Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 5

(punkt widzenia Embry'ego)

Moje serce zamarło, gdy ten dzieciak z jasnymi włosami zawołał Dixie. Dziewczyna natychmiast podskoczyła jak oparzona, jakby została przyłapana na robieniu czegoś zakazanego. Nagle naszła mnie ochota, by wstać i przyłożyć temu chłopakowi pięścią prosto w twarz, a potem zabrać gdzieś Dixie i już nigdy nie pozwolić jej odejść. Kiedy dowiedziałem się, że muszą iść, już prawie to zrobiłem, ale ona nagle odwróciła się do mnie i powiedziała:

- Zobaczymy się jeszcze?

To krótkie pytanie spowodowało, że tym razem moje serce zadygotało. Nie miałem pojęcia, że wpojenie to takie silne uczucie. Kiedyś w liceum podobało mi się parę dziewczyn, ale tamtych zauroczeń nie mogłem porównywać do tego, co działo się ze mną teraz. Do niczego nie mogłem tego porównywać. To przeznaczenie sprawiło, że ją spotkałem.

- Na pewno – odpowiedziałem szczerze i zauważyłem, że Dixie zadrżała. No pięknie, pewnie zabrzmiałem teraz jak jakiś psychopatyczny morderca. Jasnowłosy dzieciak nagle złapał ją za ramię. Zapragnąłem doskoczyć do niego i wyrwać jej rękę z jego uścisku. Zacząłem się trząść, więc szybko wbiegłem pomiędzy drzewa, żeby nie przemienić się w wilka w zasięgu wzroku innych ludzi.

Wiatr stawał się coraz mocniejszy i przyniósł ze sobą świeży zapach morza. Gwizdał mi w uszach, ale nadal słyszałem rozmowę chłopaka i Dixie.

- To podejrzany typ – powiedział jej, ale ona zaczęła mnie bronić. Blondyn dodał, że należę do miejscowego gangu. Zaśmiałem się w duchu, ale natychmiast przestałem, bo wydawało mi się, że dziewczyna mu uwierzyła. Trzeba będzie to zmienić. Powinienem poprosić ją o numer telefonu albo coś w tym stylu. No bo jak inaczej mogłem się z nią ponownie spotkać bez zachowywania się jakiś natręt? Ale teraz nie miałem już wyboru.

Po chwili w wilka zamienił się także Seth.

Cześć, Embry, przywitał się radośnie, ale po chwili dodał z zaskoczeniem: Stary, ty się wpoiłeś!

Nie odpowiedziałem, wpatrując się w vana, do którego zaraz miała wsiąść Dixie.

Natręt, zaśmiał się Seth.

Zamknij się, warknąłem. Nic nie rozumiał i nie mógł zrozumieć, bo nie doświadczył tego na własnej skórze.

O, nowe myśli… Wpoiłeś się… Co? Pięć minut temu?, powiedział. Embry, a co z naszą umową o byciu kawalerami?, dodał z wyrzutem.

Nie miałem na to wpływu, mruknąłem, patrząc, jak Dixie wsiada do samochodu i odjeżdża. Zacząłem panikować i serce zabiło mi szybciej. Moje nogi same rwały się do tego, by za nią pobiec i nie pozwolić jej odejść. Wydałem z siebie długie, sfrustrowane wycie.

Koleś, zamknij się, odezwał się Seth z rozbawieniem. Zapomnij o niej na chwilę, bo zaraz idziemy dołożyć naszym wampirom.

Alice przewidziała potężną burzę z piorunami, więc postanowiliśmy rozegrać mecz baseballu – wampiry kontra wilkołaki. Jeszcze tego ranka strasznie się tym ekscytowałem, ale teraz chciałem tylko podążać za Dixie.

Boże, stary, jesteś prawie tak niemożliwy jak Jacob, westchnął. No chodź, dodał. Zobaczyłem jego oczami, że zwolnił tempo. W każdej chwili był gotowy zawrócić i zaciągnąć mnie siłą. Bo inaczej naślę na ciebie moją siostrę.

Leah też będzie?, spytałem, nie w wyrzutem, tylko z lekkim zaskoczeniem. Siostra Setha „opuściła" sforę po „bitwie" z Volturi. Zaczęła studiować na waszyngtońskim uniwersytecie stanowym, próbując, jak ona sama to określiła, „sprawić, by te cholerne parę miesięcy okazało się tylko piekielnym koszmarem".

