Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 27

Nie wiedziałam, jak długo wpatrywałam się w drzwi, w których zniknął Donovan, lecz co do jednego nie miałam żadnych wątpliwości – całkowicie zawładnęło mną przerażenie. Na początku nie zdawałam sobie sprawy z tego, że uratowanie przyjaciółki może okazać się dla mnie aż tak niebezpieczne. Zyskałam groźnego wroga, lecz nie mogłam zwrócić się do nikogo z prośbą o pomoc. Jedynie Embry był w stanie coś w tej kwestii zrobić, ale przecież dopiero co go zostawiłam...

Moje rozmyślania przerwała Katie.

- Mama powiedziała, że do ciebie nie dzwoniła – mruknęła.

- Tak? To dziwne...

- Więc dlaczego mi wmówiłaś, że dzwoniła? – naciskała. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami, na co ona westchnęła. – Gdzie się podział Donovan?

- Musiał już iść. – Oderwałam wreszcie wzrok od drzwi i spojrzałam na przyjaciółkę. – Miał do załatwienia coś pilnego.

Na twarzy Katie pojawił się grymas niezadowolenia.

- Pewnie go przegoniłaś.

- Dobrze wiesz, że nigdy bym tego nie zrobiła – skłamałam, po czym złapałam ją za ramię i pociągnęłam w stronę naszego stolika, ciągle rozglądając się dookoła w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Wszędzie widziałam twarz Donovana...

Powoli wsiąkała we mnie paranoja.

Gdy dotarłyśmy na miejsce, roiło się tam od chłopaków, którzy zrobili sobie przerwę w grze, by obejrzeć sceniczny występ jednego z naszych kolegów. Miał on zaśpiewać piosenkę „Picking Wildflowers". Kiedy usiadłyśmy na krzesłach, rozległy się pierwsze tony melodii.

- Gdzie byłyście? – spytał Ronny, obdarowawszy mnie szerokim uśmiechem.

- Katie musiała zadzwonić do mamy – wyjaśniłam, spoglądając na przyjaciółkę w sposób, który wyraźnie nakazywał jej siedzieć cicho. Przez chwilę patrzyła na mnie wilkiem, ale ostatecznie nie pisnęła ani słowa.

- Tylko już nigdzie nie odchodźcie – powiedział, obejmując mnie w talii i sadzając sobie na kolanach. Poczułam, że za chwilę zwymiotuję i dziwnie się z tego powodu ucieszyłam.

Uśmiechnęłam się, nie chcąc zranić jego uczuć i mając nadzieję, że wyszło mi to dość wiarygodnie. Jeśli teraz bym wstała lub zaprotestowała, bez wątpienia zrobiłabym z niego głupka. Może i go nie kochałam, jednak nadal traktowałam jak przyjaciela, więc wmówiłam sobie, że siedzenie na jego kolanach to nie zdradzanie Embry'ego. Poza tym wszystkie krzesła były już zajęte, a mój żołądek ciągle robił koziołki, z czego bardzo się cieszyłam.

- Zamierzasz mnie tu tak trzymać? – podrażniłam się z nim, grając swoją rolę.

- Tak – potwierdził, wzmacniając uścisk, co przyprawiło mnie o lekki napad klaustrofobii. – Jesteś teraz moim więźniem.

Wywróciłam oczami i skupiłam uwagę na scenie, gdzie nasz przyjaciel, Dave, robił z siebie kompletnego kretyna.

Sądziłam, że siedzenie na kolanach Ronny'ego to całkiem niewinna czynność, ale najwidoczniej się pomyliłam. Wkrótce położył on głowę na moim ramieniu i poczułam na karku jego gorący oddech. W chwilę później umieścił tam swoje usta...

Moją głowę i brzuch momentalnie sparaliżował ból. Pocałunki chłopaka wyraźnie mnie odpychały i byłam z tego ogromnie zadowolona. Delikatnie go odepchnęłam, ale szybko ponowił próbę.

- Ronny, nie – zbeształam go tonem przemęczonej nauczycielki z podstawówki. Po ułożeniu jego ust na mojej szyi poznałam, że się uśmiechnął.

- Dlaczego? – zapytał, dotykając językiem mojej skóry.

- Bo ja tak mówię, właśnie dlatego. – Obróciłam głowę, aby na niego spojrzeć, ale zwróciłam uwagę na coś innego.

W końcu pomieszczenia zauważyłam wysokiego, muskularnego mężczyznę, który pospiesznie wychodził na zewnątrz. Miał śniadą cerę i krótko obcięte, czarne włosy.

