Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 25
Krótko po tym, jak odgłosy wycia zaczęły pobrzmiewać w mojej głowie, Ronny i ja wróciliśmy do ogniska. Czułam sie kompletnie ogłupiała, nie wiedziałam jednak, czy od pocałunku, czy od tego, że w myślach ciągle słyszałam dziwny skowyt. Nie potrafiłam się skupić na tyle, by rozstrzygnąć, co tak właściwie było źródłem tego tajemniczego dźwięku. Złamałam pewną barierę, której zdecydowanie nie powinnam łamać – pocałowałam kogoś innego i... cieszyłam się tym.
Teraz każdy dotyk wywoływał u mnie ognistą gęsią skórkę. Dostałam to, czego chciałam, ale zaczęłam się też zastanawiać, czy to akurat było tym, czego tak naprawdę szukałam.
Wkrótce postanowiłyśmy z Katie wrócić do domu. Przez całą drogę bombardowała mnie pytaniami, a że byłam zbyt podniecona, by się przed tym bronić, opowiedziałam jej wszystko ze szczegółami. W miarę jak oddalałyśmy się od farmy Ronny'ego, czułam się coraz gorzej. Rozbolała mnie głowa i brzuch, a także miałam ochotę zwymiotować.
- Nie wyglądasz za dobrze, Dixie – powiedziała Katie, kątem patrząc w moją stronę z siedzenia kierowcy.
- Bo nie czuję się dobrze.
- No cóż, już prawie jesteśmy na miejscu. Tylko nie zwymiotuj w moim samochodzie. – Po tych słowach zaśmiała się krótko, by nie pozostawić żadnych wątpliwości, że żartowała, ale ja nie zwracałam na nic uwagi na tyle, aby wziąć to do siebie.
Kiedy dotarłyśmy do domu moich dziadków, szybko się z nią pożegnałam i ruszyłam do swojej bezpieczniej sypialni. Na szczęście babcia i dziadek już spali, więc nie musiałam się martwić, że zaczną zadawać mi pytania, jak minął wieczór.
Zamknęłam cicho drzwi i oparłam się o nie, jakbym nie chciała pozwolić na to, aby ktoś je otworzył. Oparłam głowę o drewno, a moje ramiona zaczęły się trząść. Uczucie wstrętu było znacznie silniejsze niż wcześniej i nagle zrozumiałam, czym było – żalem. Żałowałam tego, co zrobiłam, lecz nie mogłam już tego cofnąć. Zdradziłam Embry'ego, nawet jeśli w tej chwili znajdował się całe mile stąd.
Łzy zaczęły cieknąć mi po twarzy i osunęłam się na podłogę. Szukając antidotum na Embry'ego, odkryłam jedynie, że nie ma od niego ucieczki. A gdy zdałam sobie z tego sprawę, uznałam, że nic już się nie liczy. Pragnęłam tylko jego.
Pochyliłam się do przodu i objęłam kolana ramionami. To wycie było prawdziwe, nie pocałunek. Myślałam, że to, co dzisiaj czułam, działo się naprawdę i było ważne, ale jedynie to dobiegające z daleka wycie stanowiło jakby naturalną część mnie.
Zamarłam na tę myśl. Czy słyszałam je tylko w głowie? Ronny też je usłyszał. Pamiętałam, jak wymamrotał „kojot" w moją szyję. Nawet krowy gwałtownie się obudziły. Prawdopodobnie to był kojot, prawda? Serce mówiło mi co innego. Czy to był on? Czy się tutaj zjawił? Czy wrócił tylko po to, by znaleźć mnie w ramionach innego chłopaka? Żal się zwiększył i teraz naprawdę czułam się tak, jakbym miała zwymiotować. Musiałam go znaleźć. Musiałam powiedzieć mu prawdę. Musiałam powiedzieć mu, że go kocham.
Kierując się głosem serca, podeszłam do okna, otworzyłam je na oścież i wyjrzałam na zewnątrz. Panowała spokojna noc. Światło księżyca padało na porośnięte kukurydzą, pofałdowane obszary ziemi uprawnej. Wszędzie była wolna przestrzeń. Żadnego miejsca, gdzie mógłby ukryć się wilk. Ale nie przejmowałam się logiką.
- Embry? – szepnęłam, rozglądając się w poszukiwaniu jego srebrnej sierści. – Embry, jesteś tutaj? – W odpowiedzi usłyszałam jedynie rytmiczne odgłosy wydawane przez świerszcze. Zdesperowana usiadłam na podłodze, opierając głowę o parapet, po czym powiedziałam cichym, ledwie słyszalnym w ciszy nocy głosem: - Przepraszam, Embry, kocham cię.
