Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 17

Podczas jazdy po policzkach zaczęły cieknąć mi łzy. Myślałam, że Stacy to moja najlepsza przyjaciółka. Wydawała się najmilszą osobą, jaką tu spotkałam i natychmiast odnalazłyśmy wspólny język. Jak mogła zrobić coś takiego? Tylko powiększyła tym mój ból…

Zatrzymałam samochód na światłach i uderzyłam głową w kierownicę. Wiedziałam, dlaczego tak postąpiła. Martwiła się. Powinnam się z tego powodu cieszyć, ale nie potrafiłam. Liczyło się tylko to, że przysporzyła mnie i Embry'emu dodatkowych kłopotów, a nie mogłam znieść sytuacji, w której widziałam jego cierpienie.

Gdy opuściłam przedmieścia Forks i wjechałam na teren rezerwatu, docisnęłam pedał gazu. Starałam się nie myśleć o konsekwencjach mojej ucieczki z lekcji. Rodzice prawdopodobnie będą źli, a gdy dowiedzą się, że pojechałam spotkać się z facetem, z którym zakazali mi się widywać, to kompletnie się wściekną.

Kiedy dotarłam na miejsce, zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiedziałam, gdzie Embry mieszkał lub nawet gdzie powinnam go szukać. Mogłam udać się do domu Sue, ale nie pamiętałam, jak się tam dostać. Przejechałam więc wzdłuż całej drogi głównej i zaparkowałam przy plaży. Oparłam się o zagłówek i otarłam dłońmi łzy z twarzy. Musiałam znaleźć Embry'ego.

Rozejrzałam się dookoła. Plaża była niemal całkowicie pusta. W oddali dostrzegłam parę osób surfujących na falach, ale nic mi to nie pomogło. Nie rozpoznałam żadnej z nich. Otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz, witając chłodny wiatr. Polubiłam już trochę Waszyngton… na tak długo, jak był tutaj Embry.

Nagle wyczułam w powietrzu dziwne drżenie, jakbym przeszła w miejscu, gdzie przebiegały fale radiowe. Po chwili usłyszałam śmiech i zobaczyłam, że z lasu wyszli dwaj mężczyźni. Wyglądali niemal tak samo jak członkowie sfory Embry'ego, ale na pewno nigdy wcześniej ich nie widziałam... Ale jeśli byli zmiennokształtnymi, to chyba nie mogli być źli albo niebezpieczni, prawda?

- Hej! – zawołałam i pobiegłam we właściwym kierunku.

Nieznajomi zatrzymali się i spojrzeli na mnie ponad swoimi barkami, a potem wymienili spojrzenia i wzruszyli ramionami.

- Wszystko okej?

Prawdopodobnie ich zaniepokojenie wywołały ślady płaczu na mojej twarzy. Usiłowałam nie myśleć, jak cholernie źle wyglądałam.

- Szukam kogoś – powiedziałam. – Znacie Embry'ego Calla?

Znowu spojrzeli po sobie.

- Tak, znamy – odpowiedział jeden z nich. – A po co go szukasz?

Rozejrzałam się dookoła. Surferzy znajdowali się na tyle daleko, że nie mogli nas usłyszeć, nawet jeśli by tego chcieli.

- Jestem jego wpojeniem – wyjaśniłam cicho.

Wyraźnie zaskoczyłam ich tym wyznaniem.

- To ty jesteś Dixie? – zapytali jednocześnie.

Przygryzłam wargę i pokiwałam głową. Czy to było aż takie zadziwiające?

- Co się do cholery z tobą stało? – spytał jeden. Drugi trącił go łokciem w reakcji na sformułowanie „do cholery".

- To długa historia – powiedziałam. – Po prostu muszę go znaleźć.

- Nie widzieliśmy się z nim przez parę dni – odparł jeden z nich.

- Nie jesteśmy z jednej sfory – dodał drugi.

- A tak w ogóle to jestem Collin – powiedział ten pierwszy.

- A ja Brady.

- To pomożecie mi znaleźć Embry'ego czy nie? – spytałam. Wiedziałam, że pewnie zabrzmiało to niegrzecznie, ale zaczynałam się już naprawdę niecierpliwić. Odrętwienie powoli ponownie przeradzało się w ból.

