Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 28

Atmosfera panująca w aucie podczas drogi do domu z pewnością nie zaliczała sie do najprzyjemniejszych. Ronny nie był w stanie prowadzić, więc zajął przednie miejsce pasażera, pochylając głowę do tyłu, by krew, która ciągle tryskała z jego złamanego nosa, nie skapywała mu z twarzy. Kiedy przypadkiem najeżdżaliśmy na dziury w drodze, mimowolnie wydawał z siebie cichy jęk bólu. Dodatkowo samochód wypełniał niekontrolowany chichot Dave'a, który zastępował za kierownicą niedysponowanego kolegę. Ja siedziałam z tyłu, ledwie zdając sobie sprawę z tego, co się wokół mnie dzieje. W myślach ciągle odtwarzałam scenę z baru, podczas której rzuciłam się na całkiem obcego faceta. Chyba broniłam się w ten sposób przed ogromem przeróżnych emocji, które powoli do mnie napływały. Byłam jak te małe szare, owady, który zwijają się w kulę za każdym razem, gdy pojawi się jakieś niebezpieczeństwo. W dzieciństwie mieliśmy z Rhettem swoją specjalną zabawę, która polegała na tym, że lekko dźgaliśmy patykiem ich pancerzyki i z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak zmieniają się w maleńkie kulki...

Chyba powinnam pomyśleć nad lepszym sposobem ilustrowania swoich uczuć.

Zamiast dalej porównywać się do insektów, zaczęłam przypatrywać się zmieniającemu się za oknem otoczeniu. W jednym momencie mijaliśmy faliste pagórki, a w drugim pokonywaliśmy wąwozy, przez co po obu stronach samochodu znajdowały się chropowate, skalne ściany, które stworzyła natura.

Gdy dotarliśmy na przedmieścia La Grange, wysiadłam z auta jako pierwsza. Znajomi pożegnali mnie niemrawymi pomrukami. Jedyną osobą, która spojrzała w moją stronę i lekko się uśmiechnęła, była Katie.

Wspaniale. Teraz to ja uchodziłam za czarny charakter. Przecież nie uderzyłam Ronny'ego z siłą zawodowego boksera. Po prostu dałam mu w twarz. Kto by przewidział, że jego nos okaże się aż tak delikatny?

Na podjeździe przed domem z zaskoczeniem zauważyłam drugi wóz: obok furgonetki dziadka stał mój granatowy Jeep Liberty. Podeszłam do niego i pogładziłam dłonią karoserię, w której odbijało się światło księżyca. Rhett musiał go niedawno nawoskować. Otworzyłam drzwi i wślizgnęłam się do środka, a następnie podwyższyłam fotel i położyłam dłonie na skórzanej kierownicy. Głęboki oddech i znajomy zapach natychmiast pomogły mi się rozluźnić.

Tęskniłam za tobą, staruszku.

Wreszcie odnalazłam resztkę moich zdrowych zmysłów.

Delikatnie pocałowałam kierownicę i wyszłam na zewnątrz. Idąc w kierunku domu, w oknie salonu dostrzegłam przytłumione światło lampy, co oznaczało, że dziadkowie jeszcze nie spali.

Ostrożnie otworzyłam drzwi i cicho zamknęłam je za sobą.

- Co tak wcześnie? – usłyszałam głos babci. Gdy weszłam do dużego pokoju, zobaczyłam, że siedziała na swoim ulubionym krześle, czytając jedno z tych jej romansideł z amiszami w roli głównej.

- Kilka osób musiało już wracać do domu – mruknęłam, opadając bezwładnie na kanapę, na której oprócz mnóstwa kurzu znajdowała się również spora ilość psiej sierści. Nie minęło dużo czasu, jak dołączył do mnie Rocky. Pełne wyrzutu spojrzenie jego orzechowych ślepiów wyraźnie dawało do zrozumienia, że właśnie zajęto jego miejsce i wcale go ten fakt nie cieszy. Patrząc na niego, poczułam dziwny ucisk w sercu i mimowolnie wróciłam myślami do momentu, kiedy po raz ostatni widziałam Embry'ego w wilczej formie. Jego oczy wyglądały dokładnie tak samo...

Rozprostowałam nogi i poklepałam je w zachęcającym geście. Pies nie zwlekał długo i po chwili na moich kolanach wylądowało osiemdziesiąt funtów.

- Hm... – mruknęła znienacka babcia. Nie miałam pojęcia, czy była to opóźniona reakcja na moją odpowiedź, na Rocky'ego na kanapie czy na wydarzenia w czytanej przez nią książce. Wkrótce przewróciła kartkę i wydała z siebie przeciągłe westchnienie. Ciekawe, co aż tak zajmującego mogło się dziać w tych romansach o amiszach. Najbardziej sprośne zachowanie ich dziewcząt to zapewne zdjęcie skarpetek.