(punkt widzenia Embry'ego)
Brak drzew czynił ukrywanie się znacznie bardziej irytującym niż ból, chociaż zirytowanie było niczym w porównaniu z ogniem, który popłynął w moich żyłach. Rozsadzało mnie od środka kilka uczuć jednocześnie: nienawiść, poczucie bycia zdradzonym, żal... Lista z każdą chwilą się wydłużała. Nie potrafiłem trzeźwo myśleć, nie widziałem w niczym sensu. Zanim zdałem sobie z tego sprawę, odwróciłem się i z powrotem zacząłem biec tam, skąd uciekłem, żeby dopaść tego gościa... Nienawiść i zazdrość całkowicie mną zawładnęły.
Zatrzymaj się, Embry, rozkazał Jacob, gdy tylko zorientował się, co zamierzałem. Moje nogi zamarły, przez co gwałtownie się zatrzymałem i upadłem na ziemię, przeklinając w duchu swojego alfę.
Pozwól mi iść, Jake, warknąłem, szybko rozglądając się dookoła. Znajdowałem się w miejscu przypominającym jakieś pastwisko, ale od ludzkich spojrzeń chroniły mnie faliste wzgórza.
Zastanów się nad tym przez chwilę, poprosił spokojnie. Nie chciałem tego, bo wiedziałem, że jeśli zacznę wszystko rozważać, to okaże się, że popełniam błąd. Zabicie tego kolesia załamałoby Dixie psychicznie. Skoro go pocałowała, to pewnie jej na nim zależało... Zadrżałem.
Wszystko będzie dobrze, pomyślał nieśmiało Jake.
Ciekawe jak? Ona chce jego, nie mnie. Może nawet nigdy mnie nie kochała. Prawdopodobnie cały czas to on był dla niej najważniejszy.
Dobrze wiesz, że to bzdury.
Jacob odtworzył w myślach scenę, która wielokrotnie stawała mi już dziś przed oczami – chwilę, w której Dixie wyznała, że mnie kocha, spoglądając w moją stronę tymi swoim pięknymi, brązowymi oczami. Wypowiedzenie przez nią tych dwóch prostych słów sprawiło, że moje serce gwałtownie podskoczyło... Ale teraz tylko boleśnie zadudniło.
Słowa, wymamrotałem.
Embry...
Zostaw mnie samego, Jake. Przez chwilę przeszukiwał moje myśli w poszukiwaniu morderczych instynktów, ale ich nie znalazł. Zdążyłem się już uspokoić, jednak ból, który czułem, nadal był tak silny, że Jacob się wzdrygnął. Chciał zostać i mnie jakoś pocieszyć. Idź sobie, nalegałem.
Dobranoc, Embry, westchnął. Wracasz do domu?
Jego pytanie wydało mi się dziwne, ale potem dotarło do mnie, że być może to byłoby najlepsze rozwiązanie. Zaznałem tutaj wystarczająco dużo cierpienia, więc powinienem wrócić tam, dokąd przynależałem. Ale nie potrafiłem zmusić się do podjęcia tej decyzji.
Nie mogę, Jake. Jeszcze nie teraz.
Okej, odparł cicho. Powodzenia, Embry. Po tych słowach przemienił się, więc zostałem sam na sam ze swoimi myślami. Samotność trochę mnie przeraziła. Znajdowałem się daleko od domu, moje wpojenie mnie nie chciało i właśnie odrzuciłem pomoc sfory.
Ponownie zadrżałem, chociaż wcale nie było zimno, po czym dostrzegłem mały zagajnik i ruszyłem w jego kierunku z zamiarem spędzenia tam nocy. Może po odpoczynku zacznę myśleć logicznie i w końcu zdecyduję, co należy zrobić.
Słuchałem pogwizdującego w moich uszach wiatru, odległych odgłosów przejeżdżającego przez miasteczko pociągu i cichego muczenia stada, z którym dzieliłem łąkę, ale żaden dźwięk nie był w stanie zagłuszyć jednego zdania pobrzmiewającego mi w głowie: „Kocham cię". Niech szlag trafi Jacoba za przywołanie tego wspomnienia. Zwinąłem się w kulę, by ochronić się przed zimnem nocy i niepożądanymi myślami. Nie mogłem jednak odizolować się od wszystkiego. Jak na złość ciągle odtwarzałem w pamięci jej cichy szept: „Embry... Kocham cię".