- Jasne – odparł Collin. – Chodź z nami. – Wskazał, żebym ruszyła za nim. Na moment się zawahałam. Przecież praktycznie nie znałam tych gości… Ale końcu byli zmiennokształtnymi. Musieli być dobrzy. Szybko ruszyłam za nimi, starając się dorównać ich żwawemu tempu.

Zaprowadzili mnie do małego, niezbyt okazałego domku. Był jeszcze mniejszy od domu Sue i w gorszym stanie, ale nadal wyglądał całkiem uroczo.

- Embry tutaj mieszka? – spytałam cicho.

- Tak – potwierdził Brady swobodnym tonem.

Collin zapukał do drzwi. Czekałam cierpliwie, a przynajmniej próbowałam to robić. Złapałam się na tym, że bębniłam palcami o barierkę werandy, gdzie czekaliśmy na to, aż ktoś nam otworzy. Parę chwil później zrobiła to kobieta mająca około czterdziestu lat. Czarne, długie włosy związała w kucyk i uśmiechała się do nas uprzejmie.

- W czym mogę wam pomóc? – spytała. Zorientowałam się, że to mama Embry'ego. Kiedy przyjrzałam się dokładniej jej twarzy, dostrzegłam pomiędzy nimi pewne podobieństwa.

- Embry jest w domu? – spytał Collin.

Kobieta prychnęła.

- Nigdy go nie ma. Pewnie poszedł gdzieś z kolegami. Zazwyczaj nie mówi mi, gdzie idzie - powiedziała nieco smutnym głosem. Czyżby własny syn nie powiedział jej, że jest zmiennokształtnym? Niby dlaczego miałby tego nie zrobić?

- No cóż, to w takim razie dziękujemy za pomoc. – Collin i Brady zaczęli już iść, ale ja przez moment zostałam z mamą Embry'ego.

- Nic mu nie jest, prawda? – spytała. W jej oczach dostrzegłam skupienie. – Nie wpakował się w żadne tarapaty, tak?

Miałam taką nadzieję…

- Nic mu nie jest, proszę się nie martwić. – Uśmiechnęłam się do niej i dogoniłam chłopaków.

- To jedno miejsce mamy z głowy – powiedział Brady, marszcząc brwi. – Co najwyżej możemy spróbować jeszcze u Clearwaterów.

Pokiwałam głową z roztargnieniem. Nie mogłam usunąć z myśli twarzy mamy Embry'ego. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, co ona czuła w tej sytuacji.

- Czy mama Embry'ego nie wie, że… no wiecie?

- Nie, to wbrew zasadom – powiedział stanowczo Collin.

- To nie wydaje się w porządku – odparłam, przyspieszając, by móc dotrzymać im kroku. Brady to zauważył i trochę zwolnił.

- To nie w porządku, ale takie są zasady.

Nie pokonaliśmy jakiejś astronomicznej odległości, ale droga okazała się na tyle długa, że zaczęłam ciężej oddychać, a to z kolei spowodowało wzmożenie bólu. Ciasny opatrunek uniemożliwiał mi branie głębokich wdechów, więc dyszałam jak jakiś chart. Colin i Brady myśleli, że zaraz zemdleję.

- Nic mi nie będzie – zapewniałam, starając się dojść do siebie.

- Ale masz tak jakby... napad czy coś. Jeśli umrzesz, to my też możemy zacząć żegnać się z życiem, bo Embry nas zabije – powiedział Brady, po czym odwrócił się do Collina i syknął: – Czy ona czasem nie robi się niebieska?

Zaśmiałam się, ale było to błędem, bo spowodowałam tym cholernie pieczący ból gardła. Chłopaki mieli takie przerażone miny, że miałam ochotę śmiać się jeszcze bardziej, więc musiała odwrócić się do nich plecami. Postarałam się też myśleć o smutnych rzeczach, takich jak na przykład… stracenie Embry'ego.

Sue ucieszyła się na nasz widok, po czym zaprowadziła całą trójkę na tylnie podwórko, gdzie na werandzie siedzieli pogrążeni w rozmowie Seth i Leah.

- Hej, Dixie! Lepiej się czujesz? – spytał z nadzieją Seth.

- Tak, lepiej, dzięki – uspokoiłam go z uśmiechem.

- Chyba możecie nam pomóc – powiedział Brady. – Pomagamy Dixie w jej akcji poszukiwawczej Embry'ego.

Leah arogancko parsknęła śmiechem.

- Bawimy się w grę: „Jak wielu idiotów znajdzie Embry'ego"?

Seth ją zignorował.