Znowu przypomniało mi się Forks i noc spędzona z Embrym, podczas której miał na sobie jedynie szorty...

Przytuliłam się mocno do Rocky'ego – mojego prywatnego, futrzanego kocyka ochronnego – i oparłam głowę o jego szyję. Niespodziewanie obrócił się i polizał mnie w ucho, przez co lekko się uśmiechnęłam. Nie pachniał lasem, tylko suchą kukurydzą i mokrym błotem, więc prawdopodobnie wrócił niedawno z jednej ze swoich wypraw nad staw.

- Idę spać – powiedziałam. – Złaź – zwróciłam się do psa, który posłusznie zeskoczył na podłogę.

- Słodkich snów, skarbie – odparła babcia, uśmiechając się do mnie znad okładki swojej powieści.

Poklepałam nogę i Rocky pobiegł za mną do mojego pokoju. Radosnym machaniem ogona chyba dawał znak, że cieszy się, iż wreszcie poświęciłam mu trochę uwagi, bo od powrotu z Forks jeszcze ani razu się nim nie zainteresowałam.

Podczas gdy ja przebywałam w łazience, myjąc zęby i twarz oraz przebierając się w piżamę, on wskoczył na łóżko i bezceremonialnie się rozgościł. Kiedy wróciłam, leżał rozwalony na pościeli, pochrapując cicho.

- Uciekaj – mruknęłam, trącając go, by się obudził. Popatrzył na mnie przez sekundę i z powrotem opuścił łeb. Jęknęłam z rezygnacją i popchnęłam go lekko, by zrobić sobie na tyle miejsca, żeby móc wślizgnąć się pod kołdrę.

Leżąc w łożku z Rockym u boku, westchnęłam cicho. Nie był tak ciepły jak Embry, ale jego towarzystwo podnosiło mnie nieco na duchu. Czułam pod ramieniem delikatne bicie jego serca, a to regularne pulsowanie stopniowo wprowadzało mnie do krainy snów...

Obudziłam się w chwili, gdy czyjeś pazury zaczęły drapać mój brzuch. Tuż po tym odniosłam dziwne wrażenie, że znajduję się w powietrzu. Wkrótce z hukiem zleciałam z łóżka i zaklęłam szpetnie, jednak gdy tylko zobaczyłam zaskoczoną minę Rocky'ego, natychmiast się roześmiałam.

Poza bólem w żebrach dręczyło mnie teraz bonusowe łamanie w krzyżu, które wywołało zapewne kilkugodzinne wiercenie się przez psa, ale warto było się poświęcić. Dzięki futrzanemu, ochronnemu kocykowi przespałam spokojnie całą noc. Zerknęłam na zegarek i okazało się, że do włączenia się alarmu budzika pozostało zaledwie pięć minut. Zdecydowałam, że nie warto już się kłaść i podniosłam się, aby go wyłączyć.

Przy moich rutynowych, porannych czynnościach towarzyszył mi Rocky, drepczący za mną tak, jakby ciągle był małym szczeniaczkiem. Nie oczekiwałam ze zbytnim entuzjazmem pójścia do szkoły. Nowoczesna technologia umożliwiła plotkom jeszcze szybsze rozprzestrzenianie się i najprawdopodobniej cała szkoła wiedziała już o tym, co się wczoraj wydarzyło. Cholera, pewnie nawet nauczyciele też już wiedzieli, że uderzyłam Ronny'ego... Przez krótki moment zastanawiałam się, czy wszystko z nim w porządku, ale prędko uznałam, że nie powinnam za bardzo się nad tym rozwodzić.

Moje samopoczucie uległo lekkiej poprawie, gdy znalazłam się na dworze i zobaczyłam swojego jeepa. Weszłam do środka i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Chwilę słuchałam cichych pomruków silnika, a następnie włączyłam radio i wyjechałam na główną drogę.

- O, odzyskałaś swoje auto – skomentowała Katie, kiedy spotkałyśmy się na parkingu.

- Tak, stało przed domem, gdy wróciłam do domu wczorajszego wieczoru – odparłam. – Rhett musiał je tam postawić.

Katie skinęła głową, przygryzając wargę. Robiła to zawsze, gdy chciała zachować coś dla siebie, jednak tym razem chyba nie była w stanie w stanie się powstrzymać, bo po chwili zapytała:

- Więc... co cię wczoraj tak nagle napadło?

- Nie tak całkiem nagle – odpowiedziałam w zamyśleniu. – To raczej powoli we mnie dojrzewało. – Spojrzałam na nią. – Miałam ogromne wyrzuty sumienia po całowaniu się z Ronnym na ognisku.

Przez moment Katie milczała.

- A o co chodziło z tym rzuceniem się na czterdziestoletniego faceta?

- Po prostu pomyliłam go z kimś, kogo poznałam w Forks – westchnęłam.

- Pomyliłaś go z nim, prawda?

