Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 19
Podczas jazdy do domu ciszę panującą w samochodzie przerywały jedynie delikatne odgłosy wydobywające się z radia. Ledwie je słyszałam, ale bałam się poprosić o pogłośnienie dźwięku, bo mogłabym w ten sposób przypadkowo zacząć rozmowę. Jednak z drugiej strony cisza mnie zabijała. Musiałam wiedzieć, o czym w tym momencie myśleli rodzice. Co zamierzali zrobić?
Ojciec nie rozluźnił się ani na chwilę. Jako prawnik nigdy nie lubił przyznawać się do błędu. Nie wiedziałam, czy w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że w tym przypadku się pomylił. Niczego nie dał po sobie poznać.
Kiedy weszliśmy do mieszkania, nagle zdobyłam się na to, by wreszcie się odezwać.
- Co zamierzacie ze mną zrobić?
Mama spojrzała na tatę, a on na nią.
- Idź na górę – odparł powściągliwie ojciec. – Musimy to przedyskutować.
Pokiwałam lekko głową i ruszyłam w kierunku swojego pokoju, wolno przemierzając stopnie schodów. Co oni tak naprawdę mogli jeszcze zrobić? Zabrali już wszystko, co najbardziej kochałam, więc raczej nic nie było w stanie mnie ruszyć. Może zamierzali stać się tylko nieco bardziej wymagający, wyznaczając mi godzinę policyjną albo jakiś inny nonsens w tym stylu?
Zdecydowałam się wziąć gorący prysznic, by choć trochę ukoić nerwy. Ciepła woda przyjemnie obmywała moje bolące mięśnie i żebra, sprawiając, że czułam się zrelaksowana. Mogłam zostać w kabinie na zawsze, ale nie chciałam dostać dodatkowej bury za marnowanie wody.
Pomimo wczesnej pory postanowiłam przebrać się w piżamę. Skoro i tak prawdopodobnie tego wieczoru miałam zostać w domu, to mogłam się trochę odprężyć. Włożyłam bluzkę na ramiączkach i niebieskie, dresowe spodnie z końmi – maskotką mojej dawnej szkoły – na dole nogawek.
Gdy się ubrałam, na palcach zakradłam się do przedpokoju, starając się iść tak cicho, by rodzice nie zauważyli mojej obecności. Stanęłam na ostatnim schodku i wstrzymałam oddech. Słyszałam jakieś pomruki dochodzące z kuchni, ale nie potrafiłam rozróżnić poszczególnych słów. Cóż, przynajmniej nie krzyczeli, a to już był dobry znak.
Westchnęłam cicho i wróciłam na górę. Wyciągnęłam z szafki suszarkę i zaczęłam proces suszenia mnóstwa splątanych włosów na mojej głowie. Mogłabym przysiąc, że miałam najgęstsze włosy na całym świecie. Jeśli nie wysuszyłabym ich przy pomocy tego magicznego urządzenia, zapewne schłyby przez parę godzin… w słoneczny, wietrzny dzień.
Starałam się nie myśleć o Embrym, ale szło mi to kiepsko. W moim życiu wszystko kręciło się teraz wokół niego. Zaczęłam się zastanawiać, co w tej chwili robił mój brat. Po chwili jednak automatycznie przyszło mi do głowy pytanie, jak on zachowałby się w tej sytuacji… To wariactwo! Na rozmyślania o Indianinie poświęcałam stanowczo zbyt dużo czasu. Może powinnam częściej spotykać się z nowymi przyjaciółmi? Tego typu obsesja wkrótce mogła odbić się na moim zdrowiu.
Tylko że ja nie miałam już wyboru. Coś niewytłumaczalnego połączyło nas na zawsze. Jak tylko o tym pomyślałam, w powietrzu wyczułam dziwne drżenie, jakby właśnie ktoś się przemienił…
- No pięknie. Teraz to już na pewno zamkną mnie w wariatkowie – mruknęłam do siebie, skupiając się na hałasie spowodowanym przez suszarkę.
Wysuszenie włosów zabrało mi jakieś dziesięć minut. I tak nie były one całkowicie suche, ale musiałam zadowolić się tym, co miałam, więc odpowiednim przełącznikiem wyłączyłam urządzenie. Nagle usłyszałam dziwne stukanie. Najpierw pomyślałam sobie, że suszarka się zepsuła, bo wiele już przeszła, ale potem dźwięk się powtórzył. Dochodził zza moich pleców. Rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam, że ozdobny kamyk z naszego podwórka uderzył właśnie w szybę okna i to właśnie on był źródłem tajemniczego odgłosu.
Serce zaczęło mi bić jak szalone, kiedy podchodziłam do parapetu. Cicho otworzyłam okno i spojrzałam w dół. Pode mną stał Embry. Uśmiechał się szeroko i trzymał garść kamyków w ręce.
- Myślałem, że nigdy nie wyłączysz tej suszarki – zaśmiał się cicho. Jak zwykle miał na sobie tylko parę szortów. Nie kłopotał się koszulką. Delikatny wiatr z gęstego lasu przeczesywał jego krótkie włosy.
