Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 20

Rozmawialiśmy przez prawie całą noc maksymalnie ściszonymi głosami, ale znajdowaliśmy się tak blisko siebie, że nie stanowiło to żadnego problemu. Poruszyliśmy chyba wszystkie tematy. Embry'ego ogromnie interesowało moje dawne życie w Kentucky, więc opowiedziałam mu o starej szkole, przyjaciołach i rodzinie, która tam została. Zadałam mu też parę pytań na temat jego krewnych, ale bardziej ciekawili go moi.

W końcu zasnęliśmy – on rozwalony na łóżku, a ja przytulona do jego boku z podwiniętymi spodniami od piżamy z powodu bijącego od niego ciepła. Taką scenę zobaczyłam również po przebudzeniu. Pomimo niezamkniętego okna i tak byłam cała mokra od potu. Zamiast budzika, ze snu wyrwały mnie wcześnie rano pierwsze promienie słońca. Dzięki temu mogłam obudzić Embry'ego, zanim jego obecność wykryliby rodzice. Nie chciałam jednak tego robić. Leżąc na łóżku, wyglądał jak aniołek z potarganymi włosami i lekko rozchylonymi ustami, z których wydobywało się ciche pochrapywanie.

Uśmiechnęłam się i dotknęłam palcami jego brody, wyczuwając delikatny zarost.

- Embry – szepnęłam, a chłopak poruszył się i powoli otworzył swoje piwne oczy. – Dzień dobry, słoneczko – dodałam z uśmiechem. Odwzajemnił go i ziewnął.

- Nie spałem tak dobrze od ładnych paru miesięcy – mruknął zaspanym głosem, siadając na łóżku. – Chłopaki i Leah pewnie wyrzucą mnie ze sfory.

- Wściekną się, że cię im ukradłam?

Embry prychnął.

- Jakoś będą musieli to przeboleć.

- Moi rodzice niedługo się obudzą – przypomniałam mu ponuro.

- Więc muszę już sobie iść – stwierdził poważnie, nie odrywając ode mnie wzroku. W tym momencie zapragnęłam go pocałować i jemu chyba przyszło na myśl to samo, bo zanim zdążyłam mrugnąć, już napierał swoimi wargami na moje. Zadrżałam pod wpływem dotyku jego ust, które mimo dopiero co przespanej nocy były strasznie słodkie, a po chwili wplótł mi ogromne palce w rozczochrane włosy. Westchnęłam i poczułam, że się uśmiechnął.

- Kocham cię, Dixie – szepnął. Nie odpowiedziałam, tylko przytuliłam się do niego jeszcze mocniej i pospiesznie ponownie odszukałam jego usta. Odwzajemnił pocałunek, ale nagle zamarł. Odsunęłam się i obdarzyłam go posępnym spojrzeniem.

- Twoi rodzice właśnie się obudzili – wyjaśnił.

Dlaczego oni zawsze musieli wszystko psuć?

- Mogę przyjść tutaj jutro w nocy? – spytał z nadzieją. Jakbym potrafiła się nie zgodzić…

- Jasne – odpowiedziałam, może nieco za szybko. Zachichotał i dotknął mojego policzka wierzchem dłoni, po czym odwrócił się i zniknął za oknem. Kilka sekund później wyczułam w powietrzu dziwne drżenie oznajmujące jego przemianę.

Po chwili drzwi mojego pokoju się otworzyły i wysunęła się zza nich głowa mamy.

- Wcześnie wstałaś – powiedziała łagodnie. – Przez całą noc miałaś otwarte okno?

- Tak – odparłam. – Chyba zapomniałam je zamknąć.

- Mm… - mruknęła, wchodząc do środka, a potem usiadła na krawędzi łóżka. – Wczoraj wieczorem twój ojciec i ja dużo rozmawialiśmy na temat tego, co powinniśmy zrobić. – O nie… Zaczęło się. Czy naprawdę chciałam wiedzieć, co zdecydowali? Chociaż… Tak właściwie, to o ile więcej bólu mogli mi tym przysporzyć? – Nie podoba się nam, że tutejsi policjanci są tak skorumpowani – kontynuowała. – Puścili faceta wolno tylko dlatego, że to przyjaciel komendanta! – zawołała cicho.