Ma teraz letnią przerwę. Przyjechała po raz pierwszy, wyjaśnił. Pewnie tylko dlatego, żeby sprawić przyjemność ich mamie.

Poddałem się i zacząłem biec w kierunku polany przy wodospadzie, przy której w zeszłym roku spotkaliśmy się z Volturi. Poczułem drżenie w powietrzu. Wiedziałem, że to Collin i Brady się przemienili, więc mogliśmy już iść do Cullenów. Zaprosiliśmy tę dwójkę z innej sfory, bo… byli najbardziej neutralni. Watahy niby żyły w zgodzie, ale nadal pojawiały się pewne spięcia. Sam i Jacob nie mogli przebywać razem w jednym pomieszczeniu dłużej niż pięć minut. Paul i Jared zachowywali lojalność wobec swojego alfy, a nowych wilkołaków nie znaliśmy, więc pozostali nam tylko Collin i Brady.

Na miejsce dotarliśmy jako ostatni. Przemieniliśmy się z powrotem w ludzi i przywitaliśmy innych, którzy stali na środku pola i wyglądali jak grupka dobrych przyjaciół. Właśnie rzucano monetą, by wyłonić drużynę, która jako pierwsza będzie odbijała kijem. Odór wampirów już nam tak bardzo nie przeszkadzał. Tak często przebywaliśmy w ich towarzystwie, że prawie w ogóle go nie czuliśmy.

- Ha! Przegrałeś, Eddie! – zawołał radośnie Jake, uderzając śmiejącego się Edwarda w tors. Ich relacje znacznie się poprawiły, odkąd nasz alfa nie próbował ukraść mu Belli. – Odbijamy pierwsi - zakomunikował nam Jake, po czym dodał: - Embry, co się stało z twoim nosem?

Odruchowo go dotknąłem i okazało się, że był krzywy.

- Pewnie złamałeś go, kiedy wpadłeś na drzewo – zaśmiał się Quil.

- Wpadłeś na drzewo? – wtrąciła się Leah, unosząc brwi.

- Tak. Nigdy nie wpajaj się podczas chodzenia – odpowiedziałem z rozbawieniem. Złapałem nos i go nastawiłem. Trochę bolało, ale po chwili przestało.

- Wpoiłeś się? – zawołał Jacob, odmawiając przyjęcia rękawic od pijawek. W przeciwieństwie do nich nie dbaliśmy o takie rzeczy. – I wpadłeś w drzewo? Kto to?

Leah, podobnie jak Collin i Brady, już prawie tarzała się po ziemi ze śmiechu.

- Dziewczyna ma na imię Dixie. Właśnie przeprowadziła się tutaj z Kentucky.

- Powiedziałeś jej już? – kontynuował Jake.

- Nie dała mi dojść do słowa – wyjaśniłem, wzruszając ramionami. – Od razu mnie pocałowała.

- Co? – odezwało się jednocześnie kilka osób. Wszyscy członkowie sfory i niektóre wampiry mieli zszokowane wyrazy twarzy.

- Hej, myślałem, że mamy grać w baseball! – zawołał Emmett przez boisko. Jego mina przywodziła na myśl naburmuszone dziecko.

- Pogadamy o tym później – powiedział do mnie Jacob. – Teraz czas zrobić miazgę z naszych kochanych pijaweczek.

- Jeszcze zobaczymy, pieseczku – syknęła Rosalie, pędząc w stronę pierwszej bazy. Reszta Cullenów też zajęła swoje pozycje. Zauważyłem, że Edward wskazał Belli miejsce po prawej stronie pola, gdzie nikt nigdy nie uderzał. Sądziłem, że jej zdolności do baseballu poprawiły się po przemianie w wampira, ale najwidoczniej nadal nie grała zbyt dobrze. Wiedziałem już, gdzie powinienem skierować piłkę.

Jake chyba pomyślał o tym samym. Zajął swoją pozycję i z szerokim uśmiechem na ustach popatrzył w stronę Belli. Renesmee zachichotała, stojąc za Esme, która była łapaczem. Oczy żony Edwarda natychmiast się powiększyły. Spojrzała z przerażeniem na Emmetta, ale on pokazał jej kciuki uniesione do góry na znak, że nie powinna się martwić.

