Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 9

Niestety w Forks nic nie mogło potoczyć się idealnie, więc wkrótce znowu zaczęło padać. Z chmur spadły strumienie wody, które szybko sprawiły, że włosy ściśle przylegały nam do twarzy.

- Chodź! – zawołałam do Embry'ego, starając się przekrzyczeć głośny szum deszczu. Niebo nad naszymi głowami przecięła błyskawica, a gdzieś głośno uderzył piorun. Wszystko dookoła wydawało się trząść. Wyglądało to tak, jakby Ktoś tam na górze się zdenerwował i postanowił zesłać na nas jakąś karę.

Złapałam Indianina za rękę, starając się zignorować niesamowicie przyjemny dreszcz, który przeszedł mi wzdłuż ramienia pod wpływem jego dotyku i zaczęłam biec w kierunku domu.

- Jesteś pewna, że nic się nie stanie? – spytał, zapewne mając na myśli reakcję moich rodziców na to, że wyłonię się z lasu z jakimś obcym facetem.

- Nie ma ich w domu – zapewniłam, a Embry szybko dorównał mi kroku. Nie sprawiło mu to żadnego problemu. Miałam niemalże stuprocentową pewność, że mógłby natychmiast mnie wyprzedzić i pędzić do przodu przez jakiś czas, nie dostając nawet zadyszki. To prawdopodobnie była jedna z wilczych cech.

Gdy weszliśmy na podwórko za domem, zapaliły się światła bezpieczeństwa. Udaliśmy się prosto w stronę drzwi prowadzących do garażu.

- Uch… - mruknęłam, wyciągając z leżącego na stoliku pudełka jakąś ścierkę, a następnie zaczęłam wycierać nią sobie twarz i ramiona. – Nigdy nie polubię deszczu.

Zerknęłam na Embry'ego, który też był kompletnie przemoczony. Jego krótkie włosy ściśle przylegały do głowy, a mokre szorty zrobiły się znacznie ciemniejsze.

- Masz zamiar się otrzepać czy coś? – zażartowałam.

- Ha, ha – powiedział z sarkazmem. Znienacka pochylił się do przodu i potrząsnął głową, więc deszczowa woda skropiła mi twarz.

- Hej! – pisnęłam w proteście. Szybko wzięłam kolejną ścierkę i mu ją podałam.

- Przecież chciałaś, żebym się otrzepał, więc to zrobiłem – zaśmiał się.

- Następnym razem muszę ostrożniej dobierać słowa – mruknęłam, otwierając drzwi prowadzące do wnętrza domu. Moi rodzice rzeczywiście jeszcze nie wrócili. Przynamniej na razie.

Odwróciłam się, by spojrzeć na Embry'ego. Właśnie zamykał drzwi i nie dało się nie zauważyć, jak delikatnie i ostrożnie się poruszał. Odniosłam wrażenie, że wszystko przychodziło mu bez wysiłku. Parę sekund obserwowania go każdego mogło utwierdzić w przekonaniu, że nie był zwykłym człowiekiem.

- Jak długo jesteś zmiennokształtnym? – spytałam, prowadząc go do salonu. Zajęliśmy miejsca na kanapie. Embry usiadł blisko mnie, ale na tyle daleko, aby uszanować fakt, że poznaliśmy się zaledwie trzy dni temu. Pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach.

- Chyba niecały rok – odpowiedział. – Albo osiem miesięcy. Dokładnie nie pamiętam…

- Ale nie całe życie – wtrąciłam.

- Nie – zaprzeczył, kręcąc głową. – Przemieniamy się dopiero wtedy, jak już dojrzejemy fizycznie, chociaż w niektórych przypadkach w wilki mogą przeobrażać się też jedenastoletnie dzieciaki.

- A od czego to zależy? – zapytałam, a Embry westchnął. – Wspomniałeś coś wczoraj o jakimś niebezpieczeństwie.

- Tak – potwierdził takim tonem, jakby nie chciał kontynuować tego tematu. Czy to było coś aż tak bardzo strasznego? – Przemieniamy się, jeśli w okolicy pojawią się wampiry.

- Wampiry? – powtórzyłam z zaskoczeniem, żeby upewnić się, czy dobrze usłyszałam. – Mówisz poważnie?

- Tak poważnie jak wtedy, gdy wyznałem ci, że zmieniam się w wilka – powiedział i zerknął na mnie swoimi ciemnymi, przypominającymi zwierzęce oczami. Zadrżałam.

- Więc wampiry są gdzieś w okolicy? – spytałam z lekkim przerażeniem.

- Tak, teraz są – odparł. – Ale nie martw się, nie piją ludzkiej krwi. Zawarliśmy z nimi pakt, jednak niedługo i tak się przeniosą. – Ostatnie zdanie wypowiedział niemalże ze smutkiem, co trochę mnie zdziwiło.

