Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 13

Zanim spadłam z klifu, nie miałam jeszcze okazji porozmawiać z Sue Clearwater. Teraz znajdowałam się z nią w twarzą w twarz. Zadawała mi mnóstwo pytań na temat odczuwanego przeze mnie bólu. W tym czasie Embry kręcił się w pobliżu, patrząc w moją stronę z wyrazem twarzy ekstremalnie udręczonego człowieka. Co chwilę zaczynał chodzić w tę i z powrotem, ale niemalże natychmiast przestawał.

- Spokojnie, Embry. Nie mam zamiaru umierać – mruknęłam z lekkim rozbawieniem. Zachowaniem przypominał wilka zamkniętego w klatce.

Po chwili spojrzał mi prosto w oczy i nie mogłam oderwać od niego wzroku. Nagle zapragnęłam, żeby był blisko. Potrzebowałam go. On musiał poczuć to samo, bo na moment zamknął oczy i już po sekundzie siedział obok mnie. Jego ciepła dłoń zacisnęła się na mojej.

- Jestem prawie pewna, że złamałaś żebro – odezwała się Sue, wstając i otrzepując ręce. – Musimy jechać do mojego domu. Tam cię obandażuję, żeby obrażenia stały się mniej bolesne. Podejrzewam też, że od uderzenia w wodę możesz mieć wstrząśnienie mózgu. Poobserwuję cię przez jakiś czas, by zobaczyć, jak poważnie to wszystko wygląda.

- W porządku – zgodziłam się. – Tylko nie zabierajcie mnie do żadnego szpitala.

- Cóż, jeśli twój stan się pogorszy, trzeba będzie tam pojechać. Lekarze sprawdzą, czy nie krwawisz wewnętrznie. Rozumiem, że nie chcesz, aby twoi rodzice dowiedzieli się o tym wypadku, ale szczerze wątpię, że uda ci się ukryć przed nimi złamane żebra.

Zostałam zdemaskowana…

- Ale mogę spróbować, prawda? – spytałam z determinacją. Embry się zaśmiał, podobnie jak Sue.

- Możesz. Ale w takim razie kto będzie cię obserwował, żeby sprawdzać, czy twój lekki uraz głowy nie przeradza się w coś o wiele poważniejszego?

Miała rację. Nie mogłam udawać, że nic się nie stało.

- Taki mi przykro, Dixie – przeprosił mnie po raz setny Embry. Zerknęłam na niego i wygięłam wargi w półuśmiechu.

- Nie tylko ja powinnam się martwić o to, czy nie dostanę kulki z pistoletu mojego ojca.

Wpatrywał się we mnie przez dłuższy moment, prawdopodobnie zastanawiając się, czy żartowałam, czy mówiłam prawdę. Po moim tacie wszystkiego można się było spodziewać.

Nagle usłyszałam za nami szelest piasku. Odwróciłam się, jednocześnie starając się ukryć grymas bólu i zobaczyłam Jacoba. Szedł w naszym kierunku z przygnębionym wyrazem twarzy.

- Czy z Sethem wszystko w porządku? – spytała Sue zmartwionym głosem.

- Nic mu nie będzie – mruknął Jake, po czym usiadł obok Embry'ego i spojrzał na mnie ponad jego ramieniem. – A ty jak się trzymasz, nurku?

- Dobrze. – Uśmiechnęłam się. Jacob przypatrywał mi się przez parę sekund, a potem przeniósł spojrzenie na swojego przyjaciela, by uzyskać więcej informacji.

- Złamane żebra i wstrząśnienie mózgu. A i jeszcze potworny siniak tam, gdzie chwyciłem ją za ramię.

Rzuciłam okiem na moją rękę i zauważyłam, że bolące miejsce zaczynało teraz przybierać dziwnie fioletowe zabarwienie. Oj, tego wcale tak łatwo się nie ukryje…

- Co się stało z Sethem? – spytałam szybko, abyśmy nie rozmawiali o mnie.

- Przemienił się – odparł Jacob, na co Embry prychnął.

- To akurat wiem – powiedziałam gorzko. – Ale dlaczego się przemienił?

Jake westchnął.