Jacob odbił piłkę z taką mocą, że rozległ się dźwięk przypominający uderzenie pioruna. Poleciała prosto w stronę prawej części boiska. Bella patrzyła na nią jak zahipnotyzowana, a kiedy znalazła się już blisko wampirzycy, ta zamknęła oczy, uniosła ręce i w cudowny sposób… złapała piłeczkę.

- Co jest, do cholery? – spytał Jake, zatrzymując się z poślizgiem, a wokół niego pojawiła się chmura kurzu. Cullenowie zaśmiali się radośnie, a uśmiechająca się jak wariatka Bella odrzuciła piłkę do Alice.

Drużyna wilkołaków straciła jeszcze dwie okazje, zanim udało jej się trzykrotnie wyautować wampiry. Oni mieli taką samą sytuacją. W sumie rozegraliśmy siedem rund i w końcu Cullenowie wygrali.

- Powodzenia następnym razem – powiedział nam doktor z lekkim angielskim akcentem, uśmiechając się.

- Nieważne – mruknął Jake. Niezwykle zasmuciła go przegrana z rodziną swojej przyszłej żony.

- Chyba ktoś tu nie może pogodzić się z porażką – zachichotała Bella, uderzając go figlarnie w ramię.

- Musimy już iść – oznajmił Brady. – Dzięki za zaproszenie – dodał i po chwili obaj z Collinem wbiegli między drzewa. Poczułem drżenie oznajmujące ich przemianę i zacząłem się zastanawiać, czy Sam będzie na nich wściekły, że spędzili z nami czas, ale prawie natychmiast przestałem o tym myśleć, bo znowu zawładnęło nade mną wpojenie.

- Ja też już muszę iść – powiedziałem szybko, mając nadzieję, że uda mi się wymknąć, zanim wszyscy zrobią z tego wielką sprawę.

- Natręt – odezwał się Seth, a Leah wybuchnęła śmiechem.

- Postaraj się, żeby za bardzo cię nie poniosło – poradził mi Jacob ze zmartwionym wyrazem twarzy. – Nie próbuj… Po prostu panuj nad sobą.

Kiwnąłem głową i ruszyłem do lasu. Przemieniłem się i zacząłem biec. Nawet nie wiedziałem, dokąd zmierzałem. Kierowałem się wyłącznie instynktem. Gdy dotarłem do Forks, wyczułem słaby zapach Dixie. Pachniała jak świeżo skoszona trawa skąpana w ciepłych promieniach słońca. Ciągle ukryty w gąszczu okrążyłem pogrążone teraz we śnie Forks.

Woń dziewczyny stała się intensywniejsza, kiedy dotarłem na drugą stronę miasteczka. Nogi zaprowadziły mnie do małego domu otoczonego przez dużo drzew. W kilka sekund okrążyłem budynek, zastanawiając się, które okno prowadzi do pokoju Dixie. Ciągle pozostałem w postaci wilka, więc przypuszczałem, że raczej nikt nie zadzwoni po gliniarzy, żeby aresztowali mnie za wtargnięcie na czyjąś posiadłość.

- Embry – usłyszałem nagle swoje imię wypowiedziane słabym, dziewczęcym głosem. Dźwięk dochodził z pokoju na drugim piętrze. Czyżby mnie zobaczyła? Nie, gdyby tak było, od razu by krzyknęła. Przecież nie mogła wiedzieć, że to ja.

- Embry, nie... – szepnęła znowu, ale tak cicho, że automatycznie przysunąłem się bliżej, aby lepiej słyszeć. W tej chwili na tyłach domu zapaliła się lampa czujnika ruchu. Cholera!

W domu coś się poruszyło, więc najwidoczniej kogoś obudziłem. Chyba Dixie zaczęła iść w stronę okna, aby sprawdzić, co się stało. Wycofałem się do lasu, ale kiedy w końcu stanęła przy parapecie, jej usta lekko się otworzyły. Stała tak przez kilka sekund, a ja zamarłem. Patrzyła mi prosto w oczy. Poczułem szarpnięcie w okolicach serca, zupełnie jak wtedy na plaży… jak mnie całowała.

Po kilku sekundach Dixie odeszła od okna i zapanowała cisza. Usiadłem na ziemi i westchnąłem z ulgą. Katastrofa było blisko. Jak najszybciej musiałem jej wszystko powiedzieć. Powinna wiedzieć.

Położyłem się na ziemi, opierając głowę o łapy i wpatrując się w okno jej pokoju. Miałem nadzieję, że usłyszę jeszcze, jak wypowiada szeptem moje imię…