Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Poniższy rozdział tłumaczyła marta_potorsia.
ROZDZIAŁ 31
Zaciskałam dłonie na delikatnych włosach Embry'ego, a w ustach miałam jego słodki oddech. Jego szorstkie ręce były opiekuńczo owinięte wokół mnie, przyciągając mnie bliżej. Nagle poczułam głęboki śmiech w jego klatce piersiowej.
- Co? – spytałam, odsuwając się i uśmiechając.
Potrząsnął głową, a dłoń delikatnie przycisnął do mojego policzka.
- Po prostu przypomniałem sobie pierwszy raz, kiedy mnie pocałowałaś.
Zarumieniłam się, przez co znów się zaśmiał. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej i westchnęłam, mocno go obejmując. Dziwnie się czułam. Z każdym uderzeniem serca spodziewałam się zwykłego bólu, ale ten nie nadchodził. Znów byłam kompletna.
- Nigdy nie pozwolę ci odejść – zapowiedziałam.
Poczułam, jak pocałował czubek mojej głowy.
- Nigdy nie odejdę.
- Co teraz? – spytałam w jego klatkę piersiową.
Westchnął.
- Naprawdę nie wiem, Dixie.
Spojrzałam do góry na niego; gapił się na mnie tymi głębokimi orzechowymi oczami. Już nie było w nich bólu, tylko szczęście, tak jak w moim sercu.
- Po prostu ucieknijmy.
Krótko się zaśmiał.
- Tak, bo to wypali. Powinnaś skończyć liceum, nie uważasz?
- Ty nie skończyłeś – wytknęłam.
- Owszem, ale miałem swoje powody. - Uważam, że dla mnie ty jesteś wystarczającym powodem.
Uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Coś wymyślimy.
Obniżył się i lekko pocałował mnie w czoło, następnie w nos i usta. Jakimś cudem ten delikatny pocałunek nawet bardziej wywrócił mi w głowie. Automatycznie ponownie owinęłam ręce wokół jego szyi.
- Co się tutaj, do diabła, dzieje?
O cholera.
Szybko w szoku odsunęłam się od Embry'ego i zdałam sobie sprawę, że praktycznie byłam na nim uwieszona. Kiedy spostrzegłam brata, zastygłam z przerażenia. Stał kilka kroków dalej, mając na sobie tylko parę dżinsów; w dłoni trzymał dubeltówkę wycelowaną prosto w Embry'ego.
Skąd on miał broń? Co ja mu mówiłam? Prawdopodobnie trzymał ją w swoim aucie.
- Kim, do cholery, jesteś i podaj mi choć jeden dobry powód, dla którego miałbym nie odstrzelić ci teraz tyłka. – Spojrzał na mnie i powiedział: – Dixie, chodź tutaj.
- Nie! – wrzasnęłam na niego, stając przed Embrym. – Nie strzelaj do niego!
Embry zasłonił mnie swoim ciałem w opiekuńczym geście. Chciałam prześlizgnąć się pod jego ramieniem, ale poniosłam klęskę.
- Cześć – powiedział Embry zadziwiająco spokojnym głosem. Wyciągnął rękę na powitanie. - Nazywam się Embry. Poznałem Dixie w Waszyngtonie.
Mój brat po prostu gapił się na wyciągniętą dłoń Embry'ego, który cofnął ją na widok poczerwieniałej z wściekłości twarzy Rhetta.
- To ty jesteś Embry?
Wilkołak powoli przytaknął.
- Ty jesteś sukinsynem, który skrzywdził moją siostrzyczkę? – Nagle naładował broń.
Wychyliłam się zza ramienia Embry'ego i wypadłam przed niego.
- Nie, Rhett, to był wypadek! Proszę, uwierz mi!
Rhett patrzył na mnie nieustępliwie. Embry znów odsunął mnie sprzed siebie.
- Jesteś tym idiotą, który skrzywdził moją siostrę?
- Rhett, to był wypadek!
Nie słuchał. Embry wolno przytaknął.
- Tak, ale…
Nie dokończył zdania, bo wystrzał głośny jak błyskawica przeszył powietrze, wolno odbijając się od drzew. Dym zaczął wydobywać się z końcówki lufy w momencie, w którym Embry sapnął.
- Embry! – zapłakałam, gdy jego kolana się ugięły. Bezużytecznie wyciągnęłam ręce się w jego kierunku, gdy się zatrząsł i upadł na ziemię. – Embry! – zawołałam ponownie.
