jakiś chłopak, który podążał za Lisą, złapał ją i rzucił w kierunku wody. Podczas lotu dziewczyna piszczała jak jakaś panienka w kiczowatym horrorze, a po sekundzie wylądowała w wodzie z głośnym pluskiem. Dan i Stacy po prostu skręcali się ze śmiechu, leżąc obok mnie na piasku. Musiałam przyznać, że mieli całkowicie uzasadniony powód – gdy Lisa wyszła na ląd, wyglądała zupełnie jak mokra kura.
Kiedy ogólna euforia już minęła, powiedziałam do siebie na głos:
- Nie sądziłam, że tutaj może być tak gorąco.
Słońce grzało z niewiarygodną mocą. W tej chwili temperatura wynosiła jakieś trzydzieści stopni.
- To najcieplejsze dni tej pory roku – odezwał się Dan. – Tak zwane babie lato, przez niektórych nazywane też indiańskim*. Gdy zbliża się wrzesień, często panują tu upały.
- Á propos Indian – wtrąciła Stacy. – Uwaga, właśnie nadchodzą. Jak zawsze niezwykle seksowni…
Usłyszałam, jak Dan wydał z siebie zirytowane westchnienie i spojrzałam w kierunku, który wskazywała teraz dziewczyna.
W najdalszym końcu plaży tuż przy granicy z lasem rzeczywiście szli dwaj ogromni Indianie. Naprawdę ogromni Indianie. Obaj mierzyli około dwóch metrów wzrostu i mogli poszczycić się wspaniale wyrzeźbionymi mięśniami. Mieli na sobie tylko obcięte szorty. Stacy się nie myliła – byli niemożliwie seksowni.
Wydawali się niemalże identyczni i wyglądali jak bliźniacy, jednak jeden z nich szczególnie przykuł moją uwagę. Gapiłam się na niego i on także wpatrywał się we mnie intensywnie. Nie byłam tego pewna, ale chyba otworzył lekko usta, jakby nagle zobaczył coś niesamowitego. Jego towarzysz na początku niczego nie zauważył, ale po chwili zorientował się w sytuacji i spojrzał w naszym kierunku ze skrajnym przerażeniem, nerwowo przeczesując ręką włosy.
- Ten jeden się na ciebie patrzy, Dixie – powiedziała Stacy. Pokiwałam głową, nie odrywając wzroku od Indianina. Czułam się dziwnie, tak jakby coś mnie do niego ciągnęło… Chyba za długo siedziałam na słońcu. Przecież ja w ogóle nie znałam tego gościa!
Osłupiały chłopak ciągle patrzył w moją stronę i tak pochłonęłam jego uwagę, że nawet nie zauważył na swojej drodze drzewa…
Dan zaczął się bardzo głośno śmiać, podobnie jak drugi Indianin. Stacy zachichotała, a ja, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co robię, poderwałam się na nogi i pobiegłam do poszkodowanego, by zobaczyć, czy nic mu się nie stało.
- Stary, mówisz poważnie? – spytał jego przyjaciel, próbując się uspokoić. – Nie mogę uwierzyć, że właśnie… - przerwał, bo mnie zauważył. Drugi chłopak natychmiast zaczął się podnosić, trzymając się za głowę i mrucząc coś pod nosem. Jego kolega podał mu rękę i przywitał się ze mną:
- Cześć.
- Cześć – odpowiedziałam nieśmiało, a potem zwróciłam się do poszkodowanego: - Wszystko w porządku?
Natychmiast podniósł głowę i szybko wstał.
- Tak, wszystko w porządku – mruknął i znowu na mnie spojrzał. Po chwili wyciągnął rękę w geście powitania. – Jestem Embry.
- Dixie. – Uścisnęłam jego dłoń, która okazała bardzo ciepła, prawdopodobnie dlatego, że kilka sekund wcześniej dotykał rozgrzanego piasku.
- A ja mam na imię Quil – odezwał się drugi Indianin i też podał mi równie gorącą rękę.
- J-jesteś tu n-nowa? Nigdy w-wcześniej… cię n-nie widziałem – wyjąkał Embry.
- Tak, przeprowadziłam się do Forks z Kentucky – wyjaśniłam. Chłopak nadal nie odrywał ode mnie wzroku. Zazwyczaj czułam się w takiej sytuacji niekomfortowo, ale teraz z bliżej nieokreślonej przyczyny wcale mi to przeszkadzało, a nawet… sprawiało przyjemność.
- Hej, ja muszę iść – powiedział Quil, trącając przyjaciela łokciem. – Zobaczymy się u Cullenów.
Embry kiwnął głową, nadal patrząc w moim kierunku.
- Pójdziesz ze mną na spacer, Dixie? – spytał znienacka.
- Jasne – odpowiedziałam bezmyślnie, zanim zdążyłam się nad tym zastanowić. Dlaczego się zgodziłam? Przecież dopiero co go poznałam!
Jednak z jakiegoś powodu wiedziałam, że przy nim będę bezpieczna. Nagle o nic się nie martwiłam i wszystko stało się jasne.
Chłopak z uśmiechem wyciągnął rękę, a ja natychmiast ją chwyciłam, myśląc sobie, jaka ze mnie wariatka…