- Seth to jedyna osoba w naszej sforze, która jeszcze się nie wpoiła, nie licząc jego siostrzyczki, ale jej to już nie dotyczy. Chłopak jest trochę zazdrosny, ale tutaj chodzi też o coś jeszcze. – Indianin zerknął na Sue. W jej spojrzeniu malował się ból i zmęczenie. – Seth zakochał się w pewnej tutejszej dziewczynie i chciał jej wyjawić nasz sekret, ale ona nie była jego wpojeniem, więc nie mógł tego zrobić. To wbrew zasadom. Nakazaliśmy mu trzymać się od niej z daleka, bo co, jeśli chłopak kiedyś się wpoi? Co się stanie z tą dziewczyną? Taka sytuacja miała już miejsce w przypadku jego siostry, która spotykała się z alfą drugiej sfory. Już prawie się zaręczyli, ale Sam zmienił się w wilkołaka i się wpoił, na dodatek w jej kuzynkę. To dlatego Leah jest taka zgorzkniała.

- Miłość jest do kitu – mruknęłam zszokowana tym, co przytrafiło się biednemu Sethowi. Embry spojrzał na mnie i lekko zachichotał.

- Wybacz mi, Dixie – przeprosił po raz sto pierwszy. – Seth nigdy nie był taki wybuchowy i raczej nie przemieniał się ze złości. Nie, nie raczej – [i]nigdy[/i] mu się to nie zdarzyło. Aż do dzisiaj…

Jacob pokiwał głową, żeby uwiarygodnić te słowa.

- Trzeba cię obandażować – mruknęła szybko Sue, delikatnie kładąc dłoń na moim ramieniu. – Embry, zawieziesz ją do mojego domu?

- Jasna sprawa – zgodził się Embry i natychmiast się podniósł. Wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać, a ja ją ujęłam, zaciskając zęby z bólu. Cały czas odczuwałam zawroty głowy, a gdy znalazłam się w pozycji stojącej, mimowolnie się zachwiałam. Chłopak od razu złapał mnie mocno za ramiona, bym nie upadła. – Na pewno dasz radę sama pójść do samochodu?

- Umiem chodzić. Zrobię to – zapewniłam. Objął mnie ramieniem i ruszyliśmy w stronę auta. Kiedy miałam już wsiadać do środka, Indianin nagle zesztywniał. Spojrzałam w górę na jego twarz. Patrzył do tyłu, więc, ignorując ból, odwróciłam się i dostrzegłam Setha zmierzającego ku nam bardzo szybkim krokiem.

- Czekajcie! – zawołał.

Embry zaczął się nieco trząść. Położyłam mu rękę na klatce piersiowej, aby się uspokoił. Po chwili przestał dygotać, ale pod swoją dłonią czułam dziwne wibracje.

- Czego chcesz, Seth? – powiedział, starając się ukryć ogromną ilość jadu, jakim ociekały te słowa.

- Jesteś cała, Dixie? Tak mi przykro z powodu tego, co się stało. To nie był dobry początek twojej znajomości z naszą sforą, nie? – Seth zaśmiał się nerwowo i potarł kark ręką, cały czas zerkając na Embry'ego.

- Nic mi nie będzie, Seth. Dzięki za troskę. – odparłam pogodnie, z nadzieją, że chłopak zrozumie, iż wcale nie miałam do niego żalu. Jego twarz jakby pojaśniała.

- Musimy jechać, Dixie – wtrącił Embry, ponownie prowadząc mnie w kierunku samochodu. - Zobaczymy się później, Seth. – Nie widziałam jego twarzy, ale chyba rzucał właśnie Sethowi mrożące krew w żyłach spojrzenie, bo ten, z lekkim strachem w oczach, zrobił krok w tył.

- Okej. Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, Dixie – powiedział na pożegnanie.

Szybko pomachałam mu na do widzenia, zanim Embry zatrzasnął głośno drzwi. Gdy również wślizgnął się do środka, mruknęłam cicho:

- Nie powinieneś się tak wobec niego zachowywać. Pamiętaj, że to ty zepchnąłeś mnie z tego przeklętego klifu.

Embry westchnął z frustracją, a ja się zaśmiałam.

- Nie cierpię cię ranić – powiedział, odrywając wzrok od drogi, by popatrzeć w moją stronę.

- Wiem – zapewniłam, łapiąc go za rękę i z roztargnieniem głaszcząc ją kciukiem. Zadrżał.

Nie czułam się skrępowana w jego towarzystwie, chociaż spotkaliśmy się zaledwie kilka dni temu. Miałam wrażenie, że znałam go od zawsze i wcale nie wydawało mi się to dziwne. W tej chwili wszystko było idealne.