Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 23
Wczesnym rankiem powietrze było wilgotne, a ziemię pokrywały krople rosy. Słońce wisiało nisko nad horyzontem, więc w naszym zacienionym ogródku za domem nadal panował wieczorny chłód. Usiadłam na huśtawce umiejscowionej na werandzie. Lewą nogę oparłam o krzesło stojące obok, a prawą wymachiwałam w powietrzu. W dłoni trzymałam mój duży scyzoryk z otwartym ostrzem, po którym z roztargnieniem wodziłam kciukiem. Dostałam go od Rhetta na szesnaste urodziny. Rodzice nie pochwalali tego, że ich nastoletnia córka posiadała i nosiła własny nóż, ale mój brat ciągle im przypominał, że mogłam użyć go do potencjalnej obrony.
Na wspomnienie o chwili, w której postąpiłam tak po raz pierwszy, na ustach pojawił mi się lekki uśmiech. Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć wynikało, że jeśli zaatakowałabym scyzorykiem Embry'ego, to prawdopodobnie złamałabym tylko ostrze. Przypomniałam sobie zaskoczony wyraz twarzy chłopaka wpatrującego się w nóż i cicho się zaśmiałam.
Przyjechałam do La Grange dwa dni temu, ale dopiero dzisiaj miałam wrócić na lekcje. Na myśl o tym poczułam dziwny lęk. Tak właściwie to nie powinnam się denerwować. Przecież chodziłam do tej szkoły prawie całe życie. Ale teraz nie patrzyłam na to w ten sposób. Zamiast czuć się tutaj jak w domu, odnosiłam wrażenie, że przeniosłam się do innego świata…
Gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym, jakie to ironiczne, usłyszałam skrzypienie otwieranych drzwi z siatką nieprzepuszczającą owadów. Odwróciłam głowę i zobaczyłam kuśtykającego ku mnie dziadka. Nawet nie próbował ukryć zszokowanego wyrazu twarzy spowodowanego widokiem swojej wnuczki pogrążonej w depresji, która bawiła się nożem. Po chwili odchrząknął i zapytał:
- Gotowa?
- Um… Tak. – Ześlizgnęłam się z huśtawki i chwyciłam plecak, który leżał na deskach pode mną. – Najwyższy czas z tym skończyć.
Dziadek tego nie skomentował, tylko lekko wygiął wargi i przytrzymał drzwi. Gdy weszliśmy do kuchni, siedząca przy stole babcia uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. Oboje dobrze wiedzieli, że nie byłam już tą samą osobą, która opuściła ich dwa tygodnie temu. Przyzwyczaili się do tego, że zawsze byłam pogodna i żywa, ale teraz zachowywałam się ponuro i niemalże naprawdę miałam depresję. Zachowywali w stosunku do mnie pewien dystans, za co im w duchu dziękowałam, ale wyraźnie widziałam, że cała ta sytuacja bardzo ich zmartwiła.
- Miłego dnia, skarbie – powiedziała delikatnie babcia.
Pocałowałam ją w policzek i wyszłam z dziadkiem na zewnątrz. Miałam z nim jeździć do szkoły do czasu, aż rodzice sprowadzą z powrotem mojego Jeepa Liberty. Jego starodawna ciężarówka pachniała tytoniem i gumą do żucia. Zazwyczaj ten znajomy zapach mnie uspokajał, ale obecnie nic nie było takie samo jak wcześniej.
Kiedy wjechaliśmy na parking Liceum South Orland, poczułam ostre ukłucie lęku. Rozpoznałam wszystkie znajome osoby. Każdy się na nas patrzył. Zaczęłam trochę panikować i nagle zatęskniłam za silnymi ramionami Embry'ego, które na pewno by mnie uspokoiły… Natychmiast potrząsnęłam głową, by wyrzucić z umysłu myśli, o których starałam się zapomnieć.
Podziękowałam dziadkowi i wyszłam z samochodu. Zanim zdążyłam zamknąć drzwi, usłyszałam, jak ktoś zawołał moje imię. Odwróciłam głowę i dostrzegłam Katie, moją najlepszą przyjaciółkę, idącą ku mnie z szerokim uśmiechem na twarzy i jeszcze szerszymi oczami.
- Nie mogę uwierzyć, że wróciłaś! – Uścisnęła mnie mocniej niż zwykle, a słowa wylewały się z niej z prędkością karabinu maszynowego.
- Tak, ja też nie mogę w to uwierzyć – mruknęłam.
- Tak się za tobą stęskniłam! Co u ciebie?
- Wszystko w porządku – skłamałam... ale chyba nie powinnam uznawać tego za kłamstwo, skoro chciałam, żeby tak było w rzeczywistości, prawda?
