Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 15

Następny poranek okazał się niezwykle nieznośny. Z każdym oddechem odczuwałam ból żeber, a ramię niemiłosiernie mnie rwało. Nie chciałam w ogóle go oglądać, mając nadzieję, że nie pojawił się na nim jeszcze większy siniak. Niestety, on już tam był – ciemnofioletowy, kształtem niewątpliwie przypominający odcisk ludzkiej dłoni. Miałam zatem wystarczający powód, by założyć bluzkę z długimi rękawami.

Normalna osoba pewnie odpuściłaby sobie pójście do szkoły. Rodzice zaproponowali mi nawet zostanie w domu, ale odmówiłam, bo nie chciałam dać im dodatkowej przyczyny robienia z tego wypadku poważniejszej sprawy. Mama i tak zadzwoniła do szkoły i wszystko opowiedziała, oczywiście zbytnio dramatyzując. Po tonie jej głosu można było przypuszczać, że znajdowałam się na granicy życia i śmierci.

Tak właściwie to zdziwiłam się bardzo, że pozwolili mi pójść, zwłaszcza że poprzedniego dnia tata mówił w taki sposób, jakby miał zamiar mnie związać i siłą zatrzymać w domu. W ostatecznym rozrachunku cieszyłam się, że postanowiłam iść na lekcje. Może rodzice w końcu zobaczą, że nic wielkiego się nie stało i nie będą chować urazy do Embry'ego.

A skoro o nim mowa...

Gdy wyszłam z domu, spotkałam go na podjeździe.

- Co ty tutaj robisz? – spytałam natychmiast.

- Też miło mi cię widzieć – zaśmiał się, po czym dodał cicho, by moi rodzice nie mogli tego usłyszeć: - Nie jesteś w stanie kierować samochodem, a tym samym samodzielnie pojechać do szkoły. Doszedłem do wniosku, że jeśli zachowasz się wystarczająco mądrze i zostaniesz w domu, to dotrzymam ci towarzystwa, a jeśli okażesz się uparciuchem, to cię odwiozę, żebyś pod drodze nie zemdlała lub nie wpadła do rowu…

- Lub nie spaliła się w przypadkowym pożarze – wtrąciłam. – Och i jeszcze żeby nie uderzył mnie piorun, a potem nie zmiażdżyła ciężarówka. – Uderzyłam go w ramię zdrową ręką. – Znowu dramatyzujesz, Embry.

- Dobrze wiesz, że mówię prawdę – odparł, otwierając mi drzwi od strony pasażera. Bez sprzeciwu wślizgnęłam się do samochodu. Moją codzienną dawkę uporu wyczerpałam już na mamie i tacie.

- Jak tam sobie uważasz – mruknęłam. Usłyszałam, jak zachichotał, gdy zamykał drzwi.

Kiedy przed szkołą wysiadłam z auta Embry'ego, czułam, że wszyscy mi się przypatrywali. To, że chłopak mnie podwiózł, zdecydowanie nie miało pomóc w zwalczaniu tych plotek na mój temat, ale on zdawał się tym nie przejmować. Przed odjechaniem uśmiechnął się i powiedział, żebym do niego zadzwoniła, jeśli musiałabym wcześniej wrócić do domu. Zaskoczył mnie, że nie został, aby nie chodzić za mną w krok w krok na wypadek, jeśli zdecydowałam się zemdleć.

- Hej, Dixie – przywitała się Stacy, gdy spotkałyśmy się przed rozpoczęciem pierwszej lekcji. Uderzyła mnie lekko w ramię, co zapewne miało być gestem powitania. Wybrała jednak nieodpowiednie miejsce – ogromnego siniaka. Z bólu cofnęłam się o krok i straciłam równowagę, przez co wpadłam na szafki, a to z kolei wywołało kłucie w klatce piersiowej. Byłam bliska omdlenia, ale zacisnęłam zęby i przełknęłam ciężko, by powstrzymać wybuch płaczu.

- Ostrożnie – zdołałam wykrztusić. – Zraniłam się wczoraj w rękę.

- Och, wybacz – przeprosiła. – Co się stało?

- Zupełnie nie wiem – skłamałam. – Zrobiłam sobie siniaka z rodzaju tych, które na początku nie dają o sobie znać, a potem znienacka skóra robi się wściekle fioletowa. – Miałam nadzieję, że zabrzmiało to dość wiarygodnie, a nie tak, jakbym wymyślała coś na poczekaniu. Stacy uniosła brew, ale ostatecznie dała się nabrać.

- Tak, nienawidzę takich niespodzianek – odparła.

Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak często na korytarzu człowiek wpada na innych uczniów. Dzisiaj było mi wyjątkowo ciężko, bo z obydwu stron ciała miałam jakieś obrażenia. Za każdym razem, gdy ktoś mnie popchnął, albo nie mogłam oddychać, albo ramię zaczynało boleć tak, że myślałam, iż zaraz odpadnie.

Jedyną dobrą stroną mojej kontuzji było to, że nie musiałam ćwiczyć na w-fie. Dałam trenerowi Clappowi zwolnienie napisane przez mamę na różowej kartce. Podczas czytania nauczyciel zmarszczył czoło, a gdy skończył, odchrząknął i spytał:

- Spadłaś z klifu?

- Z klifu? – wtrąciła Stacy. – Przecież powiedziałaś, że nie wiesz, skąd się wziął ten siniak.

- Siniak? – mruknął trener Clapp, spoglądając na papier. – Tutaj napisano, że masz złamane żebro.

Jęknęłam w duchu, kiedy moja przyjaciółka gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc.

- Złamane żebro? O czym pan mówi?

- Wyjaśnię ci to później – wymamrotałam.