- Albo dlatego, że szeryf Swan miał pewność, że Embry nie zrobił niczego złego – wtrąciłam.

Przyglądała mi się przez moment i znowu zaczęła:

- To nieodpowiednie miejsce dla ciebie. Powinniśmy zbadać je lepiej, zanim się tu przeprowadziliśmy. W nocy zadzwoniliśmy do dziadków. Bardzo chętnie zgodzili się na to, żebyś z nimi zamieszkała.

Zamarłam, nie wiedząc, co mam powiedzieć. Poczułam, że do oczu napływają mi palące łzy.

- Że co? – spytałam szeptem.

- Odsyłamy cię z powrotem do Kentucky. Tata musi popracować tu jakiś czas i dopiero wtedy będą mogli znowu go przenieść. Ja z nim zostanę, a ty na razie zamieszkasz z babcią i dziadkiem.

- Że co? – powtórzyłam, tym razem krzycząc.

- To dla twojego dobra, skarbie.

- Nie! – Gwałtownie się podniosłam. Strach i wściekłość płynęły w moich żyłach szybciej niż biegają dzikie konie. – Nie możecie mi tego zrobić!

- Dixie – westchnęła spokojnie – nie czyń tej sytuacji jeszcze gorszej niż jest teraz.

- Nie chcę wyjechać!

- Myślałam, że nie podobała ci się przeprowadzka.

- Tak było wcześniej…

- Wpadłaś w tarapaty – powiedziała stanowczo.

- Nieprawda – zaprzeczyłam, ale mama pokręciła głową.

- Decyzja już zapadła, Dixie. Nie jesteś tutaj bezpieczna. Jutro wysyłamy cię z powrotem do Kentucky.

- Jutro? – zawołałam.

- Tak.

- Ale przecież dopiero co zaczęła się szkoła!

- Tym bardziej nie będzie problemu z powrotem do twojego starego liceum.

Powoli zaczynała mnie irytować.

- Mamo!

- Już podjęliśmy decyzję. – Obróciła się w kierunku drzwi. – Powinnaś zacząć się pakować. Nie pójdziesz dzisiaj na lekcje.

- Mogę się pożegnać z moim przyjaciółmi? – poprosiłam łamiącym głosem i wtedy zdałam sobie sprawę, że łzy spływały mi po policzkach.

Spojrzała na mnie i położyła dłoń na swoim czole, ciężko wzdychając. Rozejrzała się po korytarzu i przygryzała wargę, po czym wyjęła z kieszeni kluczyki do samochodu.

- Masz dwie godziny, a potem pozwolę twojemu ojcu wkroczyć do akcji.

Popatrzyła głęboko w moje oczy i zrozumiałam, co właśnie zrobiła – pozwoliła mi pożegnać się z Embrym.

Przytuliłam ją szybko i wyszeptałam podziękowanie. Wzięłam od niej kluczyki i wybiegłam z pokoju. Dwie godziny z pewnością nie były dużą ilością czasu, a nie chciałam, żeby tata miał okazję zacząć działać w tym „bezprawnym" miasteczku. Wystarczy wyobrazić sobie niesamowitego Hulka ze spluwą i południowym akcentem…

Gdy już wyjechałam na główną drogę, włączyłam wycieraczki. Deszcz jeszcze bardziej potęgował moje przygnębienie. Oddychałam nierówno, czując ból w klatce piersiowej.

