Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 22

(punkt widzenia Embry'ego)

Oparłem dłonie o ziemię za sobą, pozwalając, aby ostre kamienie kłuły moją skórę. Siedziałam na krawędzi klifu i uderzałem nogami o chropowatą powierzchnię głazu. Spojrzałem w dół na wzburzone fale, które rozbijały się o skały wystające z wody. Nie bałem się ich. Już wielokrotnie skakałem w tym miejscu do oceanu tylko i wyłącznie dla zabawy, ale na wspomnienie o tym, kiedy ostatnio to zrobiłem, moja szczęka zadrgała lekko.

Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech, wdychając otaczające mnie zapachy. Poczułem słoną woń oceanicznej wody, spadających na ziemię liści, dymu z rozpalonego niedaleko ogniska, ale żaden z tych aromatów nie był tym, czego w tej chwili poszukiwałem. Pragnąłem znaleźć osobę, która pachniała jak świeżo skoszona trawa skąpana w ciepłych promieniach słońca. Pragnąłem Dixie.

Zacisnąłem szczękę, by opanować ból i pożądanie, które mnie w tej chwili zalały. Nie powinienem tutaj przychodzić. Dobrze wiedziałem, że wywołam tym ból, od którego tak bardzo starałem się uciec, ale nie potrafiłem trzymać się z daleka od tego miejsca. To właśnie tu zniszczyłem naszą przyszłość. Jej przyszłość.

Moje ramiona zaczęły się trząść i przełknąłem ciężko ślinę. Albo spowodowały to łzy, które cisnęły mi się do oczu, albo chęć zmienienia się w wilka, która miała ochotę rozerwać mnie na strzępy. Nie przemieniłem się od dnia wyjazdu Dixie. Zobaczyłem, jak bardzo raniłem innych chłopaków, więc postanowiłem im tego oszczędzić. Oznaczało to, że dużo czasu przebywałem tylko sam ze sobą. Cisza wcale nie ułatwiała znoszenia bólu, a samotność potęgowała go jeszcze bardziej.

Wcale się nie zdziwiłem, gdy znienacka usłyszałem za sobą nierytmiczne, ciche kroki Setha. Wbrew temu, że usilnie starałem się ich unikać, aby nie dzielili mojego smutku, to kumple ze sfory nadal do mnie przychodzili. Ja nie miałem nic przeciwko, ale czułem, że oni się męczyli. Nie byłem zbyt dobrym kompanem do towarzystwa.

Seth usiadł na brzegu klifu obok mnie i cicho westchnął.

- Jak się dzisiaj masz?

Słówko "dzisiaj" stanowiło najważniejszą część tego pytania, bo mój humor zmieniał się jak w kalejdoskopie. Najbardziej oddziaływała na mnie pogoda i zapachy, które czułem w danym momencie.

Wzruszyłem ramionami i odpowiedziałem:

- Dobrze.

Seth pokiwał głową. O wpojeniu wiedział tylko to, co wyczytał z myśli innych. Nie doświadczył na własnej skórze radości i bólu, które temu towarzyszyły, ale i tak miał dla mnie o wiele więcej rad niż pozostali.

Nie zdarzyło się jeszcze, by wpojenie opuściło kogoś z własnej, nieprzymuszonej woli. Powinniśmy być dla nich tym, kim chciałyby, żebyśmy byli. Jake i Quil na razie pełnili role starszych braci, potem zapewne staną się miłościami ich życia. Nigdy nie miał miejsca przypadek, w którym dziewczyna zupełnie nie życzyłaby sobie obecności wilkołaka w jej życiu.

Musiałem wyglądać żałośnie, bo Seth nagle wyznał cicho:

- Brakuje nam ciebie, Embry.

- Przepraszam, Seth, ale tak naprawdę będzie lepiej. Nie musicie cały czas znosić mojego parszywego nastroju.

- Ale przecież to jedno z zadań sfory. Wszyscy powinniśmy dzielić cierpnie każdego z nas, bo to umacnia nasze więzi.

Spojrzałem na niego z lekkim zaskoczeniem, myśląc sobie, że jeszcze rok temu nie usłyszałbym od niego czegoś tak... głębokiego. Śmierć ojca, rozpoczęcie przemian jego samego i Leah, ostatnie doświadczenia miłosne – to wszystko go zmieniło. Wydawał się o wiele starszy niż był w rzeczywistości.

- No co? – spytał w reakcji na moje gapienie się na niego.

