Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 10
Trzymałam się z daleka od parteru do czasu, aż w końcu poczułam zapach obiadu. Przypuszczałam, że lepiej zejść na dół i zachowywać się normalnie, nawet jeśli nic nie było normalne. Wyszłam na korytarz i zaczęłam delikatnie przeskakiwać stopnie schodów, starając się przestać myśleć o pewnym chłopaku, którego wilcza postać całkowicie zajmowała mój umysł. Nagle usłyszałam cichą rozmowę rodziców siedzących w kuchni, więc zwolniłam kroku i nadstawiłam uszu.
- Wydaje mi się, że nadal jest jej ciężko. Powinna jak najszybciej znaleźć sobie jakichś nowych przyjaciół – powiedziała mama.
- Musimy po prostu poczekać. Nic jej nie będzie – odparł ojciec.
- Gdybyś zobaczył, jak się dzisiaj zachowywała… Miałam wrażenie, że obecna była tylko ciałem, a jej dusza przebywała zupełnie gdzie indziej.
Przygryzłam wargę i cicho zaklęłam. Musiałam popracować nad utrzymywaniem swojej duszy w ciele. Nie potrzebowałam tego, żeby rodzice nagle zaczęli się martwić i interesować moim życiem.
- Dajmy jej trochę czasu, kochanie – odezwał się stanowczo tata i w tej chwili głośno uderzyłam stopami o schody, aby wiedzieli, że właśnie schodziłam na parter. Nie chciałam przebywać w pobliżu, gdyby zaczęli się kłócić.
- Cześć, Dixie – przywitał się ojciec, kiedy weszłam do kuchni. Na twarzy miał uśmiech w stylu: „Nie, skarbie, właśnie o tobie nie rozmawialiśmy". Mama natychmiast wstała od stołu i wróciła do przygotowywania obiadu.
- Cześć, tato – mruknęłam w odpowiedzi, podchodząc do zmywarki, z której wyciągnęłam czyste naczynia i sztućce.
- Jak tam w szkole? – spytał, odkładając gazetę. – Podobało ci się?
- Tak, wszyscy okazali się bardzo mili – odparłam, mając nadzieję, że to chociaż na pewien czas ich uspokoi. Ojciec pokiwał głową.
Gdy skończyliśmy jeść, na dworze ciągle było jeszcze całkiem jasno.
- Idę na krótki spacer – oznajmiłam, zabierając z wieszaka moją kurtkę.
- Tylko nie chodź zbyt daleko – ostrzegła mnie mama.
Szybko wyszłam na zewnątrz przez tylnie drzwi i przeszłam przez podwórko, kierując się w stronę głównej ścieżki, gdzie zauważyłam tropy jeleni. Zagłębiłam się dalej w las i szybko zboczyłam z trasy, odchodząc od domu. Gdy uznałam, że byłam już wystarczająco daleko, zatrzymałam się i rozejrzałam dookoła.
- Embry? – zawołałam. Poczułam się głupio, bo wyglądało to tak, jakbym wołała jakąś dobrą wróżkę albo wymyślonego przyjaciela… Ale przecież Indianin obiecał, że będzie w pobliżu. – Embry, jesteś tutaj?
- Jestem – usłyszałam za sobą głęboki głos i prawie krzyknęłam. Obróciłam się i zobaczyłam Embry'ego przyglądającego mi się z rozbawionym wyrazem twarzy.
- Czy ty naprawdę chcesz, abym kiedyś przez ciebie dostała zawału serca? – syknęłam.
Chłopak zachichotał.
- Nie powinnaś sama chodzić do lasu. Po tym wszystkim, co ci powiedziałam, myślałem, że już nigdy nie postawisz tutaj nogi.
Tak właściwie to nawet o tym nie pomyślałam, ale teraz zdałam sobie sprawę, że Embry miał rację. W okolicy mieszkała rodzina wampirów i nawet jeśli nie piły ludzkiej krwi, to istniało duże prawdopodobieństwo, że mogły pojawić się następne, bardziej… tradycyjne.
- Szukałam cię – usprawiedliwiłam się, a na jego ustach pojawił się półuśmiech.
- Miło mi, ale następnym razem nie chodź sama po lesie, dobrze?
Posłusznie kiwnęłam głową. Embry usiadł pod jakimś drzewem i gestem poprosił, abym zajęłam miejsce obok niego.
Podeszłam bliżej i tak zrobiłam. Spodziewałam się, że ziemia będzie mokra, ale okazała się zaskakująco sucha. Embry oparł głowę o pień zamykając oczy. Gdy nasze ramiona się zetknęły, ciężko westchnął. Znowu przyjrzałam się jego twarzy. Nic się w niej nie zmieniło oprócz tego, że nos chłopaka nie były już krzywy.
- Embry, ile ty tak właściwie masz lat? – spytałam. Zastanawiałam się nad tym już od jakiegoś czasu, zwłaszcza od momentu, w którym zapytał o to Rhett. Indianin wyglądał tak, jakby stuknęła mu już dwudziestka piątka.
- Szesnaście… – mruknął, podnosząc powieki i spojrzał na mnie z góry. – Technicznie rzecz biorąc.
- Technicznie rzecz biorąc? – powtórzyłam.
- Nie starzeję się. Zatrzymałem się w wieku szesnastu lat.
