Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 26

Otworzyłam oczy, nieświadomie wystawiając je na działanie jaskrawego światła wschodzącego słońca. Chwilowo oślepiona, szybko przymknęłam powieki i zamrugałam parę razy, aż w końcu byłam w stanie rozpoznać znajdujący się przede mną kształt.

- Embry? – szepnęłam.

Postać chłopaka zrobiła kilka kroków w moją stronę, dzięki czemu zobaczyłam dokładniej linię jego masywnej szczęki, wyraźne kości policzkowe i muskularne ramiona.

- Zdradziłaś mnie – powiedział swoim głębokim głosem. Nie miałam pojęcia, że zaledwie w dwóch słowach może zmieścić się aż tyle bólu.

- Gdybym tylko mogła cofnąć czas...

Pospiesznie podniosłam się do pozycji siedzącej i wyciągnęłam rękę w jego stronę, ale usunął się z zasięgu mojego chwytu.

- Nie kochasz mnie – stwierdził bezbarwnym tonem.

- Kocham cię! Zawsze cię kochałam!

Desperacko ponowiłam próbę dotknięcia go. Nie poruszył, ale i tak nie mogłam nic zrobić – moja dłoń przeniknęła jego ramię.

- Dixie?

Embry poruszył ustami, lecz tym razem przemówił dziwnie znajomym głosem o wiele starszego człowieka...

Podskoczyłam jak oparzona, mrugając gwałtownie w blasku wyłaniającego się zza horyzontu słońca i zarazem wracając do rzeczywistości. Moje ubrania i skóra były mokre od rosy. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nad sobą dziadka. Najprawdopodobniej to on stanowił źródło tego znajomego głosu starszej osoby.

- Spałaś na zewnątrz? – Na jego twarzy malował się wyraz kompletnego zaskoczenia.

Rozejrzałam się dookoła, przeczesując palcami splątane włosy.

- Tak sądzę.

Przez kilka sekund przyglądał mi się uważnie, aż w końcu odwrócił się w kierunku domu i mruknął do mnie:

- Lepiej idź się przebrać.

Zwlekałam jeszcze chwilę, czując ogromne zmieszanie. To był tylko okropnie bolesny sen. Zadrżałam na samo wspomnienie o nim, chociaż chłód też dawał mi się już we znaki. Wilgotne ubrania przykleiły się do mojego ciała, więc wstałam i weszłam do środka.

- Tu jest twoja kawa – powiedział cicho dziadek.

- O, dziękuję.

Wzięłam od niego kubek i ruszyłam w stronę mojego pokoju. Po drodze zgarnęłam z łazienki ręcznik i osuszyłam nieco włosy, popijając gorzki napój. Kiedy zerknęłam na zegarek, okazało się, że minęła dziewiąta. Westchnęłam i zdecydowałam się na prysznic, więc dokończyłam kawę i wróciłam do łazienki.

Gdy ciepła woda przyjemnie rozluźniała moje spięte po spędzonej na dworze nocy mięśnie, starałam się nie myśleć o tym, co mi się przyśniło. Nie chciałam nawet pamiętać wydarzeń minionego wieczoru... i że zdradziłam Embry'ego. Zamiast tego skupiłam się na tym, co mnie czeka. Nie miałam na dzisiaj żadnych planów, poza odrobieniem pracy domowej, rzecz jasna.

Po wysuszeniu moich grubych włosów poszłam do kuchni po większą dawkę kawy i zasiadłam do książek. Całkiem sporą część zadań zrobiłyśmy z Katie wczoraj, ale nadal pozostało ich bardzo dużo.

Dochodziła jedenasta, kiedy zadzwonił telefon.

- Co porabiasz wieczorem? – usłyszałam w słuchawce głos mojej przyjaciółki. Mówiła w sposób, który wyraźnie sugerował, że ma dla mnie jakąś ofertę.

- Właściwie to nic – przyznałam.

- Wybieramy się dziś z paroma znajomymi do „T. Eddies". Chcesz się przyłączyć?

„T. Eddies" to bar z muzyką country w Louisville. Chociaż byliśmy jeszcze niepełnoletni, to często jeździliśmy tam, by trochę się rozerwać. Karaoke zawsze robiło furorę.

- Jasne – zgodziłam się automatycznie, ale natychmiast się wzdrygnęłam i spytałam: - A kto dokładnie jedzie?

Katie wymieniła listę imion, w tym również Ronny'ego, i zapowiedziała, że przyjadą po mnie o siódmej.

- To w takim razie do zobaczenia – pożegnałam się uprzejmie, chociaż w duchu jęknęłam, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, w co się wpakowałam...

