Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 12

Korony drzew w La Push mieniły się różnymi barwami złota i czerwieni, przypominając mi, że lato zbliżało się ku końcowi. Liście poruszały się pod wpływem dość silnego wiatru, głośno szeleszcząc. Ten dźwięk spowodował, że wróciły moje wspomnienia ze starego domu. Przestrzeń wokół niego była otwarta i niemalże zupełnie płaska, więc intensywnie odczuwało się wszystkie wichury, które niekiedy sprawiały, że pszenica leżała na ziemi. Tutaj wiało ze znacznie mniejszą prędkością.

Moja tęsknota za Kentucky już dawno gwałtownie zmalała. Odruchowo spojrzałam na Embry'ego. Ledwie mieścił się w samochodzie, co wyglądało nieco komiczne, lecz pomimo ciasnoty wydawał się spokojny i zrelaksowany, a nawet trochę podekscytowany. Najwidoczniej dostrzegł, że mu się przyglądałam, bo obrócił głowę i nasze spojrzenia się spotkały.

- Zdenerwowana? – spytał, wyginając jedną brew.

- Nie – skłamałam, ale chyba to zauważył, bo lekko zachichotał i chwycił moją rękę, żeby dodać mi otuchy.

- Wszystko będzie dobrze.

- Wiem – przyznałam zgodnie z prawdą. – Ale nic nie poradzę na to, że się stresuję.

Ponownie odwrócił głowę w stronę przedniej szyby, ale kątem oka nadal na mnie zerkał.

- Rozumiem. Jeśli naprawdę czujesz się bardzo niezręcznie, to…

- Nie! – przerwałam mu szybko. – Zrobię to.

- Jesteś pewna? Już prawie dojechaliśmy na miejsce.

Bicie mojego serca przyspieszyło tak bardzo, że z pewnością Embry mógł je usłyszeć.

- Jestem pewna – powiedziałam, starając się zabrzmieć przekonująco. Chłopak westchnął i kontynuował jazdę. Ponad wierzchołkami drzew dostrzegłam cienkie strużki dymu zmierzające ku niebu, a kiedy minęliśmy zakręt, zobaczyłam też potężny klif, wystający ponad ciemną powierzchnię oceanu. Ognisko rozpalono tuż przy jego krawędzi. Wokół ognia znajdowało się kilka osób. Dwójka z nich siedziała na przenośnych, składanych krzesełkach, a pozostali na ziemi lub kłodach drewna ułożonych wokół płomienia.

Embry zaparkował samochód, a następnie pomógł mi z niego wysiąść. Chłodne podmuchy wiatru przynosiły ze sobą piżmowy zapach dymu. Chłopak ponownie złapał mnie za rękę i poprowadził do swoich przyjaciół.

Wokół ogniska siedziało tylko pięć osób: dwie kobiety i trzech facetów, z których dwóch na pewno było zmiennokształtnymi, bo wyglądali prawie tak samo jak Embry. Po chwili zorientowałam się, że jeden z nich to Quil, którego spotkałam wcześniej na plaży. Gdy podeszliśmy bliżej, mrugnął do mnie przyjaźnie. Drugi z mężczyzn miał długie, siwe włosy opadające mu na ramiona. Zauważyłam, że nie siedział na turystycznym krzesełku, tylko na wózku inwalidzkim. Obie kobiety były krótko ostrzyżone, ale starsza miała siwe włosy i łagodne rysy twarzy, a młodsza wyglądała na typową „twardzielkę" i przyglądała mi się badawczo.

- Cześć wszystkim – przywitał się Embry, gdy już dotarliśmy do ogniska. Jeśli ktoś wcześniej na mnie nie patrzył, to właśnie zaczął to robić. Automatycznie przysunęłam się bliżej Indianina. – To jest Dixie.

Wszyscy pokiwali głowami, a niektórzy wymamrotali ciche powitanie. Następnie Embry podał mi ich imiona. Starsza kobieta nazywała się Sue Clearwater, a mężczyzna na wózku – Billy Black. Oboje byli najzwyklejszymi śmiertelnikami, co sprawiło, że poczułam się nieco pewniej. Pozostała trójka – Seth, Leah i oczywiście Quil – należała do sfory.

- Jake i Cullenowie są już w drodze – zakomunikował Seth. Oboje z Embrym zajęliśmy miejsca na całkiem przytulnie wyglądającej kłodzie. Siedziałam przy Sethie, a on obok Quila. Ten pierwszy wyglądał niemalże tak samo jak pozostali, czyli też sprawiał wrażenie dwudziestopięcioletniego mężczyzny, ale jego uroda wydała mi się bardziej chłopięca. Zaczęłam się zastanawiać, w jakim tak naprawdę był wieku, kiedy stał się wilkołakiem.