- Ach, tak się cieszę, że wróciłaś! – oznajmiła Katie i znowu się uśmiechnęła, po czym pociągnęła mnie w stronę budynków. Wolno przebierałam nogami, chcąc jak najbardziej wydłużyć czas dotarcia do innych uczniów, którzy rzucali w moją stronę wymowne spojrzenia. Mogłam sobie tylko wyobrażać, co sobie myśleli: Dixie pojechała na północ i związała się z jakimś obleśnym facetem – co za ladacznica. Czułam się niemalże tak jak podczas pierwszego dnia w szkole w Forks.
- Zgadnij, kto jeszcze się za tobą stęsknił? – spytała znienacka Katie, nadal uśmiechając się szeroko.
- No kto? – odparłam, chociaż byłam prawie pewna, że już znałam odpowiedź.
- Oczywiście Ronny – potwierdziła radośnie moje przypuszczenia. – Cały czas mówił tylko o tobie.
- Naprawdę? – zapytałam z udawanym zaciekawieniem, grając swoją rolę. Wywołałam tym długą paplaninę Katie, która opowiedziała mi niezwykle dokładnie, jak często Ronny o mnie wspominał, co mówił i nawet jak przy tym wyglądał...
Kiedy doszłyśmy do sekretariatu, przywitałam uśmiechem znajomą twarz panny Ross.
- Dixie, wszyscy bardzo się cieszymy, że wróciłaś – powiedziała entuzjastycznie kobieta, podając mi plan lekcji. – Mapki szkoły chyba nie potrzebujesz, prawda?
- Nie – zaśmiałam się. – Myślę, że jeszcze wszystko pamiętam.
- Pomogę jej, jeśli się zgubi – zażartowała Katie, po czym złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Poszłyśmy znajomym korytarzem do klasy, w której miałyśmy mieć pierwszą lekcję. Rozpoznałam każdego, kogo mijałyśmy, ale nadal czułam się samotna. Nie mogłam pozbyć się tego dziwnego uczucia tęsknoty, które całkowicie opanowało moje serce, więc starałam się je przynajmniej zagłuszyć, słuchając monologu Katie. Usiłowałam skupić się na jej chaotycznej wypowiedzi i nadać słowom jakiś sens, ale dopiero po chwili udało mi się zorientować, że mówiła o tym, co robiła ona i nasi wspólni znajomi przez ostatnie dwa tygodnie.
Po kilku lekcjach zdziwiłam się, ile można stracić podczas zaledwie kilkudniowej nieobecności na zajęciach, nawet jeśli rok szkolny dopiero co się zaczął. Miałam do odrobienia mnóstwo pracy domowej i kilka testów do zaliczenia. Cóż… Witamy z powrotem w realnym świecie.
Jedyną dobrą rzeczą, która mi się przytrafiła, była rozmowa z Ronnym podczas lunchu. Gdy tylko się spotkaliśmy, od razu uśmiechnął się szeroko i mnie przytulił. Źle się z tym czułam, ale zignorowałam to i odwzajemniłam uścisk. Wszystko we mnie krzyczało, żebym natychmiast się od niego odsunęła, ale nigdy nie postępowałam logicznie, więc tego nie zrobiłam.
- Co powiesz na ognisko dziś wieczorem? Musimy uczcić twój powrót – zaproponował wkrótce z diabelskim uśmieszkiem, od którego jeszcze kilkanaście dni temu głupiałam, ale teraz... teraz traktowałam go zupełnie obojętnie.
Po skończonych lekcjach Katie odwiozła mnie do domu. Przed udaniem się do Ronny'ego postanowiłyśmy zająć się trochę naszym wyglądem i wykorzystać stertę moich kosmetyków.
- Opowiedz mi o Waszyngtonie – odezwała się, starając się rozpocząć rozmowę.
- Tak właściwie tamte tereny przypominają nieco Appalachy. Drzewa są tak wysokie, że nawet w czasie dnia zasłaniają słońce. No i ciągle pada – powiedziałam, a w mojej głowie automatycznie pojawiły się odgłosy burzy, tak jakby w tle grała jakaś muzyka. Grzmiało, gdy Embry wyjawił mi swój sekret...
- Ale co z ludźmi? Pasowałaś do nich? – Katie zmierzyła mnie wzrokiem, przyglądając się ubraniom, które przypominały jej własne. Po powrocie do Kentucky zaczęłam zakładać stare ciuchy, bo już nie musiałam martwić się o konieczność przystosowania się do innych... przynajmniej w kwestiach odzieżowych.