Gdy furgonetka Ronny'ego zaparkowała na podjeździe przed domem, o mało co nie wybuchnęłam płaczem. Po pożegnaniu się z babcią i dziadkiem wyszłam na zewnątrz, usiłując wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu, ile potrafiłam. Z przerażeniem obserwowałam, jak Katie wyskakuje z samochodu, bym mogła usiąść pomiędzy nią a Ronnym na miejscu zwanym uroczo „siedzeniem jędzy". Było ono specjalną częścią furgonetki faceta i podczas jazdy zapewniało z nim niezwykle bliski kontakt. Wślizgnęłam się do środka i chcąc nie chcąc, zajęłam je, powstrzymując jednocześnie odruch wymiotny.

- Cześć, Dixie – przywitał mnie Ronny z szerokim uśmiechem na twarzy i objął ramieniem. Wzdrygnęłam się, ale odwzajemniłam uśmiech.

- Jak leci? – wymamrotałam.

- Nie jest źle – odparł i zaśmiał się cicho.

W czasie podróży do Louisville, wykorzystując całą swoją przebiegłość, intensywnie rozmyślałam nad tym, jak wyrwać się z jego uścisku. Uznałam też, że powinnam dogłębniej rozważyć kwestię przyjęcia propozycji udania się do baru, bo w tej chwili nie miałam już możliwości zmiany decyzji.

Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, gdy Ronny wraz z innymi chłopakami zaczęli grać w bilard. Dało mi to szansę ucieczki do siedzących przy stoliku dziewcząt, które oglądały występ lekko wstawionej kobiety śpiewającej na karaoke utwór Shanii Twain.

W pewnym momencie Katie pochyliła się w moją stronę i wyszeptała:

- Czy ja śnię, czy ty też widzisz to, co ja widzę?

Ogromny hałas spowodował, że ledwie ją usłyszałam, lecz i tak natychmiast podążyłam wzrokiem do miejsca, w które się wpatrywała.

Jedno z krzeseł przy barze zajmował wysoki mężczyzna, ubrany w taki sposób, że doskonale wtapiał się w otoczenie – w koszulę w szkocką kratę z podwiniętymi rękawami, wyblakłe dżinsy i kowbojskie buty. Był zarazem tak przystojny, że bez wątpienia mógłby pracować jako model na wybiegu lub pozować do zdjęć w jakimś magazynie o modzie.

Wpatrywałam się w jego twarz, doznając dziwnego uczucia deja vu. Dlaczego wyglądał tak znajomo?

Przyjrzałam mu się uważniej, kiedy rozglądał się w tłumie, ewidentnie kogoś szukając. Miał nienaturalnie idealne rysy, rude, kręcone włosy i oczy czarne jak noc. Chyba wyczuł, że obie z Katie na niego spoglądamy, bo znienacka przeniósł spojrzenie na nasz stolik i się do nas uśmiechnął.

Gdy w jego bladej skórze odbiło się przyciemnione światło barowych lamp, nagle zrozumiałam, dlaczego wydawało mi się, że skądś go znam. Momentalnie wróciłam myślami na klif w indiańskim rezerwacie, gdzie spotkałam Cullenów. Nieznajomy wyglądał kropka w kropkę jak oni. Poza kolorem oczu.

Po chwili zerknęłam na Katie, która również gapiła się na tego... faceta... potwora... – nie wiedziałam, jak powinnam go nazwać, a potem z powrotem na niego i z przerażeniem stwierdziłam, że kiwa on na moją przyjaciółkę palcem, dając jej do zrozumienia, że chce z nią porozmawiać.

Następnie usłyszałam odgłos odsuwanego krzesełka.

- Katie, nie! – zawołałam, łapiąc ją za ramię. – Nie możesz tam iść!

Co prawda Cullenowie nigdy nie zaatakowali żadnego człowieka, ale nie miałam pojęcia, czy ten gość żył według podobnych zasad i wyłączył ze swej diety ludzką krew. Coś czułam, że jeśli w ogóle był wampirem, to raczej kierował się naturalnymi instynktami...

- Czy tylko ty możesz mieć chłopaka? – odpowiedziała ze śmiechem i wyrwała mi się, po czym żwawym krokiem ruszyła w stronę baru.

Obserwowałam ich podczas rozmowy i doszłam do wniosku, że wraz z upływem czasu mężczyzna przysuwał się do niej coraz bliżej, choć zdawał się nie patrzeć jej w twarz, bardziej skupiając się na... szyi.

Musiałam ją jak najszybciej od niego odciągnąć. Tylko że Katie była uparta – oderwanie jej od kogoś aż tak przystojnego z pewnością nie zaliczało się do łatwych zadań.

