Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 14
Nigdy wcześniej nie widziałam domów w indiańskim rezerwacie. W szkole uczyli nas, że rdzenni Amerykanie mieszkają w okropnych warunkach, ale dom Clearwaterów nie wyglądał aż tak źle. Był niewielki, ale niezbyt mały, a nawet całkiem uroczy. Embry wniósł mnie do środka bez pukania i wszedł prosto do kuchni, gdzie Sue przygotowywała wszystkie rzeczy potrzebne do udzielenia pierwszej pomocy.
- Jak się czujesz? – spytała, krzątając się po pomieszczeniu. – Nadal masz lekkie zawroty głowy?
- Tylko trochę – przyznałam szczerze. – Jest już zdecydowanie lepiej niż wcześniej.
Kobieta kiwnęła głową.
- To dobrze. Pewnie wstrząśnienie mózgu nie jest poważne. Embry, wiem, że będzie to dla ciebie trudne, ale na chwilę musisz stąd wyjść. Dziewczyna pewnie poczuje się niezręcznie, jeśli zobaczysz ją bez koszulki, którą trzeba zdjąć na czas obandażowywania.
Na twarzach naszej dwójki pojawił się rumieniec. Lekko zachichotałam na widok zażenowanego uśmiechu Embry'ego. Uścisnął moją dłoń i posłusznie wyszedł z kuchni. Nie pozwoliłam Sue zniszczyć mojej bluzki nożyczkami, więc rozpoczęłyśmy powolny proces ściągania jej przez głowę. Bolało jak cholera i przez chwilę pomyślałam sobie, że zachowałam się głupio, nie zgadzając się na proste przecięcie, ale naprawdę lubiłam tę koszulkę. W końcu jakoś udało nam się ją zdjąć i Sue zabrała się za obandażowywanie miejsca w okolicy złamanego żebra. Zacisnęłam z bólu zęby, na co kobieta cicho zachichotała.
- Naprawdę nie musisz przez cały czas być taka dzielna.
- Już taka jestem – odparłam, na co Sue pokiwała głową w zamyśleniu.
- Moja Leah zachowuje się identycznie. Jest jedyną kobietą w sforze i jej silna osobowość nakazuje jej ciągle udowadniać, że potrafi być tak twarda jak mężczyźni.
- Leah to pani córka? – spytałam z zaskoczeniem, bo Embry nic o tym nie wspominał.
- Tak – potwierdziła, ściągając bandaż trochę mocniej. – A Seth to mój syn.
- Przykro mi z powodu tego, co mu się przytrafiło – powiedziałam szczerze. Głos lekko mi się załamał, bo Sue jeszcze bardziej ścisnęła opatrunek. Z sąsiedniego pokoju ciągle dochodziły odgłosy niespokojnych kroków Embry'ego, który w reakcji na każdy mój najmniejszy jęk wydawał z siebie dźwięk przypominający skomlenie.
- To nie twoja wina – odpowiedziała kobieta, cofając się, by w całości zobaczyć efekt swojej pracy. – To powinno wystarczyć. Zostań tu, a ja pójdę po jakieś suche ubrania.
W pomieszczeniu obok Embry westchnął głęboko i usłyszałam, jak usiadł na podłodze. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Jego zamartwianie się było aż zbyt urocze.
Sue wróciła całkiem szybko z parą starych dżinsów i damską koszulą zapinaną na guziki. Byłam wdzięczna za taką bluzkę, bo zdecydowanie łatwiej mogłam ją na siebie włożyć. Może spodnie wydawały się nieco za długie, ale na szczęście pasowały. Gdy tylko się ubrałam, u mojego boku pojawił sie Embry. Natychmiast złapał mnie za rękę i delikatnie pocałował w skroń.
- Gotowa na powrót do domu? – spytał. Szczerze mówiąc, nie byłam gotowa. Nie miałam ochoty na szczegółowe tłumaczenie wszystkiego mamie i tacie, a powrót do domu oznaczał także rozstanie z Embrym.
