Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 7
- To nasz ostatni dzień wakacji przed pójściem do przedostatniej klasy liceum – powiedziała Stacy z naburmuszoną miną, po czym upiła łyk kawy.
- Ty przynajmniej chodziłaś już wcześniej do tutejszej szkoły – odparłam ponuro, oplatając ciepły kubek moimi zimnymi, mokrymi dłońmi.
Stacy i ja właśnie siedziałyśmy w małej kawiarence, w której po raz pierwszy się spotkałyśmy. Postanowiłyśmy spędzić trochę czasu razem i nacieszyć się ostatnimi chwilami wolności, zanim prawo nakaże nam bezsensownie przesiadywać w klasach i pozbawi wszelkich przyjemności, jakich można zaznawać latem. Na dworze jak zwykle padał deszcz, a na dodatek dało się też usłyszeć ciche pomruki burzy, która od wczoraj nie pozwalała o sobie zapomnieć.
- Niby tak – zgodziła się dziewczyna, kiwając głową – ale wszyscy zdążyli cię już polubić, więc nie będziesz miała żadnych problemów. No, może tylko Lisa za tobą nie przepada. – Nagle Stacy pochyliła się do przodu i oparła łokcie o stół z rozmarzoną miną. – I jeszcze ugania się za tobą najgorętszy facet w szkole…
Przekrzywiłam głowę. Najpierw sądziłam, że miała na myśli Embry'ego, ale jego osoba praktycznie cały czas zajmowała mój umysł, więc dopiero po chwili zorientowałam się, że Stacy mówiła o Danie.
- Dan najgorętszym facetem w szkole? – spytałam. – Chyba żartujesz.
Obie się zaśmiałyśmy.
- Ale przyznasz, że chociaż trochę ci się podoba – odezwała się po chwili, a ja pokręciłam głową.
- Zdecydowanie nie jest w moim typie.
- Ach, racja. Ty przecież gustujesz w dobrze zbudowanych Indianach.
Prychnęłam.
- Tamto na plaży nic nie znaczyło.
Lekko otworzyła usta ze zdziwienia.
- No co ty! Pewnie, że znaczyło. Już pół Forks o tym gada. Masz zamiar znowu się z nim spotkać czy coś?
- Nie mam jego numeru ani niczego w tym stylu, więc raczej wątpię.
Nagle przy drzwiach zadzwonił dzwoneczek oznajmujący, że ktoś właśnie wszedł do naszego małego, suchego raju. Nie odwróciłam się, żeby zobaczyć przybysza, ale poczułam na karku dziwny dreszcz. Oczy Stacy dwukrotnie się powiększyły.
- O wilku mowa…
Obróciłam głowę i zobaczyłam, że w kierunku lady zmierzał nie kto inny, tylko Embry. Na jego widok przyszła mi do głowy myśl, że rdzennych mieszkańców Ameryki chyba nie obowiązywał jakże banalny zwyczaj kompletnego ubierania się czy zakładania butów, bo chłopak miał na sobie tylko te same szorty co wczoraj. Jeśli mnie zauważył, to nie dał nic po sobie poznać. Ale co on tutaj w ogóle robił?
- Idź z nim porozmawiać – szepnęła Stacy z przejęciem.
- Po co? – syknęłam.
- Przecież widzę, że masz na to ochotę!
Nie myliła się. Miałam na to straszną ochotę. Tylko czy nie wyjdę na jakiegoś natręta? Co mam mu powiedzieć? „Hej, wczoraj się z tobą całowałam i śniłeś mi się tej nocy. Chcesz się ze mną umówić?". Tak, to absolutnie nie brzmiało dziwnie…
Gdy Embry dostał wreszcie swój napój, zaczął szybko iść w kierunku drzwi, więc chyba naprawdę mnie nie zobaczył. Serce zaczęło mi bić jak szalone i zanim zdążyłam pomyśleć, już zawołałam:
- Hej!
Zatrzymał się i spojrzał w moim kierunku.
- O, cześć! – odparł i ruszył w stronę stolika, przy którym siedziałam ze Stacy.
- Chcesz się do nas przyłączyć? – spytałam, wskazując na wolne krzesło.
- Jasne – zgodził się z uśmiechem, a moje serce zadygotało.
- Tak właściwie – odezwała się Stacy, podnosząc się – to ja już będę się zbierać. Wiecie, muszę jeszcze coś załatwić. Ale wy dwoje zostańcie i sobie porozmawiajcie. – Uśmiechnęła się do mnie znacząco. Co ona wyprawiała? Powinnam ją uderzyć!
- Tak w ogóle to jestem Embry – powiedział chłopak, wyciągając ku niej rękę.
- Stacy – powiedziała, ściskając jego dłoń. - Miło mi cię poznać, ale naprawdę muszę już lecieć. Zobaczymy się później – dodała i mrugnęła do mnie, po czym poruszyła bezgłośnie ustami, oznajmiając mi, że później mam do niej zadzwonić i zdać szczegółową relację z tego spotkania.
Gdy dziewczyna opuściła już kawiarenkę, Embry zajął jej miejsce. Zauważyłam, że jego napojem była czarna kawa z fusami.
- Więc przyszedłeś tu z La Push na kubek kawy? – spytałam.
Embry się zaśmiał.
- Nie, to tylko krótki przystanek. Mam coś do zrobienia w miasteczku.
- Och – mruknęłam głupio, stukając palcem w swój kubek.
Nagle chłopak westchnął. Spojrzałam na niego i zauważyłam, że wyglądał na zmartwionego i nerwowo zaciskał zęby.
- Wszystko w porządku? – zapytałam. Zerknął w moją stronę i jego zaniepokojone oczy nieco złagodniały.
