Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 8
Wilk, który stał naprzeciwko mnie z pochyloną głową i poruszającym się ogonem, rzekomo był… Embrym. Zaczęłam szybciej i nieregularnie oddychać, a serce waliło mi jak młotem. Nie, takie coś nie mogło się zdarzyć…
Zwierzę z powrotem weszło w zarośla i ponownie poczułam dziwne drżenie w powietrzu. Po chwili z tego samego miejsca ostrożnie wyłonił się Embry.
- Teraz mi wierzysz?
Pokiwałam niepewnie głową, ale i tak nie potrafiłam tego ogarnąć. To wydawało mi takie nierealne.
- To… Wow – mruknęłam, a chłopak się zaśmiał. – Ale teraz muszę już iść – dodałam szybko. To było stanowczo zbyt dziwne.
- Nie, zaczekaj! – zawołał za mną, ale użyłam całej swojej silnej woli, żeby go zignorować. Musiałam ogromnie się postarać, żeby od niego odejść. Na szczęście nie próbował mnie zatrzymywać. Niezwykle szybko pobiegłam do domu. Strasznie ciężko przychodziło mi przytomne myślenie, kilka razy prawie wpadłam pod samochód. W moim umyśle pojawiło się mnóstwo niedorzecznych pytań, ale pomimo tej całej dziwaczności… chciałam wrócić do Embry'ego.
Niemalże zapomniałam, jak się otwiera drzwi, gdy już dotarłam do domu. Byłam kompletnie rozkojarzona. Mama wyszła z kuchni, żeby się ze mną przywitać i o mało co nie upuściła trzymanego w ręce talerza.
- Dixie, co ci się stało? – spytała z przerażeniem. – Jesteś blada jak ściana! I co ty masz na głowie?
Sięgnęłam ręką do włosów i wyciągnęłam z nich wielkiego liścia, jednocześnie zastanawiając się, jak to wytłumaczyć… Cóż, mój umysł za bardzo mi w tym nie pomagał.
- Ja… To przez psa.
Mama przestała mówić, przechylając głowę.
- Gonił cię pies? – odezwała się po chwili.
- Nie – mruknęłam. - To ja go goniłam – dodałam, strzepując resztę liści na podłogę.
- Goniłaś psa? – powtórzyła. – Ale po co?
Wzruszyłam ramionami i zaczęłam wchodzić na górę, by uciec do swojego pokoju.
- Nie wiem, mamo. Naprawdę nie wiem.
Następnego dnia po raz pierwszy poszłam do szkoły w Forks. Na parkingu podbiegła do mnie Stacy.
- Dlaczego wczoraj nie zadzwoniłaś? – spytała z wyrzutem. – I czemu wyglądasz jak siedem nieszczęść? – Zaczęłyśmy iść w kierunku budynków. Pierwszą lekcję miałyśmy razem.
- Przepraszam – mruknęłam. – A wyglądam tak pewnie dlatego, że nie spałam zbyt wiele tej nocy.
Zatrzymała się i spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Nie! – zawołałam szybko. – Nie z tego powodu, o którym ty myślisz!
- Wiesz, przerażasz mnie – zaśmiała się.
Nie odpowiedziałam. Praktycznie całą noc spędziłam na zastanawianiu się, co powinnam zrobić w związku z tym, co pokazał mi Embry. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin obraz wynurzającego się z zarośli szarego wilka pojawił się w moim umyśle już chyba z tysiąc razy. Nieustannie powtarzałam sobie, że to niemożliwe. Przecież coś takiego jak zmiennokształtni czy wilkołaki nie istniało w realnym świecie! Jedynie scenarzyści z Hollywood mogli sobie coś takiego wymyśleć! Tylko że ja widziałam to na własne oczy… Embry zamienił się przy mnie w potężne zwierzę, a potem z powrotem w człowieka…
Ale czym zasłużyłam sobie na taką szczerość? Zdolność przemiany w wilka to nie temat na rozmowę z kimś, kogo dopiero co się poznało. Nie rozpowiada się o tym na prawo i lewo, więc dlaczego akurat ja? Nie byłam przecież nikim szczególnym. I dlaczego coś mnie do niego ciągnęło? Czemu o nim śniłam i dlaczego nie mogłam pozbyć się go ze swoich myśli?
I co z resztą jego plemienia? Czy Quil, którego spotkałam na plaży, to też zmiennokształtny? Jak wielu ich tutaj mieszkało? Embry wspomniał wczoraj, że przemieniają się w wilki, jeśli pojawi się jakieś niebezpieczeństwo. Co dokładnie miał na myśli?