Co powinnam powiedzieć Embry'emu? Dobrze wiedziałam, jak zareaguje na wiadomość o mojej wyprowadzce. Po prostu oznajmi, że jedzie razem ze mną. Nie mogłam jednak na to pozwolić. Jego mama go potrzebowała. I to bardziej niż mu się wydawało. Jeśli rodzice podzielili się z dziadkami szczegółami całej tej sytuacji, znaczyło to, że wiedzieli już o niej moi pozostali krewni. Kto wie, jakich strasznych historii naopowiadali im mama i tata, więc jeśli ktoś zauważyłby Embry'ego kręcącego się przy mnie, nie zawahałby się ani sekundy i od razu wycelowałby w niego nóż albo pistolet. Z tą jego niezniszczalnością nie odniósłby jakichś fizycznych ran, ale jego plemię wpadło by w kłopoty. Wszyscy dowiedzieliby się o ich sekrecie, a to było prawie tak straszne jak śmierć.

Moja furgonetka zdawała się podążać wraz z wiatrem wiejącym od miasteczka. Jechałam szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie podobało mi się. Nie chciałam jeszcze stanąć twarzą w twarz z tym, co na mnie czekało…

Przez krótką chwilę miałam ochotę uciec i nawet włączyłam kierunkowskaz oznajmujący, że skręcam na drogę prowadzącą do Kalifornii, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. Ojciec pewnie nasłałby na Embry'ego FBI, a na to nie mogłam pozwolić.

Silnik samochodu warczał złowrogo, a w pewnym momencie gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Taka pogoda przypominała mi pierwsze dni po przeprowadzce, podczas których nieustannie padało i szalały burze. To właśnie podczas jednej z nich dowiedziałam się prawdy o Embrym i zdałam sobie sprawę, że go kocham. A teraz, także w czasie burzy, musiałam się z nim pożegnać na, Bóg wie, jak długi okres czasu. Ta myśl wywołała kolejną porcję łez, które pociekły mi po policzkach.

Kiedy dojechałam do La Push, skierowałam się prosto do jego domu. Na szczęście pamiętałam drogę. Nie miałam pojęcia, czy tam będzie, ale uznałam, że najlepiej zacząć właśnie od tego miejsca. Naciągnęłam na głowę kaptur, wyszłam na zewnątrz i pomaszerowałam w stronę wejścia.

Drzwi otworzyły się, zanim do nich dotarłam. Embry wyszedł mi na spotkanie z zatroskaną miną.

- Co ty tutaj robisz? Nie powinnaś być w szkole?

- Muszę z tobą porozmawiać – powiedziałam tak spokojnie, jak tylko potrafiłam.

- Okej – odparł, wychylając się zza drzwi. – A o czym?

- Przejdziemy się gdzieś? – spytałam. Nie potrafiłam pożegnać się z nim tutaj. Wydawało mi się, że to nieodpowiednie miejsce.

- Jasne – zgodził się i zamknął za sobą drzwi.

Zaczęliśmy iść w kierunku plaży. Chciałam znaleźć się w pewnej odległości od jego domu, ale jednocześnie dość blisko furgonetki, żebym mogła szybko uciec, gdy wybuchnę płaczem.

- Moi rodzice zdecydowali już, co zrobią – odezwałam się łagodnie.

- No i co postanowili?

Zatrzymałam się.

- Wysyłają mnie z powrotem do Kentucky.

Też przestał iść. Chyba nawet wstrzymał oddech, ale już po chwili się rozluźnił.

- Pojadę z tobą.

Przewidziałam to, więc ułożyłam sobie odpowiedź, która i tak nie wydawała mi zbyt przekonywująca.

- Embry, powinieneś zostać tutaj.

Znowu zamarł.

- Dlaczego, Dixie? – spytał, dotykając mojego policzka, co wcale mi nie pomogło. – Nie chcę być w miejscu, gdzie cię nie ma. Dokądkolwiek się udasz, ja podążę za tobą.

- Powinieneś zostać tutaj – powtórzyłam. – Twoja mama cię potrzebuje. Twoja sfora cię potrzebuje.

- Nie chcesz, żebym z tobą pojechał? – zapytał głosem przepełnionym bólem i ciężko było mi na niego patrzeć.

Zamknęłam na chwilę oczy, po czym pokręciłam głową.

- Nie. Powinieneś zostać tutaj.

- Dixie… - szepnął, wyciągając ku mnie rękę, ale się cofnęłam. Na jego twarzy dostrzegłam cierpienie.