- Co ty tutaj, do cholery, robisz? – syknęłam. – Jeśli moi rodzice cię znajdą, to…
- Nie znajdą. – Wyszczerzył się jeszcze szerzej i dotknął swojego ucha. – Nie tylko Seth ma wspaniały słuch.
Przygryzłam wargę.
- Chyba nie dam rady się wymknąć. Zobaczą mnie, jeśli spróbuję wyjść przez drzwi.
- To w takim razie ja wejdę do ciebie.
- Jasne – odparłam z sarkazmem. – I jak zamierzasz to zrobić?
- Wskoczę przez okno – odpowiedział swobodnie, jakby wskoczenie na drugie piętro nie było niczym nadzwyczajnym.
- Ależ oczywiście.
- Rozśmieszasz mnie. – Uśmiechnął się figlarnie. – Odsuń się od okna.
- Żartujesz, prawda?
Spojrzał za siebie i zrobił parę kroków do tyłu, po czym przykucnął, szykując się do skoku.
- Lepiej się odsuń.
- Embry…
Znowu się uśmiechnął i zaczął biec. Szybko wycofałam się w głąb pokoju, ale i tak dostrzegłam jego sylwetkę... lecącą w powietrzu. Po sekundzie bezgłośnie wylądował na parapecie otwartego okna.
- Naprawdę to zrobił – szepnęłam do siebie, a Embry zachichotał, stawiając stopy na podłodze.
- Wątpiłaś we mnie, prawda?
- Wybacz, ale nigdy nie widziałam człowieka, który bez najmniejszego problemu wskoczyłby sobie na drugie piętro.
Po raz kolejny wygiął wargi w uśmiechu i odgarnął mi z twarzy kosmyk włosów.
- Zrobiłbym wszystko, byleby tylko z tobą być.
Nie mogłam dłużej wytrzymać. Objęłam go ramionami, przyciągając mocniej do siebie. Poczułam, że pocałował mnie w czubek głowy i westchnął.
- Co powiedzieli twoi rodzice?
- Na razie nic – mruknęłam w jego tors i odchyliłam głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Jeszcze dyskutują na dole.
Nagle Embry zamarł.
- Nie, nie dyskutują. Właśnie tu idą.
- Co?
- Gdzie mogę się ukryć? – Chłopak szybko rozejrzał się po moim pokoju i wreszcie zrozumiałam, o co mu chodziło. Cicho zaklęłam.
- Um… - Nadal nie rozpakowałam wielu rzeczy, więc wszędzie zalegały pudła. Embry nie mógł nigdzie się schować.
Odgadując to, szybko pocałował mnie w czoło, po czym wyślizgnął się przez okno i wszedł na dach. Pospiesznie chwyciłam książkę leżącą na moim nocnym stoliku i usiadłam na łóżku, starając się wyglądać naturalnie. Otworzyłam jakąś powieść dokładnie w momencie, gdy do pokoju weszła mama. Spojrzała na mnie pytająco, ale tego nie skomentowała.
- Jak się masz, skarbie? – spytała i usiadła obok mnie.
- Poczułabym się znacznie lepiej, jeśli dalibyście sobie z tym spokój – mruknęłam nadąsanym tonem.
- Wiesz przecież, że robimy to, co dla ciebie najlepsze – powiedziała, głaszcząc mnie po włosach.
- Nie – zaprzeczyłam. – Robicie to, co uznajecie za najlepsze – poprawiłam – ale się mylicie.
Zamknęła na chwilę oczy.
- Dzisiaj robisz sobie na obiad to, na co masz ochotę – powiedziała cicho, podnosząc się z łóżka.
- Nie jestem głodna – mruknęłam, ale nie wiedziałam, czy mnie usłyszała, bo się nie zatrzymała i od razu wyszła na korytarz.
Teraz to ja zamknęłam oczy i położyłam się na łóżku. To wszystko było takie frustrujące, że znowu chciało mi się płakać...
Znienacka moje łóżko zadygotało lekko i oplotły mnie czyjeś ciepłe ręce. Podniosłam powieki i zobaczyłam leżącego obok Embry'ego. Wolnym ramieniem także go objęłam i z powrotem zamknęłam oczy, wdychając jego słodki zapach.
- Wszystko będzie dobrze – pocieszył mnie cicho.
- Nie wiesz tego na pewno.
- Nie wiem – przyznał. – Ale ty też nie wiesz, że wszystko pójdzie źle.
Zerknęłam na niego, a jego pogodna twarz spowodowała, że na chwilę przestałam się martwić.
- Kiedy musisz iść?
Najpierw się nie odezwał. Dopiero po dłuższej chwili powiedział:
- Nie muszę iść, jeśli nie chcesz, żebym sobie poszedł.
Zawahałam się na krótką chwilę, ale w końcu stwierdziłam:
- To mi się podoba.