- Hej, Ziemia do Dixie! – zawołała nagle Stacy, machając mi dłonią tuż przed twarzą. Najwyraźniej kompletnie odpłynęłam na jawie.
- Przepraszam – powtórzyłam.
- Za chwilę walnęłabyś głową o ścianę – zaśmiała się. – A to chyba nie byłby najlepszy początek dnia w nowej szkole.
Zmusiłam się do wyrzucenia z umysłu wszystkich niepotrzebnych myśli i też się uśmiechnęłam.
- Tak, masz rację.
Kilka następnych godzin ciągnęło mi się niemiłosiernie. Nie potrafiłam zliczyć, ile razy się przedstawiłam i wyjaśniałam, skąd przyjechałam. Ciągle znajdowałam się pod ostrzałem ciekawskich spojrzeń. Cóż, w końcu byłam nowa, co musiało stanowić jakąś atrakcję dla znudzonych codzienną monotonią uczniów. Tego dnia ubrałam się znacznie lepiej, buty i pasek zostawiając w domu, ale chyba i tak nie udało mi się pozbyć etykietki prowincjonalnej wieśniaczki, bo w pewnym momencie zauważyłam, jak ktoś dyskretnie na mnie wskazuje i pyta się swojego towarzysza, czy to właśnie „ta prostaczka". Najwidoczniej wieści rozchodziły się w tym miasteczku zadziwiająco szybko.
Nie zapoznałam się z nikim nowym. Cały czas trzymałam się blisko Dana i Stacy. Moje rozkojarzenie i nieobecność ducha zdecydowanie nie sprzyjały zawieraniu znajomości.
Gdy lekcje się skończyły i wróciłam do bezpiecznego domu, wreszcie poczułam ulgę. Zadano mi już mnóstwo pracy domowej, ale nie potrafiłam skupić się na jej odrabianiu, więc postanowiłam pójść na mały spacer.
Weszłam pomiędzy drzewa i włożyłam ręce do kieszeni. Nagle usłyszałam jakiś ruch, więc najprawdopodobniej moje szybkie kroki spłoszyły jakiegoś jelenia. Chwilowo przestało padać, ale nadal cicho pogrzmiewało. Pojedyncze krople deszczu zalegające na liściach skapywały mi prosto na twarz.
Kiedy znalazłam się sama w lesie, wszystkie pytania natychmiast powróciły. Były niczym jakaś choroba zżerająca mnie od środka.
- Dlaczego to wszystko jest takie zagmatwane? – szepnęłam do siebie, zatrzymując się i spoglądając w górę na kolorowe liście.
- Przez wpojenie. – Usłyszałam za sobą głęboki głos i serce niemal podskoczyło mi do gardła. Natychmiast się odwróciłam, dosięgając dużego scyzoryka, który przed wyjściem z domu przypięłam do paska.
Przede mną stał Embry z uniesionymi w geście kapitulacji rękami. Wyglądał na zaniepokojonego i czujnie wpatrywał się w ostrze trzymanego przeze mnie noża.
- Śledzisz mnie? – spytałam piskliwym głosem. Cholera, czy już nigdy nie miałam uwolnić się od tego gościa? Nie dość, że ciągle o nim myślałam, to jeszcze za mną łaził! Zajmował teraz cały mój świat…
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, moje serce zadygotało i na chwilę przestałam oddychać. W tym momencie dostrzegłam w jego oczach coś zwierzęcego. Były ciemne i ciepłe, jak u przyjaznego psa. Indianin jak zwykle miał na sobie tylko obcięte szorty, żadnych butów ani koszuli. Czy już do reszty zwariował? Ja już prawie zamarzałam, chociaż założyłam kurtkę.
- Masz zamiar odłożyć ten scyzoryk? – spytał z rozbawieniem, ale nadal nie opuszczał rąk.
- Najpierw odpowiedz na moje pytanie – warknęłam, ciągle celując w niego ostrzem.
- Tak, śledziłem cię – przyznał z rozbrajającą szczerością. – Teraz odłożysz nóż?
Cofnęłam rękę, ciągle trzymając scyzoryk w gotowości.
- Dlaczego mnie śledzisz?
Uśmiechnął się szeroko.
- Już ci powiedziałem dlaczego. Przez wpojenie.
- Co? – spytałam, unosząc jedną brew. – A co to takiego?
- Chciałem ci to wyjaśnić wczoraj, ale uciekłaś – przypomniał.