- Czy to niedobrze, że się przeprowadzają? Nawet jeśli nie jedzą ludzi?

Usta Embry'ego wygięły się w lekkim grymasie.

- Nie, jeśli chodzi o Cullenów – wyjaśnił. – Rok temu córka komendanta policji przeprowadziła się tutaj z Phoenix i zakochała się w jednym z nich. Pobrali się i dziewczyna urodziła wampirowi dziecko, jak była jeszcze człowiekiem, ale potem przemieniono ją w…

- Chwila – przerwałam mu. – Urodziła wampirowi dziecko? Naprawdę?

- Tak, naprawdę – zaśmiał się. – Jak do tej pory jeszcze cię nie okłamałem. Ale wracając do tematu: alfa naszej sfory, ktoś w rodzaju przywódcy, Jacob, wpoił się w ich córkę i jeżeli oni się przeprowadzą, to Jake prawdopodobnie też wyjedzie.

- Ale skoro jest tym całym… alfą, to czy nie ponosi jakiejś odpowiedzialności za sforę albo coś?

- Niby tak – westchnął Embry – ale Jacob tak właściwie nie chciał być przywódcą… To długa historia. W każdym razie urodził się, żeby nim być, więc odłączył się od głównej grupy, a niektórzy z nas poszli w jego ślady.

- I tak powstały dwie sfory – podsumowałam.

- Hej, czy chciałabyś, żeby twoi rodzice teraz mnie poznali? – odezwał się znienacka.

- Dlaczego pytasz?

- Bo w tym momencie ktoś zaparkował na waszym podjeździe.

- Masz super słuch czy coś w tym rodzaju? – zażartowałam, podnosząc się. Podeszłam do okna i zobaczyłam, że moja mama właśnie wysiadła z samochodu.

- Zaleta bycia wilkołakiem. Mam się wymknąć? – Ponad swoim ramieniem wskazał kciukiem na tylnie drzwi.

Pewna część mnie chciała, aby Embry został. Pragnęłam podzielić się własnym szczęściem z rodzicami, ale wiedziałam też, że jeśli znajdą obcego faceta siedzącego w ich salonie, to będą… niezbyt zachwyceni. Taka niespodzianka nie wydawała mi się dobrym sposobem na przedstawienie mojego chłopaka.

- Tak, lepiej idź.

Embry się zawahał. Nie chciałam, żeby już poszedł i wiedziałam, że on także tego nie chciał.

- Nie będę daleko – obiecał cicho, dotykając mojego policzka wierzchem dłoni, po czym szybko wybiegł na zewnątrz.

Przez dłuższą chwilę zupełnie oniemiała stałam na środku pokoju, wpatrując się nieprzytomnie w drzwi prowadzące do ogrodu. W takiej pozycji zastała mnie mama.

- Dixie, co ty robisz?

Odwróciłam się i zobaczyłam, że przyglądała mi się z niepokojem.

- Ja… Chyba słyszałam coś na podwórku.

- Na zewnątrz? W ogródku za domem? – upewniła się i zaczęła iść w kierunku tylnich drzwi. W mojej głowie mignęły słowa Embry'ego: Nie będę daleko.

Cholera!

- Nie! – zawołałam szybko i zablokowałam jej przejście. – Przed domem. To pewnie byłaś ty.

Przez chwilę patrzyła na mnie nieufnie.

- Ostatnio zrobiłaś się nieco nerwowa – powiedziała, kierując się do kuchni.

Może dlatego, że właśnie znalazłam swoją bratnią duszę… Co z tego, że jest ona wilkołakiem…

- Przepraszam – odparłam.

- Jak tam w szkole? – spytała, zabierając się do robienia obiadu. – Dzieciaki cię polubiły?

- Tak, w porządku – mruknęłam nieprzytomnie, bo myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Z powrotem znalazłam się w lesie z Embrym. Pochylał się w moim kierunku, a bijące od niego ciepło…

- Dixie! – zawołała mama, przywracając mnie do rzeczywistości.

- No co? – prawie jęknęłam.

- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? Jak z tobą ostatnio rozmawiam, to czuję się tak, jakbym mówiła do robota. – Podeszła bliżej i położyła mi dłoń na policzku, dokładnie w miejscu, którego dotknął Embry. – Chyba masz lekką gorączkę…

Odepchnęłam jej rękę.

- Nic mi nie jest. – Obróciłam się, zanim zdążyła zareagować i uciekłam do mojego pokoju, w którym mogłam odizolować się od reszty świata. W myślach znowu wróciłam na plażę w rezerwacie. Deszcz lunął, grzmiało i błyskawice przecinały niebo, ale mnie to nie obchodziło. Zastanowiłam się nad tym wszystkim pobieżnie i doszłam do wniosku, że powoli wymykało mi się to spod kontroli. Tak przynajmniej podpowiadała mi logiczna część mojej osobowości, ale reszta mnie w ogóle się tym nie przejmowała.