- Bardzo się zmieniłeś.

Uśmiechnął się lekko.

- To samo chyba można powiedzieć o tobie.

- Ja tylko mówię to, co widzę. Dojrzałeś.

- Kiedy planujesz do nas wrócić? – zapytał szybko, by zmienić temat.

- Nie wiem, Seth – odpowiedziałem, nie próbując ukryć irytacji.

- Powiedziała, że wróci, pamiętasz? – przypomniał mi. – Po prostu pomyśl sobie, że pojechała na wakacje.

- Bez terminu powrotu... jeśli w ogóle jakiś termin istnieje? – dokończyłem dla niego.

Złączył usta w cienką linię.

- Staraj się myśleć optymistycznie, Embry.

Zacisnąłem zęby. Starałem się myśleć optymistycznie, ale z powodu tego, że mój cały świat się zawalił, przychodziło mi to z ogromnym trudem. Znałem ją zaledwie od tygodnia, ale już stała się dla mnie najważniejsza. A teraz wyjechała, jednak najgorsze była świadomość, że nie odeszła na zawsze, tylko do Kentucky, dokąd w każdej chwili mogłem pobiec. Podróż nie zajęłaby mi więcej niż dwadzieścia cztery godziny.

- Dlaczego do niej nie pobiegniesz? – zapytał Seth, jakby czytał w moich myślach.

- Nie chciała, żebym to zrobił – odpowiedziałem automatycznie. Doskonale pamiętałem chwilę, w której to oznajmiła.

- Nie chcesz, żeby z tobą pojechał? - spytałem, walcząc z niechcianymi łzami napływającymi mi do oczu, na co ona pokręciła głową.

- Nie, musisz zostać tutaj.

Każde słowo wbijało się w moje serce niczym sztylet. Już ledwo sobie z tym wszystkim radziłem. W każdej sekundzie czułem jakąś dziwną siłę, która jak magnes ciągnęła mnie na wschód.

- No i? – odparł Seth.

Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, a on się uśmiechnął.

- Powinienem zrobić to, o co mnie prosiła.

Uderzył stopami o skałę, a następnie podniósł się na nogi, otrzepując spodnie.

- Naprawdę? Z tego, co zdążyłem się zorientować, to całe wpojenie jest obustronne. Ona cię kocha. Powinieneś zobaczyć, jak wtedy płakała... – Zadrżałem. Widziałem tę scenę w jego umyśle. To było wspomnienie, do którego zdecydowanie nie chciałem wracać. – Może uda ci się ją jakoś nakłonić do powrotu albo do tego, by pozwoliła ci zostać... czy coś. – Popatrzył na mnie z góry. – Nie możesz wiecznie się zadręczać, bo cię to kiedyś zabije.

Zamknąłem oczy i usłyszałem, jak sobie poszedł. Wielokrotnie myślałem o tym, by udać się do Kentucky i z nią porozmawiać, ale zawsze tylko na myśleniu się kończyło. Nie chciała tego. Przynajmniej tak powiedziała...

Obraz płaczącej Dixie pojawił się na chwilę w mojej głowie...

Ona mnie potrzebowała, tak samo jak ja potrzebowałem jej! Tą siłą, która ciągnęła mnie w stronę Kentucky, była jej tęsknota. Musiałem z nią być, dla naszego wspólnego dobra. Jak tylko o tym pomyślałem, tajemnicza moc stała się o wiele silniejsza i bezwiednie zacząłem się podnosić. Pokręciłem głową, ale już znajdowałem się na nogach.

Twoja mama cię potrzebuje. Twoja sfora cię potrzebuje.

W duchu usłyszałem wyraźnie jej słowa. Jeśli pozwolę opanować się tej potrzebie zobaczenia Dixie, co się stanie z moją mamą? Byłem dla niej wszystkim...
Jednak w tej chwili nie myślałem logicznie. Zanim zorientowałem się, co tak właściwie robię, już ściągnąłem szorty i się przemieniłem. Natrafiłem na Setha i Quila.

Zaopiekujcie się moją mamą, poprosiłem ich.

Powodzenia, stary, życzył mi Quil. Seth wydawał się bardzo zadowolony z siebie.

Dzięki, Seth, pomyślałem jeszcze, zanim zacząłem biec z o wiele większą prędkością niż zazwyczaj. Nie musiałem wiedzieć, dokąd podążam. Moje nogi same zaprowadzą mnie tam, gdzie powinienem być.