Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 29
Moje serce waliło jak oszalałe, a przez żyły przemknął strach. Rozum automatycznie podsunął mi trzy wyjaśnienia tego, czym mógł być tajemniczy, rudy błysk – w grę wchodzili: kosmita, zmutowany lis i Donovan. Spośród tych absurdalnych opcji trzecia wydała się najbardziej prawdopodobna, więc przycisnęłam mocniej pedał gazu, bezmyślnie przekraczając limit prędkości o jakieś trzydzieści mil.
Strach i szok całkowicie mną zawładnęły, przez co w ogóle nie zwracałam uwagi na to, gdzie tak właściwie jechałam. Przemierzałam kręte drogi, od czasu do czasu omijając martwe zwierzęta i dziury w asfalcie. Prawdopodobnie mój instynkt kierował mnie do możliwie najbezpieczniejszego miejsca, czyli...
...domu Rhetta?
Zwolniłam i zaparkowałam na podjeździe, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze robię. Jeśli coś, cokolwiek by to nie było, mnie śledziło, to właśnie przyprowadziłam to prosto do mieszkania mojego niewinnego brata.
Bardzo mądrze, Dixie, naprawdę bardzo mądrze.
Westchnęłam, kładąc głowę na kierownicy. Silnik jeepa pomrukiwał cicho, lecz poza tym panowała cisza. Nie całkowita, ale miła. Odprężająca.
- Dixie?
Podskoczyłam jak oparzona i rozejrzałam się dookoła. Tuż przy aucie stał Rhett, niepróbujący nawet ukryć swojego zdziwienia.
- Co ty tutaj robisz?
Wyłączyłam silnik i otworzyłam drzwi, usiłując wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Nie wyszło.
- Rozkleiłam się w szkole, więc postanowiłam zrobić sobie wolne.
- Rozkleiłaś się? Dixie, wszystko okej?
Do oczu znowu napłynęły mi łzy i przełknęłam ślinę. Przygryzłam wargę, starając się je powstrzymać, ale ostatecznie załkałam cicho i Rhett westchnął, obejmując mnie.
- Wejdźmy do środka.
Ciągle z ramieniem brata na szyi, ruszyłam z nim w stronę domu.
- Dzięki, że nawoskowałeś mojego jeepa – szepnęłam, zanim zdążyłam o tym zapomnieć.
Zaśmiał się serdecznie.
- Nie ma za co.
Kiedy otworzył drzwi, które skrzypnęły cicho, uderzył mnie zapach cedru i strzelniczego prochu. Po przyborach do czyszczenia broni, leżących na stole w jego małej kuchni, odgadłam, że przeszkodziłam mu w pielęgnowaniu jego broni.
- Dobra, Dix, teraz mów, co cię gryzie.
Wyciągnął dla mnie krzesło i usiedliśmy naprzeciwko siebie, przez poczułam się jak na jakimś przesłuchaniu. Nie wiedziałam, czy powinnam wyznać prawdę, czy wymyślić coś na poczekaniu. Jeśli wybrałabym to pierwsze, to Rhett zapewne momentalnie stałby się agresywny, bo po wysłuchaniu kłamstw na temat Embry'ego, jakich naopowiadali mu rodzice, nie darzył go ani krztyną sympatii.
- Wiesz, stres i takie tam – skłamałam. Brzmiało to całkiem sensownie. Naprawdę doświadczyłam ostatnio mnóstwa stresu, choć i tak stanowił on niewielką część moich prawdziwych problemów.
- Nienawidzę stresu – odparł współczująco, podchodząc do lodówki. Wyjął z niej piwo dla siebie i butelkę wody dla mnie, po czym usunął kapsel i z namysłem wziął dużego łyka. – Wiesz, co robię, kiedy to mnie dopada stres? – spytał, z powrotem siadając obok mnie i opierając się o stół.
- Strzelasz?
Otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz się zawahał.
- No... to też. Ale co jeszcze?
Mimowolnie wygięłam usta w lekkim uśmiechu.
- No co?
Wskazał na mnie palcem.
- Jadę na kemping. W ten weekend. A ty ze mną. Nie byliśmy na kempingu od wieków, Dix! A co najfajniejsze, tym razem mama i tata nie będą wisieć nam nad głowami!
Zaśmiałam się w reakcji na jego entuzjazm, godny dziesięcioletniego chłopca.
- W ten weekend? – powtórzyłam.
- No tak. Wybierzemy w góry.
Pomyślałam o Appalachach. Byłam w nich zaledwie parę razy, lecz dobrze zapamiętałam ich niewiarygodnie falisty krajobraz. Praktycznie ciągle przemierza się tam jakieś pagórki, idąc na zmianę w górę lub w dół, a na dodatek cały teren, za wyjątkiem dolin rzecznych, zajmuje las. Drzewa są tak wysokie, że zasłaniają niebo. Tak jak w Forks.
- Oczywiście jeśli nie masz nic ciekawszego do roboty, niż wycieczki ze starszym bratem.
Rhett odwrócił wzrok, udając rozczarowanego.
Nie potrafiłam teraz wymyślić niczego lepszego, co mogłabym w najbliższym czasie zrobić. Poza tym istniała szansa, że przebywanie w cichym lesie pomoże mi się uspokoić i sprawi, że poczuje się tak, jakbym znalazła się bliżej Embry'ego.
- Przyjmuję propozycję, Rhett – zgodziłam się w końcu, przywołując na twarz mój najszerszy uśmiech.