- Możesz nie ćwiczyć, ale musisz się przebrać w strój – powiedział nauczyciel. – Takie są zasady.

Oczywiście, że takie były zasady. Teraz wszyscy zobaczą okropny siniak na mojej ręce, tylko dlatego, że kiedyś jak idiotka obcięłam rękawy swojej bluzki od dresu. Na kilka sekund zamknęłam oczy, a potem pomaszerowałam do przebieralni.

- Dixie, porozmawiaj ze mną! – zażądała Stacy, gdy obie się tam znalazłyśmy. – Naprawdę spadłaś z klifu? - Najwyraźniej nie sprawiało jej problemu to, że byłyśmy w pomieszczeniu pełnych obcych dziewczyn, które natychmiast obróciły się w naszą stronę.

- Tak, Stacy. Spadłam z klifu podczas mojego wczorajszego pobytu w La Push. Pojechałam do Embry'ego – powiedziałam, wyciągając rzeczy z mojej szafki i starając się nie zwracać uwagi na spojrzenia szepczących dookoła koleżanek.

- Więc to właśnie od tego nabiłaś sobie siniaka? – domagała się wyjaśnień. – Od upadku z klifu?

- Tak sądzę – przyznałam, zabierając się do rozpinania guzików mojej bluzki. Nie miałam pojęcia, jak założę podkoszulkę od dresu.

Stacy wyraźnie nie przekonały te wyjaśnienia, jednak już nic nie powiedziała. Dopiero gdy zdjęłam koszulę, wzięła głęboki oddech, co sprawiło, że inne dziewczyny ponownie zaczęły się nami interesować. Nie musiałam nawet na nie patrzeć, żeby wiedzieć, jakie wrażenie zrobiło na nich to, co zobaczyły. Stacy z przerażeniem patrzyła na bardzo dużego siniaka układającego się na moim ramieniu jak odcisk ludzkiej dłoni. Pewnie nie oszczędziła sobie także zasinienia w okolicy złamanego żebra.

- Dixie... – szepnęła.

- Nic mi nie jest – odparłam gniewnym tonem. Nie złościłam się ani na nią, ani na Embry'ego, ani na Lisę, ani na nikogo. Byłam wściekła na to całe zamieszanie. Dlaczego nic nie przebiegało tak, jak powinno? Powoli założyłam na siebie podkoszulek, nieustannie mrugając, aby powstrzymać łzy bólu i zdenerwowania.

- Embry ci to zrobił? – spytała Lisa z drugiego końca pomieszczenia.

- Nie – zaprzeczyłam szybko.

- To dlaczego ten siniak przypomina ludzką dłoń?

- Pewnie stało sie to wtedy, jak wyciągał mnie z wody. To był wypadek...

- To wcale nie wygląda mi na wypadek.

- Wiesz co? – warknęłam, obracając się w jej stronę. Zanim zdążyłam powiedzieć coś więcej, rozległo się pukanie do drzwi i głos pana Clappa:

- Dziewczęta, pospieszcie się!

Nikt nie kontynuował już tej rozmowy i wszystkie w ciszy kontynuowałyśmy przygotowywanie się do lekcji. Kiedy wciągnęłam na siebie dresowe spodnie, wyszłam ze Stacy na zewnątrz. Dziewczyna nic nie mówiła, a z jej ponurej twarzy wyczytałam, że cały czas się martwiła.

- Nie martw się o mnie, Stacy – poprosiłam. – Nie dzieje się nic złego.

Nadal nie odezwała się ani słowem. Kiedy dotarłyśmy do sali gimnastycznej, ona dołączyła do rozgrzewających się dziewcząt, a ja ruszyłam w stronę trybun. Zastałam tam trenera Clappa, który stał obok wolnych miejsc z rękami założonymi na biodrach, jakby był kimś bardzo ważnym. Gdy usiadłam, spojrzał na mnie i uniósł brwi. Też na niego popatrzyłam i od razu odwrócił wzrok.

Starałam się znaleźć jakąś wygodną pozycję na strasznie niewygodnym, plastikowym krzesełku, ale mi się to nie udało. Przez całą lekcję siedziałam więc jak na szpilkach, obserwując, jak dziewczyny odbijały piłkę w tę i z powrotem przez całą salę.

Czułam, że przez ten cały wypadek wydarzy się coś złego. Po prostu wiedziałam, że na pewno nie wyniknie z tego nic dobrego.

Po skończonych lekcjach przyjechał po mnie Embry. Opowiedziałam mu o wszystkim, co się stało, ale na początku nie potrafiłam nic wyczytać z jego twarzy.

- Chyba możemy tylko czekać i obserwować, jak to się rozwija – powiedział, swoją rozgrzaną dłonią łapiąc moją. – Jestem pewien, że wszystko się ułoży – dodał, jednak jego mimika mówiła co innego. Na czole widniały mu zmarszczki zmartwienia. Chciałam je natychmiast wygładzić i sprawić, żeby strach nas opuścił.

Gdy dojechaliśmy do mojego domu, Embry delikatnie pocałował mnie w policzek i znowu zapewnił, że wszystko się ułoży. Następnie wyszłam z samochodu i obdarzyłam go pocieszającym uśmiechem, po czym ruszyłam w stronę domu.

Kiedy weszłam do środka, tata właśnie odkładał słuchawkę telefonu. Mama opierała się o kuchenną szafkę i w zamyśleniu gryzła paznokieć kciuka. Robiła to tylko wtedy, gdy się czymś martwiła.

- Stało się coś złego? – spytałam.

Twarz ojca była pozbawiona emocji jak u posągu. Po chwili odezwał się z południowym akcentem:

- Natychmiast pokaż mi swoje ramię.