- Skłamałem – odezwał się po chwili. – Nie mam nic do załatwienia w Forks, tylko szukałem ciebie.
Och… Chwila… Co?
- Naprawdę?
Lekko się uśmiechnął.
- Muszę ci coś powiedzieć – powiedział łagodnie i tak cicho, że bez wątpienia żadna inna osoba nie mogła go usłyszeć.
- O co chodzi? – szepnęłam, bo wyglądało na to, że chciał podzielić się ze mną jakąś tajemnicą.
Embry niespokojnie przeczesał włosy.
- Okej… Czy słyszałaś kiedykolwiek legendy o Quileutach?
- Nie – zaprzeczyłam i pokręciłam głową. – Zanim się tu przeprowadziłam, nawet nie wiedziałam o ich istnieniu.
- Świetnie – mruknął lekko zirytowany. – Dobra, przejdę od razu do rzeczy. Więc… jest taka jedna historia, która opowiada o tym, że nasze plemię pochodzi od wilków.
Zamarłam.
- Wilków? – powtórzyłam nieprzytomnie, a w mojej głowie natychmiast pojawiła się scena ze snu: kilka ogromnych basiorów wynurzających się z lasu…
- Dokładnie – potwierdził, przyglądając mi się ostrożnie. – To podanie mówi też, że jeśli w okolicy pojawi się jakieś niebezpieczeństwo, młodzi Quileuci zamieniają się w te zwierzęta. – Na chwilę wstrzymałam oddech. – Ta legenda jest prawdziwa.
Na początku nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa.
- Co? – spytałam po chwili, mając nadzieję, że się przesłyszałam. Embry pochylił się do przodu i nasze twarzy dzieliły teraz zaledwie centymetry. Poczułam jego oddech na swoich policzkach…
- Nazywamy siebie zmiennokształtnymi albo wilkołakami. Potrafimy przeobrażać się w wilki.
- Żartujesz, prawda? – zapytałam stanowczym głosem. Ten facet bez dwóch zdań właśnie robił mnie w konia. Nie było innej możliwości…
Embry uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Uwierz mi, chciałbym.
Kompletnie mnie zatkało. Czego jak czego, ale takiego wyznania się nie spodziewałam. Co tak właściwie powinnam mu teraz powiedzieć? „Och, to wspaniale"? Może i wspaniale, ale o wiele bardziej… dziwnie. Zresztą, ciągle nie byłam pewna, czy to prawda.
- Nie wierzę ci.
- Chcesz, żebym ci to pokazał?
Czy chciałam…? Z jednej strony dowiedziałabym się, czy powiedział prawdę, ale z drugiej nie wiedziałam, co zrobię, jeśli na moich oczach rzeczywiście zamieni się w zwierzę…
- Tak, pokaż mi – zgodziłam się w końcu.
- No to chodź – powiedział wesoło chłopak, podnosząc się z krzesełka. Ruszyłam za nim, wciąż ściskając w dłoni mój kubek kawy. Nie wiedziałam, po co go wzięłam… Cóż, zawsze mogłam wylać jego zawartość w oczy Embry'ego, jeśli zacząłby się do mnie dobierać.
Oddaliliśmy się od kawiarenki i skierowaliśmy się do lasu. Indianin szedł bardzo szybko, jakby miał do wypełnienia jakąś misję czy coś takiego. Albo może mi się tak tylko wydawało, bo jego nogi były niemalże dwa razy dłuższe od moich? Nagle się zatrzymał i złapał moją rękę. Poczułam się tak, jakby ktoś właśnie poraził mnie prądem.
- Tędy – powiedział, cały czas rozglądając się na boki, by upewnić się, że nikt nas nie obserwował. – Wybacz, ale nie mogę zrobić tego przy świadkach.
Cały czas milczałam, podążając za nim w głąb lasu. Zapewnie wiedział lepiej, gdzie szliśmy, bo ja nie miałam bladego pojęcia. Nie mogłam nawet od niego uciec, bo pewnie zagłębiłabym się dalej w gąszcz drzew. Na dodatek nikt nie widział, jak się z nim oddaliłam…
O cholera! A jak ten gość właśnie w ten sposób zaciągał dziewczyny do lasu, by je potem wykorzystać? Jeny, co ja wyprawiałam?
- To już chyba wystarczająco daleko – wymamrotałam drżącym głosem w miejscu, z którego dało się jeszcze usłyszeć odgłosy przejeżdżających samochodów, więc istniała szansa, że w razie czego mogłabym znaleźć drogę powrotną.
Embry obejrzał się do tyłu.
- Okej – zgodził się cicho. Wydawał mi się lekko zdenerwowany, jakby nie wiedział, dlaczego w ogóle to robił. Może rzeczywiście kłamał i nie potrafił przeobrażać się w wilka? – Zostań tutaj.
Wskazał gestem miejsce, gdzie powinnam stanąć, a po chwili sam zniknął w gęstwinie drzew, zostawiając mnie samą.
Objęłam się ramionami, bo zaczęłam marznąć. Kubek z kawą, moja potencjalna broń, gdzieś wypadł mi z rąk. Baldachim utworzony z drzew chronił przed deszczem, ale i tak skapywało na mnie kilka pojedynczych kropli.
Nagle wyczułam w powietrzu dziwne drżenie, jakby w pobliżu przeleciała właśnie potężna fala dźwiękowa. Zerknęłam w miejsce, w którym zniknął Embry i zamarłam.
- Nie kłamałeś – szepnęłam, a bicie mojego serca gwałtownie przyspieszyło.
Z zarośli wyłonił się olbrzymi, szary wilk z dwiema ciemnymi plamami na grzbiecie. Wilk z mojego snu.