- Embry – wyszeptałam.

- Kto? – Ronny również się odwrócił, aby zobaczyć, na kogo spoglądałam, jednak zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, poderwałam się na nogi i zaczęłam biec w stronę Embry'ego.

Przybliżając się do niego, coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to naprawdę on. Moje serce gwałtownie przyspieszyło, a kiedy już byłam blisko, rzuciłam się na chłopaka i objęłam go od tyłu w pasie, przyciskając twarz do jego pleców. Tylko że coś mi się nie zgadzało – zamiast lasem, pachniał wódką i papierosami.

- Co jest, do cholery...? – wymamrotał ochrypłym głosem i mnie odepchnął. Dopiero teraz spojrzałam mu w twarz i zorientowałam się, że to nie Embry. Facet miał zielone oczy i na oko coś około czterdziestki na karku. I nie był nawet w połowie tak przystojny jak Embry. Zalała mnie fala rozczarowania i poczułam, że do oczu napłynęły mi łzy.

- Przepraszam – bąknęłam niepewnie. – Pomyliłam pana z kimś innym.

Kiedy nieznajomy na mnie popatrzył, od razu złagodniał.

- W porządeczku. To co, może postawić ci drinka?

- Nie jestem pełnoletnia – przyznałam.

- I jest tutaj ze mną.

Niespodziewanie ramię Ronny'ego zacisnęło się na mojej talii. Nawet nie zauważyłam, że za mną pobiegł.

Mężczyzna, którego pomyliłam z Embrym, zmierzył go wzrokiem, ale w końcu sobie poszedł. Dotyk Ronny'ego mnie rozpraszał, jednak w ten zły sposób. Jego ręka oplatała mnie niczym wąż.

- Co ty, do cholery, wyprawiasz, Dixie?

- Po prostu myślałam, że to ktoś inny – odparłam z pozornym spokojem, usiłując powstrzymać się od płaczu, jednak gdy pojedyncza łza spłynęła mi po policzku, odwróciłam wzrok. Tak bardzo chciałam, by ten facet naprawdę okazał się Embrym. Wszystko by się wtedy jakoś ułożyło. Moje życie kręciło się wokół niego, a ja zmarnowałam szansę... Jeśli to naprawdę byłby on, natychmiast bym go przeprosiła i może przyjąłby mnie z powrotem?

Ale niby czemu miałby mnie z powrotem przyjmować? Byłam potworem, który obściskiwał się z tym żałosnym frajerem stojącym obok...

Cholera, on na pewno mnie nie przyjmie, kiedy ręka innego chłopaka jest na mojej talii!

- Precz z łapami – powiedziałam cicho.

- Co? – spytał Ronny, brzmiąc na lekko rozbawionego.

- Zdejmij ze mnie tę cholerną rękę, Ronny – warknęłam, odpychając go.

- Dixie...

Nie dałam mu dokończyć.

Moja prawa ręka bezwiednie uformowała się w pięść, a po chwili uderzyła w głupio roześmianą twarz chłopaka. Gdy zetknęła się z jego nosem, poczułam łamiącą się kość.

- Co ty, do cholery, robisz? Za co? – Ronny pochylił się i obiema dłońmi złapał swój nos. Kiedy je odsunął, zobaczyłam na jego palcach krew.

- Nigdy więcej mnie nie dotykaj, Ronny. Ja naprawdę nie żartuję.

Chłopak ewidentnie był w szoku. Zdecydowanie nie pomogło to, że połowa baru zamilkła i przyglądała się rozgrywającej się pomiędzy nami scenie. W mojej głowie tyle się działo, że nie odczuwałam nawet satysfakcji z tego, co zrobiłam. Pragnęłam jedynie znaleźć się w ramionach Embry'ego.

Po chwili zostawiłam Ronny'ego z jego zakrwawionym nosem i poszłam poszukać Katie.

(punkt widzenia Embry'ego)

Dokąd idziesz, kiedy wszystkim, co posiadasz, są tylko wspomnienia? Nie możesz być tam, gdzie chcesz, ale jednocześnie nie potrafisz zmusić się do odejścia.

Bieg przez las w górach przypomniał mi rodzinne La Push. Znacznie bezpieczniej było poruszać się pomiędzy drzewami niż na otwartym polu. Dodatkowo pomagało mi to w utrzymaniu się przy zdrowych zmysłach.

Jeżeli w ogóle coś jeszcze mi z nich zostało...