- O wilku mowa – mruknęła Leah ze swojego miejsca obok Sue.

- Słyszałem to – usłyszałam męski głos, który dochodził spośród drzew.

Na ustach dziewczyny pojawił się półuśmiech, a jej twarz jakby pojaśniała.

- To dobrze. Najwyraźniej nie masz problemów ze słuchem – dodała złośliwie.

Po chwili z lasu wyłoniło się czterech ludzi. Jeden z nich, najpewniej zmiennokształtny, był… ogromny. Miał chyba ponad dwa metry wzrostu i strasznie umięśnioną sylwetkę. Za nim szły dwie osoby, kobieta i mężczyzna. Oboje odznaczali się niepowtarzalną urodą i niezwykle bladą skórą oraz miodowymi tęczówkami. Najwidoczniej właśnie zobaczyłam Bellę i Edwarda, o których tak wiele już słyszałam. Na ramionach Jacoba siedziała dziewczynka z rudawymi włosami i szmaragdowymi oczami, wyglądająca na około pięć, sześć lat. Jeśli miała na imię Renesmee, to Embry musiał mnie okłamać, bo nie mogła mieć tylko roku. Jej skóra także była bardzo jasna, ale na policzkach dziecka widniały urocze rumieńce.

- Ha, ha – mruknął Jacob z obojętnym wyrazem twarzy, a dziewczynka zachichotała.

- Cześć! – przywitał ich Seth i się wyprostował.

- Witaj, Seth – powiedział Edward i spojrzał w moją stronę. Embry to zauważył i natychmiast przedstawił mnie z dumą w głowie:

- To Dixie.

- Miło cię wreszcie poznać – powiedział Jake, wyciągać rękę, żebym mogła ją uścisnąć. Złapałam jego dłoń i delikatnie nią potrząsnęłam. Okazała się tak samo gorąca jak skóra Embry'ego. – W ciągu ostatniego tygodnia Embry mówił i myślał tylko o tobie. Uwierz mi, nie przesadzam.

Embry posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, ale Jacob tylko się roześmiał. W jego ślady poszła też Renesmee. Edward i Bella uśmiechnęli się do mnie serdecznie, ale zachowywali pewien dystans i usiedli po przeciwnej stronie. Chłopak pochylił się i szepnął jej coś do ucha, ale ona nie odpowiedziała.

Jake zajął miejsce obok Billy'ego. Zdjął swoją małpkę z barków i usadowił ją sobie na kolanach.

- Wszyscy się zastanawiali, kiedy to się stanie z Embrym – odezwał się znienacka. – Już myśleliśmy, że nigdy...

- No co ty – wtrąciła Leah. – Przecież Embry jest zbyt słodziutki, żeby się w nikogo nie wpoić – kontynuowała tak drwiącym tonem, że chciałam dać jej za to w twarz, ale nie zrobiłam tego, bo pewnie złamałabym sobie tylko rękę.

Niespodziewanie Embry warknął, a Jake i Quil się zaśmiali. Jedynie Seth spochmurniał i spoważniał. Chyba miał jakiś problem.

- Och, przestań, Seth – powiedziała Leah, szturchając go łokciem. – Nie dąsaj się już.

- Nadal jesteś na nas obrażony za... tamtą sprawę? – zapytał Jacob nieco zatroskanym głosem, chociaż starał się sprawiać wrażenie, że żartował. Obok mnie Embry wydał z siebie sfrustrowane westchnienie.

- A ty byś nie był? – odgryzł się Seth i szybko zerknął na Bellę. Dziewczyna wyglądała na zmieszaną i spojrzała pytająco na Jake'a.

- Czy naprawdę musimy teraz o tym rozmawiać? – wtrącił Embry, opiekuńczo obejmując mnie w talii. Popatrzyłam na Setha, który teraz trząsł się tak, jakby było mu strasznie zimno...

Nagle podniósł się na nogi z nadludzką szybkością, a jego oczy zalśniły dziwnym blaskiem.

- A dlaczego nie? – warknął do Embry'ego. – Dlatego, że jest z nami twoje cenne wpojenie?

- Seth, uspokój się – poprosił Jake. Ton jego głosu wskazywał na to, że był nieco zażenowany.

- Co się dzieje, Jacob? – spytała Bella. Edward pochylił się i wyszeptał jej coś do ucha. To prawdopodobnie jeszcze bardziej rozwścieczyło Setha, bo jego dreszcze przemieniły się w konwulsje...

Po chwili zaczęłam widzieć jak przez mgłę. Pamiętałam jedynie jakieś przerażające warknięcie, silny uścisk na ramieniu i dookoła talii, potem uczucie bycia wleczoną i podniesioną, a następnie... spadanie.

