Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 4
- Od jak dawna jesteś w Forks? – spytał Embry. Puściłam jego rękę i teraz po prostu szliśmy obok siebie. Czułam na plecach spojrzenia moich znajomych. Pewnie wydało im się to nieco dziwne, że właśnie odchodziłam od nich z jakimś potężnym Indianinem, ale ja czułam się przy nim całkowicie bezpieczna, a nawet miałam wrażenie, że znam go już od dawna.
- Przyjechałam zaledwie parę dni temu – odpowiedziałam.
- Podoba ci się tutaj?
Wzruszyłam ramionami.
- Jest w porządku, ale i tak wolałabym się nie przeprowadzać.
- A ja cię cieszę, że to zrobiłaś – oznajmił Embry. – Inaczej bym cię nie spotkał.
Czy on naprawdę właśnie to powiedział? Spojrzałam na niego i zauważyłam, że wyglądał tak, jakby pomyślał dokładnie o tym samym. Zachichotałam, żeby przerwać jakoś ten niezręczny moment.
- Tak, dużo byś stracił. Przecież jestem taka bombowa.
Chłopak zaśmiał się i chyba ucieszył, że jeszcze nie odwróciłam się na pięcie i nie uciekłam. Poprowadził mnie do skupiska skał i usiedliśmy, zwracając się twarzą do oceanu. Ciemne fale uderzały o brzeg, powodując powstawanie relaksującego dźwięku. Słońce nadal wisiało wysoko na niebie, a jego promienie przyjemnie nas ogrzewały.
- Tutaj jest tak pięknie – odezwałam się, ogarniając wzrokiem plażę. W oddali dostrzegłam też jakąś wyspę i malownicze klify sterczące nad wodą.
- Racja – zgodził się Embry.
- Ale ty pewnie się już do tego przyzwyczaiłeś… To znaczy, mieszkasz tu całe życie, tak?
Teraz to on wzruszył ramionami.
- Otoczenie ciągle się zmienia. Czasem na naszej drodze staje coś naprawdę cudownego.
Odniosłam dziwne wrażenie, że miał na myśli mnie. Powinnam natychmiast uciec. Ledwo poznałam tego gościa, a już siedziałam z nim sama z daleka od swoich znajomych, ale zostałam, bo coś mnie do niego ciągnęło. Czułam się tak, jakbym po długiej wędrówce wreszcie znalazła się we właściwym miejscu.
Zaczęłam mu się przyglądać, ale on tego nie spostrzegł, bo patrzył na ocean. Uznałam, że strasznie przystojny z niego facet. Miał masywną szczękę, wyraźne kości policzkowe, ciemnobrązowe oczy i krótko ścięte, trochę rozczochrane, czarne włosy, ale i tak wyglądające wspaniale. Jedynym mankamentem jego urody był nieco krzywy nos. Prawdopodobnie ktoś mu go złamał, a kość nie zrosła się prawidłowo.
Embry chyba zauważył, że się na niego gapiłam, bo niespodziewanie odwrócił się w moją stronę. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, nagle pojawiło się we mnie jakieś pragnienie, tak silne, jakby na świecie nie liczyło się nic oprócz jego jak najszybszego zaspokojenia…
Zanim zorientowałam się, co robię, już go całowałam. Nie miałam pojęcia, kto tak właściwie zaczął, ale i tak mnie to nie obchodziło.
Na początku natarczywie napieraliśmy na nasze usta, ale po chwili pocałunek stał się o wiele subtelniejszy i delikatnie muskaliśmy się wargami. Najpierw dotykałam rozpalonych policzków chłopaka, a potem wodziłam drżącymi dłońmi po jego krótkich włosach…
W końcu Embry odsunął się lekko, opierając swoje czoło o moje.
- Muszę ci coś powiedzieć – powiedział zdyszany, ale ja znowu go pocałowałam. Pewnie wziął mnie za puszczalską małolatę… Sama czułam się jak ladacznica, ale z drugiej strony byłam przekonana, że właśnie tak powinnam się zachować.
- Dixie… - wydyszał znowu Indianin.
- Dixie! – usłyszałam znienacka wołanie Dana i aż podskoczyłam. Natychmiast odsunęłam się od Embry'ego i wstałam, nerwowo wygładzając swoją koszulkę. Blondyn szedł w naszym kierunku ze zdziwionym wyrazem twarzy. – Wracamy do domu.
- Już? – spytałam z zaskoczeniem, na co Dan wskazał znacząco w górę. Dopiero teraz zauważyłam, że na niebie zaczęły gromadzić się ciemne chmury. Na dodatek zerwał się całkiem silny wiatr, a gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Dziwne, że wcześniej tego nie dostrzegłam.
- Wyruszamy za dwie minuty – powiedział Dan. Myślałam, że już odejdzie, ale tego nie zrobił. Chyba postanowił poczekać, aż sama z nim pójdę, bo obawiał się, że Embry mógł zaciągnąć mnie do lasu.
Odwróciłam się do Indianina, który ciągle siedział na skale.
- Zobaczymy się jeszcze? – spytałam ze szczerą nadzieją w głosie, a on pokiwał głową.
- Na pewno – odpowiedział, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi przyjemny dreszcz. Dan nagle złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku vana.
- Dan, co ty robisz? – zawołałam z wyrzutem.
- To podejrzany typ – odparł takim tonem, jakby to było oczywiste. Zerknęłam do tyłu przez ramię, ale Embry już zniknął.
- Nieprawda – zaprzeczyłam odruchowo.
- Nie znasz go – powiedział blondyn. Puścił już moje ramię, ale nadal za nim szłam. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu.
- A ty go znasz? – odgryzłam się.
Dan zacisnął szczękę.
- Ja nie, ale mój brat Mike tak. Ten Indianin jest członkiem miejscowego gangu.
- Gangu? – powtórzyłam głośno. To kompletnie nie pasowało mi do Embry'ego… Cóż, tak właściwie to nawet go nie znałam, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić, by mógł należeć do jakiejś szajki przestępców.
Rozpadało się mocniej i zaczęliśmy biec. Do samochodu dotarliśmy całkowicie przemoczeni. Kierowca szybko odpalił silnik i włączył wycieraczki, które głośno zapiszczały w proteście. Pewnie często ich tutaj używano. Tym razem zajęłam miejsce obok Stacy, która przypatrywała mi się z szerokim uśmiechem na twarzy.
- No co? – spytałam niezbyt przytomnie, gładząc włosy.
- Nie mogę uwierzyć, że tak po prostu zaczęłaś całować się z tym Indianinem – zachichotała cicho. – Wiesz chociaż, jak ma imię?
- Wiem – potwierdziłam i już nic nie powiedziałam. Nie miałam praktycznie żadnych szans na usprawiedliwianie się, więc pozostało mi jedynie milczenie. Niewątpliwie zachowałam się dzisiaj jak jakaś ulicznica i chyba nic nie mogło uratować mojej mocno nadszarpniętej reputacji.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z rezerwatu, usłyszeliśmy wilcze wycie. Stacy zadrżała.
- Boże, jak ja nienawidzę tego dźwięku. Przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Ja także lekko się wzdrygnęłam, ale nie ze strachu, tylko tak, jakbym niecierpliwie czegoś oczekiwała. Czułam, że to wycie mnie wzywało…
Tak, oficjalnie można mnie już było uznać za wariatkę. Jednak coś w głębi duszy mówiło mi, że z moją psychiką wszystko w porządku. Oparłam głowę o siedzenie i westchnęłam tęsknie, bo znowu zapragnęłam zobaczyć tajemniczego Indianina o imieniu Embry…