Zatrzymałam się gwałtownie. Dziewczyna zrobiła to samo i stanęła tuż przede mną, patrząc mi prosto w oczy.

- Z kim? – spytałam.

- Z nim – powtórzyła. – Z tym kolesiem, który cię skrzywdził, co najwidoczniej nie do końca jeszcze do ciebie dotarło.

- Nie zrobił tego specjalnie, Katie...

- Ach, więc mam rację. – Wykrzywiła wargi w lekkim uśmiechu. – Przecież nie twierdzę, że zrobił to specjalnie. Po prostu powtarzam to, co wcześniej usłyszałam.

- Miałam nadzieję, że chociaż ty nie uwierzysz w głupie plotki – warknęłam i odwróciłam się, ale złapała mnie za ramię.

- Bo nie wierzę – zapewniła łagodnie. – I chcę poznać prawdę. Tylko że wydajesz się nie chcieć mi jej wyjawić.

- Nie mogę ci opowiedzieć całej historii, Katie. Proszę, zrozum to.

- A możesz mi przynajmniej powiedzieć, jak ten chłopak ma na imię? Czy może chroni go jakieś specjalne prawo i nikt nie może tego wiedzieć?

Pokręciłam głową w reakcji na tę dowcipną uwagę.

- Ma na imię Embry.

- Dobrze, to już jest coś. A teraz kolejne pytanie: czy był twoim chłopakiem?

Zawahałam się. Określenie „chłopak" wydało mi się niezbyt trafne.

- Coś w tym stylu.

- To kim dla siebie byliście? Partnerami do łóżka?

Moja szczęka opadła o parę centymetrów.

- Boże, Katie, nie! Nic z tych rzeczy! Po prostu... byliśmy dla siebie kimś więcej niż tylko „chłopakiem" i „dziewczyną".

- Ciągle nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

Westchnęłam.

- Bo to jest właśnie ta część historii, której nie mogę ci opowiedzieć.

Brwi Katie uniosły się.

- W porządku. A macie ze sobą jakiś kontakt?

- Nie – przyznałam cicho. – Nie widziałam go od czasu, gdy wyjechałam z Waszyngtonu.

To była częściowo prawda. Przecież gdy całowałam się z Ronnym, nie widziałam go tak naprawdę.

- I tęsknisz za nim.

- Czy to kolejne pytanie?

Ponownie przygryzła wargę.

- Najwyraźniej nie.

Spojrzałam jej w oczy i coś we mnie drgnęło. To było takie wspaniałe uczucie wreszcie z kimś o tym porozmawiać, z kimś, kto przynajmniej próbował mi współczuć. Nikt wcześniej – ani moi rodzice, ani brat, ani znajomi z Forks – nie starał się nawet zrozumieć tego, co łączyło mnie z Embrym.

Nie potrafiłam dłużej powstrzymywać łez, które zaczęły spływać po moich policzkach. Katie mnie przytuliła, a ja natychmiast odwzajemniłam uścisk.

- Tak mi przykro, Dix. Gdybym tylko wiedziała, jak ci pomóc...

Sprowadź Embry'ego, chciałam powiedzieć, ale to akurat było raczej niemożliwe. Nie miałam pojęcia, czy ciągle przebywał w Waszyngtonie, czy może podróżował po innych Stanach. Ta nieświadomość raniła mnie chyba najbardziej. Embry mógł być dwieście mil albo dwie stopy stąd, a ja o tym nie wiedziałam.

Ukryłam głębiej twarz w ramieniu Katie i więcej łez popłynęło z moich oczu.

W pewnym momencie zabrzmiał dzwonek na lekcje i dziewczyna lekko się spięła. Odsunęłam się od niej niechętnie.

- Idź do klasy. Nic mi nie będzie.

- A ty dokąd masz zamiar iść? – zapytała ze szczerą troską w głosie.

- Pojeżdżę trochę po okolicy. Wiesz, aż się uspokoję.

Uśmiechnęła się lekko.

- Okej. To w takim razie zobaczymy się później.

Odprowadziłam ją wzrokiem, po czym ruszyłam w stronę swojego auta. Weszłam do środka i zablokowałam drzwi. Oparłam głowę o kierownicę i łzy znowu zaczęły skapywać na moje kolana. Czy ten problem kiedykolwiek się rozwiąże?

Znienacka cos przykuło moją uwagę. Wyprostowałam się i rozejrzałam dookoła. Odniosłam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i wcale mi się to nie spodobało.

Uruchomiłam silnik i opuściłam parking znacznie szybciej niż pozwalało na to ograniczenie prędkości, po czym bez zastanowienia ruszyłam przed siebie. Zerknąwszy na wsteczne lusterko, dostrzegłam jeszcze coś niezwykle niepokojącego.

Rozmazany, rudy kształt przemknął przez drogę i zniknął w dojrzałych łanach kukurydzy.