- Więc już na zawsze będziesz miał szesnaście lat? – odezwałam się głośno. Wychodziło na to, że on pozostanie nastolatkiem, a ja ciągle będę się starzeć. Co powiedzą ludzie, jeśli stuknie mi już pięćdziesiątka, a zastaną mnie całującą się z facetem wyglądającym na dwadzieścia lat? Mimowolnie zadrżałam.
- Nie martw się. Wszystko wróci do normy, jak porzucę bycie zmiennokształtnym – powiedział, łapiąc moją trzęsącą się dłoń. Przeszył mnie przyjemny dreszcz. – Zacznę się z powrotem starzeć, jeśli przez długi czas nie będę zmienić się w wilka. To właśnie jest to, co stara się osiągnąć moja sfora, ale nadal jesteśmy młodzi i strasznie nam ciężko. Jeżeli się na coś wściekniemy, to przemieniamy się całkowicie automatycznie.
- Wow… - mruknęłam głupio. – Jesteście… niezrównoważeni?
- Niektórzy z nas. Inni albo dłużej ćwiczyli samokontrolę, albo mają lepszych przodków – wyjaśnił. Wydawało mi się, że nagle stał się nieco nieobecny.
- A co z tobą? Masz lepszych przodków? – zażartowałam, trącając łokciem jego ramię. Wciąż trzymał moją dłoń i kiedy zadałam mu to pytanie, poczułam, jak nagle zesztywniał, ale po chwili lekko się zaśmiał.
- Nie wiem. Nie znam nawet swojego ojca. Gdy mama przeprowadziła się tu z rezerwatu Makah, była już w ciąży, a jeśli zmieniłem się wilka, moim ojcem musi być ktoś z La Push. Któryś z członków mojej sfory to mój przyrodni brat, ale nie wiadomo który.
- Przykro mi – powiedziałam delikatnie. Wyglądał na… rozdartego. Po wyrazie jego twarzy poznałam, że nie chciał być przyczyną zamieszania w sforze. Pewnie i tak wszyscy się zastanawiali, który tata zachował się nieuczciwie.
Embry postanowił nie robić z tego wielkiej sprawy.
- W porządku, nie przejmuj się.
Przez jakiś czas żadne z nas nic nie mówiło. Cały czas trzymał moją dłoń, z roztargnieniem głaszcząc ją swoim kciukiem, a nasze ramiona ciągle się stykały. W końcu słońce znalazło nisko nad horyzontem. Jego pomarańczowe promienie przedzierały się pomiędzy drzewami, a gęsty las nagle stał się dużo rzadszy. Powinnam już wracać do domu, ale nie miałam na to najmniejszej ochoty.
- Chciałabyś spotkać się jutro z moją sforą? – odezwał się znienacka Embry, burząc spokój wieczoru. Popatrzył na mnie wyczekująco.
Czy chciałam spotkać się z jego sforą? Z nim byłabym całkowicie bezpieczna, ale wydawało mi się to nieco… dziwne. Pomysł dobrowolnego spędzania czasu z jakimiś wilkami brzmiał dosyć groźnie… Ale ta ostrzegawcza myśl niemalże natychmiast opuściła mój umysł.
- Pewnie – zgodziłam się. W oczach chłopaka pojawiły się iskierki przywodzące na myśl sztuczne ognie.
- To świetnie! – Podniósł się, pociągając mnie za sobą. – Ale teraz chyba powinnaś wracać do domu. Zrobiło się późno.
Kiwnęłam głową.
- Chyba tak – powiedziałam, otrzepując z piasku moje spodnie, ale nie wykonałam żadnego ruchu. Nie chciałam jeszcze iść. Oczy Embry'ego mówiły mi, że on także tego nie chciał, jednak gdy zauważył, że nie byłam w stanie odejść z własnej woli, wziął mnie za rękę i zaczął prowadzić w stronę domu.
- Embry, moi rodzice nie powinni cię jeszcze zobaczyć – syknęłam.
- Nie zobaczą – odpowiedział pewnym głosem. Dotarliśmy do skraju lasu i chłopak delikatnie pocałował mnie w czoło. – Zobaczymy się jutro – dodał, odwracając się.
- Kocham cię – powiedziałam do niego, ale zniknął mi już z oczu. Te słowa wyrwały się z moich ust całkowicie bezmyślnie. Zacisnęłam szczękę i cicho zaklęłam. Nie mogłam uwierzyć, że właśnie wyznałam komuś miłość.
Wyszłam z lasu na nasze podwórko za domem. Nie popatrzyłam za siebie do czasu, aż w końcu znalazłam się w swoim pokoju. Usiadłam na łóżku i zbeształam się w duchu za takie irracjonalne zachowanie.
Poczułam w powietrzu dziwne drżenie, więc pewnie Embry się przemienił i kręcił się w pobliżu jako olbrzymi wilk. Najpierw trochę mnie to przeraziło, ale po chwili uznałam to za normalne. Nagle usłyszałam skowyt wilka, jednak nie brzmiał on smutno tak jak ostatnim razem, tylko… wesoło. Moje serce zadygotało i zamknęłam oczy, słuchając tego radosnego wycia roznoszącego się w powietrzu. Sprawiło ono, że poczułam się… spokojna.
