Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 18
- Nalegają, by go aresztować? – powtórzyłam, czując, że krew odpływa mi z twarzy. To nie mogło dziać się naprawdę.
- Ale Charlie o wszystkim wie – odezwał się Seth. – Nie zrobi bezmyślnie wszystkiego, co mu każą, prawda?
- Mam taką nadzieję – odparła Sue. – Jednak nie zapominajmy, że to jego praca. Nie może zignorować jakiejś sprawy tylko dlatego, że zna ludzi w nią zamieszanych.
- Przecież Charlie nie aresztuje niewinnej osoby! – zawołał chłopak bardziej rozgorączkowanym głosem. Jego słowa zawisły w powietrzu jak ciemny, gęsty dym. Embry nie zrobił niczego złego. Uratował mnie, ale teraz mógł pójść przez to do więzienia. Wyraz twarzy Setha powiedział mi, że w pewnym sensie czuł się on za tę sytuację odpowiedzialny. Gdyby na ognisku nie stracił nad sobą kontroli, nic takiego nie miałoby miejsca.
- Przekonamy się, kiedy tutaj dotrze – stwierdziła Sue i odwróciła się, by spojrzeć w moją stronę. – Wygląda na to, że twoi rodzice jadą razem z nim.
- Świetnie – mruknęłam, zamykając oczy. Nie chciałam spotkać się twarzą w twarz z nimi i ich olbrzymim gniewem. Chociaż... Czy mogli zrobić mi coś gorszego niż zakazanie widywania się z Embrym?
Podczas całej rozmowy Leah nie odezwała się ani słowem. Albo nie miała nic do powiedzenia, albo kompletnie nie przejmowała się tą sprawą. Nie potrafiłam sobie jednak wyobrazić, że jej milczenie mogło być spowodowane tym drugim powodem. Przecież ona i Embry należeli do tej samej sfory, która praktycznie stanowiła pewien rodzaj rodziny. Dziewczyna musiała coś czuć, ale najwidoczniej postanowiła nie wyrażać na głos swoich opinii.
- Embry jest tutaj – zakomunikował Seth. Po chwili wyczułam w powietrzu znajome, dziwne drżenie. Obróciłam się i zobaczyłam Embry'ego, który biegł truchtem w moim kierunku.
- Embry – westchnęłam z ulgą, po czym wstałam tak szybko, jak pozwoliło mi na to obolałe ciało i zmniejszyłam dystans pomiędzy nami. Kilka sekund później objął mnie delikatnie i poczułam znajome ciepło jego ciała.
- Nie powinno cię tutaj być, Dixie – powiedział.
Uniosłam głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. Nie udało mi się nic z nich wyczytać.
- Musiałam cię zobaczyć – wyznałam. – Nie mogłam bez ciebie wytrzymać.
Na moment Embry przymknął powieki, ale szybko je podniósł i spojrzał na Setha.
- Charlie już tu jedzie?
Chłopak pokiwał głową.
- Jak dużo słyszałeś?
- Wystarczająco dużo, by zorientować się, że stałem się poszukiwanym przestępcą – mruknął zgorzkniałym tonem. Złapałam go za rękę i mocno ją ścisnęłam.
Seth milczał przez chwilę i w końcu oznajmił:
- Charlie prawie już tu jest. Twoi rodzice jadą za nim, Dixie.
Embry musiał dostrzec mój zszokowany wyraz twarzy, bo zaśmiał się i wyjaśnił:
- Seth ma bardzo dobry słuch.
- Dobrze wiedzieć – skwitowałam, lekko unosząc kąciki warg.
- Nie spytałem cię nawet, jak się czujesz – powiedział na głos, bardziej do siebie niż do mnie.
- Wszystko w porządku – zapewniłam. – Nie martw się.
- Naprawdę nic na to nie poradzę, że się o ciebie martwię – przyznał, uśmiechając się, chociaż w jego oczach dostrzegłam smutek.
Embry odwrócił się w stronę drogi dokładnie w chwili, gdy zrobili to też Seth i Leah. Wyglądało to jednocześnie dziwnie i ciekawie. Parę sekund później zza zakrętu wyłonił się policyjny radiowóz, za którym dostrzegłam auto moich rodziców. W tym momencie zapragnęłam stać się niewidzialna. Chciałam zniknąć wraz z Embrym i zostawić wszystkie problemy za sobą. Niestety to życzenie się nie spełniło.
- Dzień dobry. – Komendant kiwnął głową w naszym kierunku, a następnie uścisnął dłoń Sethowi i Embry'emu. Wyglądał na faceta, który mógłby być czyimś najukochańszym wujkiem. Dobrze patrzyło mu z oczu, ale wyraz twarzy miał poważny.
- Witaj, Charlie – przywitała się Sue.
- Dixie! – usłyszałam płaczliwy pisk mamy i wzdrygnęłam się. Pospiesznie podbiegła do mnie i mocno przytuliła do siebie, jednocześnie odsuwając się od Embry'ego. – Nic ci nie jest? – spytała, gdy trochę się odchyliła.