- Chłopaki noszą tam damskie klapki – zachichotałam.
- Poważnie? – wykrztusiła pomiędzy parsknięciami śmiechem.
- Najzupełniej poważnie. Mój styl ubierania kompletnie tam nie pasował.
- To do kitu... Ale wszyscy byli mili, tak? – Ostatnie pytanie wypowiedziała niemalże z wahaniem. Wiedziałam, że plotki na mój temat dotarły prawdopodobnie także do jej rodziny. Tylko że z jaką ich wersją miała do czynienia? Czy w to wierzyła?
- Tak, wszyscy byli bardzo mili – zapewniłam stanowczo.
- To dobrze – odpowiedziała z uśmiechem i to zakończyło naszą rozmowę.
Gdy wjechałyśmy na żwirowy podjazd przy domu Ronny'ego, poczułyśmy zapach gęstego dymu pochodzącego z ogniska. Jego rodzina hodowała bydło, więc mieli ogromne pola, na których za ogrodzeniem pasły się czarne krowy rasy Angus. Jedynie od zachodniej strony budynku rósł las. W pobliżu zauważyłyśmy jeszcze trzy inne samochody, a wokół płomieni w półokręgu stało parę osób.
Dzisiejszej nocy planowałam wrócić do prawdziwego świata. Zdecydowałam, że całkowicie wyrzucę z pamięci wspomnienia z Forks i będę cieszyć się życiem. Założyłam nawet swoje krótkie spodenki, które spowodowałyby zapewne, że każda zakonnica krzyknęłaby z przerażenia. Zamierzałam o wszystkim zapomnieć, a Ronny miał mi w tym pomóc.
Obciągnęłam nieco szorty, kiedy szłyśmy w kierunku ludzi zgromadzonych wokół ogniska. Zazwyczaj nie nosiłam tego typu ubrań. Na szczęście moje nogi były wystarczająco opalone, bo w lecie dużo pływałam, więc nie musiałam się niczego wstydzić. Gdy dostrzegłam, że wszyscy chłopcy przyglądali mi się z podziwem rozgorączkowanymi oczami, w moim sercu pojawiła się iskierka nadziei.
- Dixie, wyglądasz... niesamowicie – powiedział Ronny, uśmiechając się szeroko, kiedy stanęłam obok niego.
- Dzięki. I dzięki też, że mnie zaprosiłeś.
Po chwili ktoś zaczął z nim rozmawiać, więc odwrócił twarz w odpowiednią stronę, ale najwyraźniej miał podzielną uwagę, bo swobodnie objął mnie ramieniem w talii. Instynkt nakazywał mi walnąć go w twarz, ale ponownie to zignorowałam. Zamiast zareagować agresywnie, oparłam się o niego i położyłam mu głowę na ramieniu. To było złe. Kompletnie złe, ale jednocześnie... dobre.
Nic nie mogłam poradzić na to, że ciągle miałam wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował. Przeniosłam wzrok na gęstwinę drzew, ale z powodu ciemności oczywiście nic nie zobaczyłam. Moje serce gwałtownie przyspieszyło, lecz zamiast przypisywać to przyglądającemu mi się tajemniczemu stworzeniu... lub osobie, zmusiłam się do myślenia, że spowodowała to bliskość Ronny'ego. Po pewnym czasie wreszcie się rozluźniłam i skupiłam tylko na tym, ile przyjemności sprawiał jego dotyk.
(punkt widzenia Embry'ego)
Dzięki wilczym oczom doskonale widziałem w gęstym dymie, który przysłonił drzewa w lesie. Nie poczułem w nim charakterystycznej nutki soli, ale pomimo tego nadal działał na mnie uspokajająco. Moje serce podskoczyło, kiedy w pewnym momencie dostrzegłem naprzeciwko siebie Dixie. Szła w kierunku ogniska, z roztargnieniem obciągając swoje szorty. Musiałem użyć całej swojej silnej woli, by pozostać w ukryciu. Obserwowałem, jak jej puste oczy rozbłysły nieco, gdy dołączyła do jakiegoś gościa stojącego przy ogniu. Serce zaczęło mi walić tak mocno, że poczułem ból w klatce piersiowej. Kim był ten koleś?
Kiedy objął Dixie w talii swoją opaloną łapą, miałem ochotę zawyć. Wziąłem głęboki oddech, by się uspokoić. Jakikolwiek dźwięk mógłby zdradzić moją obecność, a tego naprawdę nie chciałem. Ale nic nie mogłem poradzić na to, że cicho zaskomlałem, gdy zobaczyłem, jak centrum mojego wszechświata leży w ramionach innego faceta.