- Kiedyś się jeszcze zobaczymy – pocieszyłam go. – Ale teraz musisz zostać tutaj.

- Nie mogę…

- Żegnaj, Embry – szepnęłam i odwróciłam się, że nie zobaczył łez spływających mi po policzkach.

- Dixie! – Poczułam, że za mną idzie. – Nie odchodź! Ja cię kocham!

Zatrzymałam się i pomyślałam: Ja ciebie też, ale te słowa nie wydobyłyby się z moich ust inaczej niż łamiącym się głosem. Nie chciałam jednak okazywać słabości, więc nadal szłam przed siebie. Embry odpuścił.

Mój samochód nie stał daleko, ale i tak zaczęłam płakać, zanim się w nim znalazłam. Pospiesznie weszłam do szoferki i wyjechałam z La Push tak szybko, jak tylko się dało. Przez całą drogę musiałam słuchać przejmującego wycia, które wyraźnie wzywało mnie z powrotem. Włączyłam radio i mocniej przycisnęłam pedał gazu.

Po pokonaniu około ośmiu kilometrów musiałam zwolnić i się zatrzymać, bo łzy w oczach całkowicie zasłoniły mi drogę. Chciałam wrócić do rezerwatu, powiedzieć Embry'emu, że go kocham i namówić na bezpowrotną ucieczkę do Las Vegas, ale tego nie zrobiłam, bo nieważne, jak bardzo pragnęłam z nim być, ale nie mogłam skazać go do prowadzenia życia przestępcy.
Nagle ktoś zapukał delikatnie w okno od strony pasażera. Gwałtownie otarłam łzy, spodziewając się Embry'ego, ale zamiast niego zobaczyłam Setha. Chłopak uśmiechnął się pocieszająco i wszedł do środka.

- On cię tu przysłał? – spytałam drżącym głosem.

- Nie – zaprzeczył, ale po chwili dodał: - No, nie tak do końca. Z jego myśli wydedukowałem, że nie będziesz w stanie sama wrócić do domu. Pozwolisz, że poprowadzę?

Spojrzałam na zegarek na desce rozdzielczej. Miałam coraz mniej czasu na to, aby wrócić, zanim mama zacznie się martwić i pozwoli ojcu działać, więc pokiwałam głową i przesiadłam się na siedzenie pasażera, podczas gdy Seth wślizgnął się za kierownicę. Po chwili jechaliśmy w stronę Forks.

Seth nie odezwał się ani słowem aż do momentu, w którym przekroczyliśmy granicę miasteczka. Dopiero wtedy spytał:

- Dlaczego chcesz, by Embry tutaj został? Tylko bez ściemniania. – Nie był zły, tylko skoncentrowany.

- Moja rodzina go zabije – załkałam.

Chłopak tego nie skomentował. Wiedziałam, co chodziło mu po głowie. Zapewne chciał mi powiedzieć, że rozłąka ze mną załamie Embry'ego. Cóż, mnie także to załamie, ale nie miałam innego wyjścia. Postępowałam tak dla jego dobra.

Gdy zaparkowaliśmy na podjeździe przed moim domem, Seth powiedział cicho:

- Przepraszam, Dixie. Tak strasznie mi przykro. To wszystko przeze mnie...

- Seth, nie powinno być ci przykro – zapewniłam, nadal mając łzy w oczach, ale już nad nimi panowałam.

- Ale jest. Wybacz mi.

Delikatnie się uśmiechnęłam.

- Wybaczam, nawet jeśli to nie twoja wina. Będę za tobą tęsknić, Seth.

On także się uśmiechnął i otworzył drzwi od swojej strony.

- Powodzenia, Dixie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.

Wkrótce zniknął pomiędzy drzewami i w powietrzu pojawiło się to dziwne drżenie. To mógł być ostatni raz na bardzo długi okres czasu, kiedy je poczułam...

Wytarłam twarz i wyszłam na zewnątrz, by stawić czoła mojej pozbawionej Embry'ego przyszłości. Na tę myśl w moich oczach znowu pojawiły się łzy...