Embry zawył, łapiąc się za klatkę piersiową. Jego oddech się spłycił.
- Musimy zabrać cię do lekarza! – wykrzyczałam. – Rhett, odpalaj wóz!
- Po co? – Uśmiechał się szyderczo, wciąż trzymając broń. – Zostawmy tu drania.
- Kocham go, Rhett! – zapłakałam; łzy spływały po mojej twarzy, gdy trzymałam głowę Embry'ego w swoich rękach. Kiedy z trudem zakaszlał, moje serce przełamało się na kawałki i miałam problemy z oddychaniem.
- Proszę, Rhett.
Mój brat obserwował, jak głaskałam twarz Embry'ego, który ponownie jęknął. Bez słowa odwrócił się w stronę auta. Z powrotem skupiłam uwagę na Embrym i usłyszałam przytłumiony odgłos odpalanego silnika.
- Wszystko będzie dobrze – wymruczałam przez łzy. – Zabierzemy cię do lekarza.
Embry ponownie zaczął kaszleć, tym razem z krwią. Wymamrotał coś, czego nie mogłam zrozumieć.
- Nic nie mów – poprosiłam.
- Carlisle – wychrypiał.
- Kto?
- Cullen – odezwał się chrapliwie, a jego oczy lekko się przymknęły. – Ściągnij Carlisle'a.
- Jak? – zastanawiałam się na głos.
Embry znów spróbował mówić, ale wypluł więcej krwi.
- Cii... Znajdę sposób.
- Nie mogę iść do zwykłego lekarza – wydyszał.
- Embry, zginiesz, jeśli nie zabiorę cię do szpitala.
Najwyraźniej było mu coraz ciężej oddychać, przez co moje serce zaczęło się powiększać.
- Będzie mógł wstać czy musimy go nieść? – spytał Rhett, stojąc kilka metrów dalej. – Dlaczego nie możemy iść do normalnego lekarza?
- Bo on potrzebuje specjalnego, ma pewne… problemy – odpowiedziałam pospiesznie, podczas gdy Embry spróbował usiąść, co tylko nasiliło kaszel. – Embry, połóż się!
Embry mnie zignorował. Gdy podniósł się na nogi i się na mnie wsparł, Rhett ruszył w naszą stronę, aby pomóc.
Usiadłam na tylnym siedzeniu, a Embry położył się tam z głową na moich kolanach. Wyciągnęłam, telefon i przejrzałam listę kontaktów, gdy Rhett odjeżdżał z kempingu. Znalazłam numer Stacy i zadzwoniłam. Nie rozmawiałam z nią, odkąd opuściłam Waszyngton i nie miałam pojęcia, co może powiedzieć.
- Słucham? – Usłyszałam jej nieśmiały głos po drugiej stronie linii.
- Cześć, Stacy, tu Dixie.
- Dixie? – wykrzyczała. – O mój Boże! Tęskniłam za tobą! Tak mi przykro, że odesłali cię do Kentucky.
- W porządku, Stacy – uspokoiłam ją. – Dzwonię, bo potrzebuję numeru doktora Cullena.
- Doktora Cullena? – spytała. – Po co ci on?
Westchnęłam.
- Po prostu…naprawdę go potrzebuję. Proszę.
- Okej, poczekaj. – Usłyszałam przytłumione dźwięki i potem z powrotem jej głos: – Potrzebujesz jego domowego numeru?
- Tak, pewnie będzie dobry. – Wyrecytowała mi ciąg cyferek, a ja szybko go zapisałam. – Dziękuję, Stacy.
Szybko się rozłączyłam.
- Z lekarzem musi rozmawiać Carlisle – wydyszał Embry.
- Okej – zgodziłam się, głaszcząc go po policzku. – Wszystko będzie w porządku.
Zamknął na moment oczy.
- Kocham cię, Dixie.
Chwilę później Rhett wjechał w jakąś dziurę. Embry zawył z bólu.
- Sza... – Pocałowałam go w czoło. – Kocham cię, Embry. Wyjdziesz z tego, wiem, że tak.
Embry ponownie zamknął oczy i westchnął, zanim wypluł więcej krwi. Przygryzłam wargę, starając się powstrzymać płacz. Dopiero co go odzyskałam, a teraz mogłam stracić go na zawsze. Ponownie pogłaskałam twarz Embry'ego i westchnęłam, zastanawiając się, czy to ostatnie chwile, które spędzamy razem.