- Och, wybacz – przeprosiłam ironicznym tonem. – Nie przyzwyczaiłam się do oglądania ludzi zmieniających się w zwierzęta.
Embry zignorował to i zrobił krok w moją stronę. Ja też zrobiłam krok, tyle że do tyłu. Chłopak wyglądał na skrzywdzonego tym moim nieufnym gestem.
- Wpojenie przytrafia się zmiennokształtnym. To coś w rodzaju miłości od pierwszego wejrzenia.
- Nadal nic nie rozumiem – odezwałam się po chwili, a Indianin się zaśmiał.
- Nikt tego nie rozumie, ja także. Wiem tylko, że cię kocham.
Czy on naprawdę właśnie wyznał mi miłość…? Moje serce zaczęło bić tak mocno jak nigdy wcześniej. Zaczęłam się nawet bać, że wyskoczy mi z klatki piersiowej.
Embry stał nieruchomo i uśmiechał się w taki sposób, jakby spodziewał się, że zaraz rzucę mu się na szyję i powiem, że też go kocham. A potem będziemy żyć długo i szczęśliwie… Tak, jasne.
- Zawsze jesteś taki bezpośredni?
Chłopak zachichotał. Wyglądało na to, że ta sytuacja nieco go bawiła, ale jednocześnie spoglądał na mnie tak, jakbym była czymś niezwykle cennym.
- Nie, ale uznałem, że chciałabyś się dowiedzieć, dlaczego rzuciłaś się na mnie zaraz po tym, jak dopiero co się spotkaliśmy.
Poczułam, jak moje policzki robią się gorące…
- Więc… wpoiłeś się we mnie? – spytałam niepewnie, a Embry kiwnął głową. – To znaczy zakochaliśmy się w sobie w jakiś magiczny sposób? – Kolejne kiwnięcie. – I uważasz, że nie zwariowałeś?
Indianin wzruszył ramionami.
- Kilku chłopaków już się wpoiło, więc wiedziałem, na czym to mniej więcej polega, ale do tej pory nie doświadczyłem tego na własnej skórze.
- Kilku chłopaków? – powtórzyłam ze zdziwieniem. – Jak wielu was jest?
Embry spojrzał w górę, jakby właśnie podliczał coś w pamięci.
- Może dwudziestu… Naprawdę nie mogę sobie teraz przypomnieć. Parę miesięcy temu mieliśmy potężną eksplozję przemian i ciągle nie mogę tego ogarnąć. Ale w moje sforze jest tylko pięciu… No, czterech.
- W twojej sforze?
- Tak, niektórzy z nas odłączyli się od głównej sfory z powodów… osobistych.
- Och… - mruknęłam i tylko tyle byłam w stanie powiedzieć. Embry wykonał w moim kierunku parę kolejnych kroków, ale tym razem się nie cofnęłam. To wszystko nadal wydawało mi się cholernie pokręcone, ale teraz miało… sens, o ile można to tak nazwać. Gdzieś w głębi duszy cieszyłam się, że wreszcie dostałam jakieś wyjaśnienia, nawet jeśli były zupełnie irracjonalne.
Chłopak podszedł bliżej i teraz stał tuż przede mną. Znajdował się tak blisko jak podczas naszego spotkania w kawiarni, kiedy po raz pierwszy wyjawił mi swój sekret. Jego oddech przyjemnie owionął moją twarz…
- I co teraz? – szepnęłam.
Odpowiedział dopiero po chwili:
- Nie wiem. Pewnie chciałabyś uciec jak najdalej stąd.
Wszystko we mnie krzyczało, abym zlikwidowała przestrzeń pomiędzy nami. Chciałam wpleść palce w jego włosy, dotknąć swoim wargami jego warg i nigdy nie pozwolić mu odejść...
- Ale ja nie chcę uciekać – wyznałam ledwo słyszalnym głosem.
- A ja nie chcę, żebyś uciekła – szepnął, odgarniając mi z twarzy kosmyk włosów i pochylając się do przodu. Nasze usta zetknęły się raz delikatnie. Nie był to pocałunek tak dziki i gwałtowny jak wtedy na plaży, ale i tak strasznie namiętny. Chłopak łagodnie oparł swoje czoło o moje.
- Dlaczego szepczemy? – spytał cicho. Nic nie powiedziałam, tylko lekko zachichotałam.
- Nie wiem.
Chłopak uśmiechnął się i znowu mnie pocałował. Nagle znalazłam odpowiedzi na wszystkie pytania, ale one i tak już się nie liczyły. Wszystkim, co w tej chwili miało znaczenie, był Embry.
