Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 24

(punkt widzenia Embry'ego)

Logika podpowiadała mi, że nie byłem tutaj potrzebny i powinienem natychmiast odejść. Dixie wydawała się szczęśliwa i najwyraźniej już się mną nie przejmowała. Nieważne, jak to bolało. Po prostu tak przedstawiała się sytuacja. Jednak coś w głębi duszy mówiło mi, że to tylko maska, a tak naprawdę pragnęła mnie tak bardzo jak ja jej, więc wbrew wszystkiemu zostałem, przyglądając się, jak centrum mojego świata leży w ramionach innego faceta, a na jej twarzy odbija się światło płomieni.

(punkt widzenia Dixie)

Przez cały wieczór rozmawialiśmy, siedząc w kręgu wokół ogniska. Przed wyjazdem przyjaźniłam się z każdą obecną tu osobą, ale teraz coś się zmieniło. Niby razem się śmialiśmy i gadaliśmy, ale odniosłam wrażenie, że nie traktowali mnie tak otwarcie jak kiedyś.

Cały czas trzymałam się blisko Ronny'ego, opierając się o jego ramię i grając swoją rolę. Ilekroć zaczynałam myśleć o Forks, a mój wzrok wędrował w stronę lasu w poszukiwaniu szarego wilka z dwiema ciemnymi plamami na grzbiecie, wtulałam się w niego mocniej, biorąc głęboki oddech i wdychając zapach wody kolońskiej albo spoglądając w górę na twarz, którą kiedyś uważałam za najwspanialszą na świecie. Za każdym razem, gdy to robiłam, czułam w sercu ukłucie rozczarowania. Ronny nie był tak ciepły jak Embry, nie pachniał lasem jak Embry i zdecydowanie nie był tak przystojny jak Embry. Starałam się jednak to zignorować i na powrót stać się postrzeloną nastolatką, w której buzują hormony.

Nagle poczułam, że chłopak lekko się przesunął. Podniosłam głowę, by na niego spojrzeć i zobaczyłam, że też na mnie patrzył.

- Cieszę się, że wróciłaś, Dixie. Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłem.

Te słowa powinny wywołać u mnie przyspieszenie bicia serca lub przynajmniej rumieniec, ale nic takiego się nie stało. Zezłościłam się na samą siebie, że nie potrafiłam normalnie reagować. Ponownie oparłam głowę o jego ramię i westchnęłam.

- Też za tobą tęskniłam, Ronny.

Objął mnie nieco mocniej, a ja usiłowałam pozbyć się uczucia rozczarowania. Wiedziałam, że gdzieś w środku mnie tkwiło właściwie zachowanie i chciałam wyciągnąć je na zewnątrz. Ciągle marzyłam o powrocie do Waszyngtonu, ale byłam tutaj i nic nie mogło tego zmienić. Musiałam po prostu puścić w niepamięć Embry'ego, Forks, brak jakiejkolwiek logiki, mityczne stworzenia i nonsens, żeby znowu wrócić do realnego świata.

Starałam się skupić na dotyku ciepłego ramienia Ronny'ego. Nie było ono tak gorące jak ręce Embry'ego i nie wywoływało u mnie gęsiej skórki, ale czułam się nieźle, mając je przy sobie. Skoncentrowałam się na tym, aż w końcu wyczułam każdą linię i zgrubienie jego dłoni, poczułam na plecach silne mięśnie i zauważyłam, jak napinały się i rozluźniały, gdy chłopak z roztargnieniem wodził kciukiem po mojej ręce. Moje serce zadygotało... Ledwie dostrzegalnie, ale zadygotało!

- Wiesz, że w zeszłym tygodniu na naszej farmie urodziły się cielaki? – spytał swoim głębokim, niskim głosem. Zrobiło mi się trochę cieplej i uśmiechnęłam się szeroko.

- Naprawdę? Uwielbiam cielaki. Są takie urocze.

To była reakcja, jakiej oczekiwał. Ten żałosny chłopak z farmy uważał się za spryciarza, ale ja przejrzałam go na wylot.

- Chcesz iść je zobaczyć?

- Jasne – zgodziłam się z podekscytowaniem. Ronny podniósł się, a ja poszłam w jego ślady, otrzepując spodenki. Zerknęłam w stronę Katie i spytałam: - Idziemy z Ronnym zobaczyć nowo narodzone cielaki. Chcesz iść z nami? – Tak naprawdę nie chciałam, by z nami poszła, ale to pytanie miało uczynić nasze zniknięcie nieco mniej niezręcznym.

Dziewczyna uniosła wargi w półuśmiechu.

- Nie. Ale wy dwoje się nie krępujcie.

Okej, koniec ze staraniami uczynienia tej sytuacji mniej niezręczną.

Kiedy Ronny i ja zaczęliśmy oddalać się od reszty, usłyszałam chichoty i parę charakterystycznych „au". Uśmiechnęłam się, a chłopak się zaśmiał. Złapałam jego dłoń, licząc, że spowoduje to ponowne pojawienie się u mnie słabego uczucia dygotania serca. Nie przeliczyłam się, a co więcej – to uczucie wcale nie było słabe.