- Pozwól, że napiszę do twoich rodziców krótki liścik – wtrąciła Sue i rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czystej kartki. Gdy tylko ją znalazła, gorączkowo zaczęła pisać, po czym powiedziała: - Powiem im, że potknęłaś się i sama spadłaś z klifu. Nie ma potrzeby, by robić z Embry'ego jakiegoś złego faceta. – Kiedy skończyła, uśmiechnęła się i podała mi papierek wraz z mokrymi ubraniami. Embry od razu wziął je ode mnie i poprowadził w kierunku drzwi.
- Dzięki, Sue – powiedział jeszcze.
- Tak, dziękuję bardzo – włączyłam się. Kobieta ponownie się uśmiechnęła, pomachała nam na pożegnanie i z powrotem weszła do budynku.
- Na razie naprawdę nie chcę wracać do domu – przyznałam, kiedy znaleźliśmy się w samochodzie. – Co byś powiedział na to, abyśmy odwiedzili twoją mamę?
- Chciałbym, żebyś ją poznała, ale lepiej zorganizować spotkanie, gdy nie będziesz cała mokra i nie będzie ci groziło ryzyko złapania zapalenia płuc, jeśli zaraz nie odwiozę cię do domu.
- Powiedział ci ktoś kiedyś, że za bardzo dramatyzujesz? – Z naburmuszoną miną oparłam się o zagłówek, a moje mokre, rozczochrane włosy bezwładnie opadły i zasłoniły mi twarz. Embry pochylił się i odgarnął niektóre kosmyki na bok, po czym spojrzał za siebie i zaczął wyjeżdżać na główną drogę.
- Tak, parę osób.
Podróż do domu była stanowczo zbyt krótka. Karteczka od Sue, metaforycznie mówiąc, ciążyła mi w kieszeni. Klatka piersiowa nadal mnie bolała, ale opatrunek trochę pomagał, chociaż ograniczał możliwość głębokiego oddychania. Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce i wyszliśmy z auta, Embry wyciągnął rękę, jakby chciał objąć moją talię, ale się zawahał. Uśmiechnęłam się i chwyciłam jego dłoń.
- Dlaczego jesteście cali mokrzy? – spytał ojciec, gdy tylko pojawiliśmy się w drzwiach.
- Wydarzył się mały wypadek – mruknęłam, wyciągając papier z kieszeni. – Tylko nie strać głowy.
Podczas czytania jego oczy stopniowo się powiększały.
- Spadłaś z klifu?
- Spadłaś z klifu? – powtórzyła mama w sąsiednim pokoju. Szybko do nas przybiegła i mnie przytuliła, jednocześnie odciągając od Indianina.
- Prosto do wody – uściśliłam, krzywiąc się z bólu, który wywołał jej mocny uścisk.
- Masz wstrząśnienie mózgu i złamane żebro? – kontynuował tata. Mama lekko się odsunęła i przeprosiła. – Dlaczego pozwoliłeś jej spaść z klifu? – zwrócił się do Embry'ego.
- To był wypadek – przypomniałam mu. – To nie jego wina. On nawet zanurkował i wyciągnął mnie na brzeg. Nie ma o tym wzmianki w tej notatce?
- No jest – potwierdził ojciec sceptycznie.
- Przepraszam, nie pilnowałem jej zbyt uważnie – odezwał się Indianin. – Nie powinienem jej tam zabierać. To mój błąd.
Moi rodzice wyraźnie przyjęli do wiadomości żal Embry'ego.
- Cóż, w takim razie następnym razie powinniście bardziej uważać – oznajmiła mama.
- Następnym razem? – zagrzmiał ojciec. – A kto powiedział, że w ogóle będzie jakiś następny raz?
- Porozmawiamy o tym później – powiedziała do niego tonem wskazującym na to, że i tak postawi na swoim. Zawsze tak było. – Dziękujemy za uratowanie Dixie i odstawienie jej do domu.
- Naprawdę nie ma za co – odparł Embry. Chyba wreszcie się trochę rozluźnił. Popatrzył na mnie z tak ogromną ilością miłości i troski w oczach, której nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić. - Zobaczymy się później, Dixie – dodał. Jego spojrzenie na to nie wskazywało, ale wiedziałam, że nie miał zamiaru przejmować się ewentualnymi zakazami mamy i taty. Zanim wyszedł, obdarzył mnie jeszcze przelotnym uśmiechem, zabierając moje serce ze sobą.