- On… - powiedział niepewnie i spojrzał mi o w oczy – miał kiepski poranek. Ostatnim razem, kiedy go słyszałem, biegał bez sensu po okolicy. Zaraz go zawołałam – obiecał, po czym pobiegł truchtem w stronę lasu i zniknął w gęstwinie drzew. Po chwili wyczułam w powietrzu to zabawne drżenie, które oznajmiało czyjąś przemianę. Wzdrygnęłam się i Brady gwałtownie nabrał powietrza do płuc.

- Lepiej usiądź, Dixie – poprosił ze skupieniem. – Postaraj się nie rozsypać na kawałki, dopóki Embry tu nie przyjdzie.

Przygryzłam wargę, starając się nie roześmiać i usiadłam na schodku w miejscu, które wcześniej zajmował Seth. Leah wyprostowała się i trochę ode mnie odsunęła.

- To co, już się przy was rozkleiła? – spytała.

- Tak – wyjaśnił Brady. – Jak tu szliśmy, chyba miała jakiś... napad czy coś. Na dodatek jej twarz zrobiła się niebieska.

- Nieprawda – wtrąciłam. – Wcale nie zrobiłam się niebieska!

- Mogłaś zobaczyć swoją twarz? – zaśmiał się Brady. – Nie sądzę.

- Dobra, niech wam będzie – westchnęłam. – Możemy już skończyć temat?

Leah uniosła z ciekawością brew. Po chwili mój telefon zaczął dzwonić. Powinnam się tego spodziewać, bo skoro uciekłam z lekcji, to prędzej czy później musiało to nastąpić. Sprawdziłam wyświetlacz i zobaczyłam na nim imię Stacy. Zignorowałam połączenie, naciskając odpowiedni guzik.

- Nie masz zamiaru odebrać? – zapytał z zaskoczeniem Collin.

Uśmiechnęłam się gorzko i odpowiedziałam:

- W tej chwili raczej nie mam ochoty na żadne rozmowy.

Gdy skończyłam zdanie, ponownie poczułam w powietrzu dziwne drżenie i po kilkunastu sekundach z lasu wyszedł Seth.

- Już tu idzie.

- Poprawił mu się choć trochę humorek? – mruknęła Leah.

- O tak, nawet bardzo trochę – odparł Seth.

Oparłam głowę o barierkę i zamknęłam w oczy. W wyobraźni zobaczyłam Embry'ego biegnącego do mnie w postaci wilka. Mój rycerz w futrzanej zbroi... Ha, musiałam zapamiętać ten obrazek!

- Okej, to my już lecimy – oznajmił Collin.

- Miło było cię poznać, Dixie – dodał Brady. Collin skinął głową w moim kierunku, a następnie obaj się odwrócili i sobie poszli. Po ich zniknięciu w powietrzu znowu pojawiło się to dziwne drżenie. Chyba musiałam się już do tego przyzwyczaić i traktować to jako całkowicie normalne zjawisko.

- Za jak długo Embry tu będzie? – spytałam Setha.

- Nie był daleko, więc pewnie przybiegnie za parę minut.

Kiwnęłam głową i znowu oparłam się o poręcz. Przypadkowo uderzyłam się w ramię i cicho syknęłam.

- Nic ci nie jest? – zapytał chłopak. – Krzywisz się z bólu...

- To tylko ręka – zapewniłam z uśmiechem.

Drzwi za mną się otworzyły i Leah się odsunęła, by nie zostać uderzoną. Wyszła z nich Sue. Na jej twarzy nie widniał już pogodny uśmiech.

- Co się dzieje? – spytał ją Seth, więc najwyraźniej także zauważył tę zmianę.

- Przed chwilą dzwonił Charlie. Rodzice Dixie zawiadomili policję. Myślą, że Embry ją porwał. Charlie właśnie tutaj jedzie.

- Kim jest Charlie? – spytałam. - Nie mogę po prostu zadzwonić do rodziców i powiedzieć im, że jestem tu z własnej woli? Przecież nawet nie widziałam jeszcze Embry'ego i wy możecie to potwierdzić.

- Charlie to komendant tutejszego posterunku i nasz przyjaciel. Wie o zmiennokształtnych i powiedziałam mu już, że przyjechałaś tu sama, ale... – przygryzła wargę – twoi rodzice powiedzieli mu o twoim siniaku i złamanych żebrach. Nalegają, by go aresztować.