Dopiero gdy zanurzyłam się w wodzie, zdałam sobie sprawę z tego, co się stało – właśnie spadłam z klifu.

Zimne fale bezlitośnie mną targały i wciągały w głąb oceanu. Już miałam zacząć wzywać pomocy, ale nagle zauważyłam, że jakiś niezidentyfikowany kształt poruszał się w moim kierunku. Po kilku sekundach zorientowałam się, że było nim olbrzymie, szare zwierzę z ciemnymi plamami na grzbiecie... To Embry do mnie płynął.

Po chwili dotarł na miejsce i automatycznie objęłam go za szyję, przytulając się do jego tułowia, dzięki czemu ciepłe futro przyjemnie ogrzewało moje przemarznięte ciało. Zapach, który czułam, przywodził na myśl... mokrego psa.

Embry, a raczej wilk, nerwowo przebierał łapami, ciągnąc nas w kierunku lądu. Fale były bardzo silne, jednak mój wybawca okazał się silniejszy i po kilkudziesięciu sekundach, które wydawały się wiecznością, wreszcie znaleźliśmy się na kamienistym brzegu. Chwiejnie szłam za Embrym, ciągle trzymając się jego futra. Widziałam wszystko jak przez mgłę i czułam mocniejszy niż kiedykolwiek ból gardła. Dookoła pobrzmiewały jakieś głosy, jednak słyszałam je bardzo niewyraźnie, jakbym nadal była pod wodą. Znienacka czyjeś ciepłe ręce odciągnęły mnie od wilka, posadziły na ziemi i zaczęły mocno uderzać w plecy, co spowodowało, że wyplułam tyle wody, ile normalnie nie byłabym w stanie wypić.

Dopiero po chwili w zasięgu mojego wzroku pojawił się Embry. Mokre włosy przylegały mu do głowy, a w jego oczach dostrzegłam ogromny strach. Złapał mnie za ramiona i obrócił tak, abym siedziała naprzeciwko niego.

- Dixie, nic ci nie jest?

Wzięłam głęboki oddech i poczułam ostry ból w płucach. Z grymasem na twarzy objęłam ramionami klatkę piersiową, a Embry zapytał z przerażeniem:

- Co cię boli? Nic ci nie jest?

Kiedy wreszcie doszłam do siebie, zorientowałam się, że towarzyszył nam Quil, który stał z tyłu. Najprawdopodobniej to właśnie on był właścicielem tych ciepłych rąk, które odciągnęły mnie od Embry'ego.

Po kilku sekundach wszystko docierało do mnie o wiele wyraźniej i zorientowałam się, że nie bolała mnie tylko klatka piersiowa, ale także ramię. Spojrzałam na nie i ujrzałam wyglądające przerażająco zaczerwienienie. Embry zaklął.

- Dixie, przepraszam – powiedział takim głosem, jakby właśnie ktoś go torturował. Ręce okropnie mu się trzęsły.

- Co się stało? – wychrypiałam. Gardło ciągle boleśnie piekło, a z każdym najmniejszym ruchem pojawiało się kłucie w płucach.

Embry zacisnął zęby.

- Seth się przemienił i musiałem zepchnąć cię gdzieś na bok, ale potknąłem się o coś i oboje spadliśmy z klifu. Co cię boli?

- Ramię i klatka piersiowa – zachrypiałam i odkaszlnęłam, przez co klatka piersiowa zabolała mnie jeszcze bardziej.

- Może mieć złamane żebro – odezwał się zza moich pleców Quil, a Embry przybrał jeszcze bardziej paniczny wyraz twarzy.

- Nie martw się – powiedziałam, uznając, że najwyższy czas uruchomić moją drugą naturę twardej kowbojki. – Nic mi nie jest – zapewniłam i zaczęłam wstawać, ignorując silny ból i gwiazdki przed oczami.

- Dixie, jesteś ranna. Muszę zabrać cię do szpitala – oznajmił gorączkowo Embry, wyciągając rękę, żeby pomóc mi się podnieść. Chwyciłam ją i całkowicie stanęłam na nogach. Odczuwałam lekkie zawroty głowy, ale trzymałam sie całkiem prosto.

- Żadnych szpitali – mruknęłam.

- Idź po Sue, Quil – poprosił Embry. – Dixie, nie powinnaś wstawać, usiądź – dodał szybko, jakby nagle uświadomił sobie, że pomagając mi wstać, postąpił dość głupio.

Nie musiał mi tego dwa razy powtarzać. Znienacka mocniej zakręciło mi się w głowie i z powrotem opadłam na ziemię. Embry desperacko przeczesał ręką włosy. Pomimo fizycznego bólu w głębi duszy cieszyłam się na myśl, że ten chłopak tak się o mnie martwił.