- Bombastycznie – odparł wesoło, podnosząc rękę, bym mogła przybić mu piątkę. Chichocząc, uderzyłam dłonią w jego dłoń. – Dobra, a teraz kolejna sprawa: zamierzasz zerwać się na cały dzień? – spytał, raptownie poważniejąc... No cóż, przynajmniej na tyle, na ile mój brat był w stanie spoważnieć. – Bo jeśli tak, to chyba powinienem zadzwonić do szkoły i powiedzieć, że jesteś chora albo cos w tym rodzaju.
Mój humor poprawił się do tego stopnia, że przez sekundę chciałam oznajmić, że nie musi tego robić, jednak szybko przypomniałam sobie niezidentyfikowany, rudy błysk i zmieniłam zdanie.
Rhett wyjął z kieszeni swój telefon i z obojętnym wyrazem twarzy wykręcił odpowiedni numer, po czym nakłamał, że nagle zachorowałam. O dziwo, uwierzono mu.
- Nie musisz iść do pracy? – spytałam, uświadomiwszy sobie, która godzina.
- Ostatnio mamy tam lekki zastój i chyba nikt nie będzie miał nic przeciwko, żebym wziął sobie wolne.
- Nie musisz tego robić. Poradzę sobie sama.
Zerknął na mnie kątem oka.
- Jesteś pewna?
- Absolutnie absolutystycznie pewna.
Jeśli Donovan wpadnie z wizytą, to przynajmniej Rhett będzie bezpieczny.
- W porządku – odpowiedział i szturchnął mnie zaczepnie w ramię. – Zobaczymy się później. A, i nie wyjedz mi wszystkiego z lodówki.
- O nieeeeee... – jęknęłam z udawanym rozczarowaniem. Choć wyszedł już na zewnątrz, usłyszałam jego donośny śmiech.
I zostałam sama. Wraz z samotnością nadeszły rozmyślania. A potem desperacja...
I znowu znalazłam się w punkcie wyjścia.
Rhett odebrał mnie ze szkoły po zakończeniu piątkowych zajęć i od razu wyjechaliśmy w góry. Bardzo się ucieszyłam, gdy wkrótce znaleźliśmy się pod baldachimem utworzonym z koron drzew. Na nadchodzącą noc zapowiadano burzę i choć mój brat modlił się o to, by nie padało, ja odczuwałam na tę myśl jeszcze większe szczęście.
Większość turystów zatrzymywała się w drewnianych domkach do wynajęcia, więc pole namiotowe mieliśmy praktycznie dla siebie i bez problemu znaleźliśmy dobre miejsce w pobliżu szlaku, który prowadził nad jezioro.
- Już wiem, od czego zaczniemy jutrzejszy dzień – uśmiechnął się Rhett. – Tylko najpierw musimy sobie załatwić jakąś przynętę..
Uwielbiałam to dziwne uczucie towarzyszące wyprawie na kemping. Odnosiło się wrażenie, że można robić tyle różnych rzeczy, a na dodatek ma się na to całą wieczność. Nieważne, że chciało się jedynie posiedzieć przy ognisku ze swoim bratem. To też było perfekcyjnie akceptowalne.
Rhett i ja położyliśmy się spać o całkiem przyzwoitej porze. Wczesnym rankiem planowaliśmy wybrać się nad jezioro, więc po powrocie z wypełnionego owadami prysznica natychmiast wślizgnęłam się do swojego śpiwora, by zaznać odpowiedniej porcji odpoczynku.
Nie minęło dużo czasu, jak w płótno namiotu zaczął bębnić deszcz. Leżący obok Rhett jęknął głośno, lecz wkrótce po tej oznace niezadowolenia usłyszałam jego chrapanie. Ja wolałam zachować swoje emocje dla siebie.
Po chwili zaczęłam myśleć o jutrze. Perspektywa ponownego ujrzenia leśnego baldachimu z drzew przyprawiała mnie o dreszcze. Nie mogłam się również doczekać, aż zobaczę je pokryte mchem i świeżymi kroplami deszczu. Może nawet będzie grzmiało...
Czy nie brzmiałam nieco żałośnie?
Wkrótce w mojej głowie pojawił się Embry. Ciekawe, gdzie w tej chwili przebywał i co właśnie robił. Ta niewiedza wywołała u mnie dziwne ukłucie. Chciałam, by był ze mną teraz, tak samo jak w Forks. Moglibyśmy siedzieć na dworze tak jak wtedy, rozmawiać o różnych rzeczach albo po prostu spędzić noc w moim śpiworze, obejmując się nawzajem.
Zacisnęłam zęby, bo ból stał się wyrazistszy.
Pragnęłam tylko usłyszeć jego głos, wiedzieć, czy wszystko z nim w porządku lub chociaż zobaczyć go z daleka, całego i zdrowego. Wtedy by mi sie polepszyło... może.
Te smętne rozmyślania przerwał znienacka szelest liści. Zamarłam i zaczęłam nasłuchiwać. Pośród odgłosów mżawki dało się wyłapać tupot czyichś stóp, zbyt delikatny, by to zwykły człowiek mógł być jego źródłem.
Embry.
Oczywiście to imię jako pierwsze przyszło mi na myśl. Pospiesznie wyszłam więc ze śpiwora i cichaczem wymknęłam się z namiotu, wkraczając w ciemność.
- Embry? – wyszeptałam, oddalając się stopniowo od namiotu. Tupot stóp dochodził z coraz bliższej odległości. – Em...
Zanim zdążyłam dokończyć słowo, ktoś zakrył mi usta ręką i objął w talii, przyciskając do swojego twardego, zimnego ciała.
Po chwili usłyszałam w uchu delikatny szept:
- Tylko nie waż się krzyczeć.