Szybko opracowałam misterny plan działania i zaczęłam przeciskać się przez tłum w kierunku baru.

- O, Dixie – powiedziała szeroko uśmiechnięta Katie, gdy mnie dostrzegła. – To jest Donovan – dodała i wskazała ręką na podejrzanego o bycie wampirem nieznajomego.

- Cześć – przywitał się z lekkim akcentem.

- Katie, twoja mama próbuje się do ciebie dodzwonić – poinformowałam przyjaciółkę, odwracając uwagę od jego zimnych oczu. – Dzwoniła do mnie i prosiła, żebyś do niej oddzwoniła.

- Mówiła po co? – spytała Katie, wyciągając swój telefon.

- Wspomniała tylko, że to coś ważnego – skłamałam.

- Zaraz wrócę, Donovan – obiecała, uśmiechając się uprzejmie, a następnie ruszyła w stronę wyjścia, przepychając się przez tłum.

- Nie przeszkadzaj sobie! – zawołał za nią, również się uśmiechając i ukazując przy tym swoje śnieżnobiałe, perfekcyjnie proste białe. Przez kilka sekund nie spuszczał jej z oczu, po czym nieoczekiwanie zerknął na mnie i rzucił:

- Chyba powinienem z nią pójść.

- To prywatna rozmowa – powiedziałam z naciskiem, zapominając o zbędnych uprzejmościach.

- Jestem pewien, że nie będzie miała nic przeciwko. – Jego wargi ponownie wygięły się w szerokim uśmiechu.

Dobra, nadszedł czas wyłożyć kawę na ławę i zapomnieć o subtelnościach.

- Wiem, czym jesteś, Donovan.

Facet zamilkł na chwilę i pytająco uniósł brew.

- O czym ty mówisz?

- Dobrze wiesz, o czym mówię – niemalże warknęłam, starając się przybrać groźną minę – pijawko.

Donovan zachował spokój i rozejrzał się dookoła, sprawdzając, czy nikt nas nie obserwuje. Najwidoczniej nie zauważył niczego niepokojącego, bo wkrótce wbił we mnie wzrok i spytał:

- Skąd tak dużo wiesz?

W tej chwili akcent w jego głosie stał się o wiele wyrazistszy i rozpoznałam w nim Irlandczyka.

- Czy to ważne? – odparłam. – I tak nie pozwolę Katie nigdzie z tobą pójść.

- A niby jak zamierzasz mnie powstrzymać? Przecież jesteś tylko małym, żałosnym człowieczkiem.

Te słowa wprawiły mnie w kompletne oszołomienie.

- Więc się przyznajesz?

Na jego twarzy ponownie zagościł lekki uśmiech.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

- Jeśli ją skrzywdzisz, to mój chłopak na ciebie zapoluje – wypaliłam bez namysłu.

- Czyżby? – Wampir omal się nie roześmiał. – A gdzie jest teraz ten twój chłopak i co sprawia, że jest taki potężny?

- Jest wilkołakiem i takich jak ty zabija dla zabawy – wyjaśniłam tak hardym tonem, na jaki tylko było mnie stać.

- No a gdzie teraz jest?

- On... – Zawahałam się. – Nie ma go tu.

Donovan wybuchnął gromkim śmiechem i odwrócił się.

- Czekaj! – zawołałam, gotowa za nim pobiec.

- Ja chcę z nią tylko porozmawiać, dziewczynko – powiedział i bezczelnie się do mnie uśmiechnął. – Nie masz powodu do obaw.

- Mama cię nie nauczyła, że nie powinno się bawić jedzeniem?

Znowu się zaśmiał.

- Dowcipna jesteś, co?

- Powiem jej – zagroziłam. – Powiem Katie. A jeśli będę musiała, to obwieszczę to wszystkim gościom tego cholernego baru.

Jego twarz nie wyrażała teraz żadnych emocji.

- Nie uwierzą ci.

- Zaryzykujesz?

Szybko pozbył się resztek pozorów człowieczeństwa, jakie zachowywał. Kiedy na mnie spojrzał, przestraszyłam się tak, jak jeszcze nigdy w życiu.

- Dobra, odpuszczę, ale jeszcze tego pożałujesz, mała. Wkrótce się spotkamy, jednak wtedy nie będziesz miała tyle szczęścia co dziś.

Na pożegnanie uśmiechnął się złośliwie i zaczął iść w stronę drugiego wyjścia, czyli tam, gdzie na pewno nie było Katie.

Po jego odejściu dotarło do mnie, że wpakowałam się w całkiem poważne tarapaty...