Gdy zbliżyliśmy się do śpiącego stada, jakaś krowa zamuczała. Wszystkie zwierzęta poruszyły się, ale się nie obudziły. W mroku nocy wyglądały jak jedna ciemna plama, ale po chwili dostrzegłam małe, czarne kulki, leżące w wysokiej trawie. Jedna z nich podniosła nawet główkę: zwisające uszy poruszyły się wokół jej okrągłego pyszczka.

- Są takie słodkie! – syknęłam z podekscytowaniem, kiedy cielak polizał swój nos dużym, różowym językiem.

- Powinienem był zabrać cię tu wcześniej, byś mogła dokładniej je obejrzeć – mruknął Ronny za moimi plecami. Odwróciłam się do niego i powiedziałam:

- Myślę, że to najodpowiedniejsza pora.

Prychnął cicho i uśmiechnął się, po czym wyciągnął swoją szorstką rękę, by zabrać mi z twarzy zabłąkany kosmyk włosów.

- Nie masz pojęcia, jak bardzo za tobą tęskniłem.

Jego dotyk wywołał u mnie kolejną sensację w klatce piersiowej. To było jak narkotyk. Chciałam więcej. Chciałam doświadczyć tego doczesnego uczucia jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze... Zrobiłam krok do przodu, podczas gdy dłoń Ronny'ego przesunęła się na tył mojej szyi. Pochylił się, aż jego gorący oddech owionął mi twarz. Moje serce stanęło, a oddech przyspieszył. Więcej, chciałam więcej. Przysunęłam się jeszcze bliżej, całkowicie likwidując przestrzeń między nami.

To było złe. Kompletnie złe. Zapragnęłam natychmiast odsunąć się od niego z obrzydzeniem. Ale dygotanie nie odchodziło...

W końcu rozchylił swoje wargi i poczułam w ustach jego gorący oddech.

Dygotanie stawało się coraz silniejsze...

(punkt widzenia Embry'ego)

Kiedy zaczęli iść w stronę śpiącego stada bydła, ruszyłem za nimi, ciągle pozostając w cieniu. W pewnym momencie dostrzegłem, że Dixie z własnej woli złapała tego chłopaka za rękę i przygryzłem język. Powinienem odejść. Powinienem uciec. I to jak najszybciej. Ale oczywiście tego nie zrobiłem. Nie mogłem.

Stojąc wśród drzew, westchnąłem ciężko, kiedy przeszli przez ogrodzenie, bo facet spojrzał na nią w taki sposób, że w moim gardle zaczęło formować się delikatne warczenie. Udało mi się je zdusić, ale nie na długo.

Koleś przysunął się do Dixie, a ja w duchu błagałem, by się od niego odsunęła. Ale ona zamiast tego podeszła jeszcze bliżej i niemalże gwałtownie przycisnęła swoje wargi do jego ust...

Zalał mnie ból tak silny jak nigdy wcześniej. Czułem się tak, jakby w moich żyłach nie płynęła krew, tylko płynny ogień. Wszystko stało się czerwone i zadygotałem, gotowy do przemiany, chociaż już byłem wilkiem. Mocno zacisnąłem zęby, by powstrzymać się od wycia, które bez wątpienia zdradziłoby moją obecność.

Po chwili Dixie wydawała się nieco zmieszana i przez krótką sekundę miałem nadzieję, że być może zdała sobie sprawę z błędu, jaki właśnie popełniła, ale myliłem się – przylgnęła do tego chłopaka całym ciałem, objęła go ramionami i znowu namiętnie pocałowała.

To ja powinienem być teraz na jego miejscu...

Już nie mogłem siedzieć cicho. Z mojego gardła wydobyło się niskie, żałosne wycie, odbijając się echem pośród drzew. Pognałem przed siebie tak szybko, że wywołałem lekki wiatr.

(punkt widzenia Dixie)

Pocałowałam go jeszcze raz, przyciskając do niego całe ciało i ciasno obejmując jego szyję. Krew pulsowała mi w uszach tak głośno, że ledwie co usłyszałam, jak niskie wycie potoczyło się echem po polu. Cielę podniosło się na nogi i cofnęło z krótkim prychnięciem.

- Co to było? – Nic z tego nie rozumiałam, odczuwając zmieszanie.

Ronny przeniósł swoje ręce na moją talię, powodując, że po plecach przebiegły mi dreszcze, po czym przesunął usta na moje gardło i mruknął:

- Kojot.

Ach, no tak. Gdy nasze wargi ponownie się złączyły, zaczęłam szybciej oddychać...

Chwila. To nie był kojot. To był... Nie. Tak. Nie... Chwila...

Niespodziewanie w mojej głowie rozgorzała walka pomiędzy dwiema stronami mojej natury, ale kiedy wplotłam palce we włosy Ronny'ego, wiedziałam już, która z nich zwyciężyła. Nie potrafiłam jednak przestać myśleć o tajemniczym wyciu, co czyniło mnie skołowaną bardziej niż kiedykolwiek.