- Wszystko w porządku – wymamrotałam.
- Nie bój się, kochanie, już dobrze. Jesteś bezpieczna…
- Bezpieczna? – powtórzyłam. – A niby czemu miałabym nie być wcześniej bezpieczna? Przyszłam tu z własnej woli. Embry pojawił się zaledwie dwie minuty temu.
- To prawda – wtrąciła Sue. – Przez cały czas Dixie była tylko z nami.
- Rozumiem zatem, że to nie było porwanie – powiedział Charlie, spoglądając najpierw na mamę, a potem na ojca. – Wezwali mnie państwo także ze względu na podejrzenie pobicia?
- Tak – potwierdził tata, robiąc krok do przodu. – Pokaż mu, Dixie, co on ci zrobił.
- Tato, to był wypadek! Mówiłam ci już! Nie ma najmniejszego powodu, by to całe zamieszanie trwało nadal.
- Charlie, ja też byłem wtedy na plaży – odezwał się Seth. – Embry uratował ją przed niebezpieczeństwem. – Zrozumiałam, że chłopak celowo użył słowa „niebezpieczeństwo" zamiast wyrażenia „utonięcie w oceanie", bo komendant znał prawdziwą wersję zdarzeń. Wiedział, że Seth stracił nad sobą panowanie.
- Mogę zobaczyć twoje obrażenia tak dla własnej wiadomości? – spytał mnie Charlie. Nie byłam pewna, po której stał stronie, ale coś w jego spojrzeniu spowodowało, że się zgodziłam. Podwinęłam rękaw i oczom wszystkich ukazały się ciemne siniaki, które do złudzenia przypominały odbicie palców ludzkiej dłoni. Embry gwałtownie nabrał powietrza do płuc i zdałam sobie sprawę, że tak właściwie zobaczył to po raz pierwszy. Charlie natychmiast na niego zerknął.
- Czy zrobiłeś to tej młodej damie? – spytał go.
Moje serce nigdy wcześniej nie biło tak szybko, gdy popatrzyłam na twarz Embry'ego. Wyraźnie był w rozsypce, ale i tak udało mu się powiedzieć:
- Tak, zrobiłem. Jednak, tak jak wszyscy mówią, chciałem chronić ją przed niebezpieczeństwem.
- Nikt nie jest w stanie zrobić takich siniaków przypadkowo, szeryfie – wtrącił ojciec ze złością. Komendant przeniósł spojrzenie na niego.
- Chłopcy z plemienia Quileutów są znacznie silniejsi niż można przypuszczać. To musi być uwarunkowane genetycznie lub coś w tym rodzaju.
Usłyszałam cichy chichot Setha. Na szczęście moi rodzice tego nie zauważyli.
- Czy to go usprawiedliwia? – spytał ojciec. – Przecież on skrzywdził moją córkę!
- Moja córka też była na tamtym spotkaniu – powiedział Charlie. Przez chwilę nie wiedziałam, o co mu chodziło, ale po chwili przypomniałam sobie, że mowa o Belli Cullen. – Rozmawiałem z nią tego ranka, tuż po tym, jak odebrałem państwa zgłoszenie. Również opowiedziała mi historię o wypadku i ja jej ufam, podobnie jak ufam Clearwaterom. Znam Embry'ego bardzo dobrze i wiem, że nigdy nie zraniłby kogoś umyślnie.
- Szeryfie Swan… - zaczął tata, ale Charlie uciszył go gestem ręki.
- Podjąłem już decyzję, panie Wilson – oświadczył, a potem mrugnął do mnie dyskretnie i dodał: - To ja będę się zbierał. Powinienem już iść.
- Zamierza pan tak po prostu sobie iść? – zapytał ojciec ze zdenerwowaniem.
- Tak – zaśmiał się komendant. – Nie jestem już potrzebny.
Prawie zawyłam ze szczęścia. Szybko wyrwałam się z uścisku mamy i przytuliłam się do Embry'ego. Odwzajemnił uścisk i poczułam, że pocałował mnie we włosy. Po chwili usłyszałam, jak Charlie zatrzasnął drzwi. Nie podniosłam głowy, dopóki nie rozległ się odgłos zapalanego silnika.
Moi oniemieli rodzice patrzyli na siebie nawzajem. Po chwili ojciec obdarzył mnie spojrzeniem, które wyraźnie mówiło, że prawdziwe kłopoty miały się dopiero zacząć.
- Nie myśl sobie, że zwalniamy cię ze szlabanu. Zabieraj stąd swój cholerny tyłek i do samochodu.
Był wkurzony. Tak cholernie wkurzony, że przeklął, chociaż zdarzało się mu się to niezwykle rzadko.
Spojrzałam Embry'emu w oczy i ścisnęłam jego rękę, mając nadzieję, że zrozumiał, iż niedługo się zobaczymy. Nie obchodziło mnie zdanie rodziców. Nie potrafiłam trzymać się od niego z daleka.
