Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 32

Kiedy wjechaliśmy na parking, w powietrzu wisiała gęsta mgła. Strzęp ubrania, który przyciskałam do rany Embry'ego, zdążył już przesiąknąć lepką krwią. Przez całe dwadzieścia minut jazdy do najbliższego szpitala miał ogromne problemy z oddychaniem. Co jakiś czas dostrzegałam z przerażeniem, jak z bólu wywracał oczy do góry. Kula trafiła w jego prawy bark. Wróciwszy myślami do fizjologii człowieka, spróbowałam przypomnieć sobie, jakie ważne narządy znajdują się w tej okolicy. Nie wiedziałam, czy pocisk wbił się wystarczająco nisko, by przebić mu płuco, czy nie, jednak fakt, że kaszlał krwią, nie wróżył niczego dobrego. W momentach takich jak ten żałowałam, że nie poświęcałam większej uwagi lekcjom biologii.

Embry nie chciał, żebyśmy poszli po nosze. Upierał się, że wejdzie do szpitala o własnych siłach, chociaż nie miałam pojęcia, czemu tak bardzo na to nalegał.

- Co się stało? – zapytała recepcjonistka w izbie przyjęć.

- Przypadkowe postrzelenie – wyjaśniłam, zerkając ukradkiem na Rhetta. Odwrócił wzrok.

Odkąd znaleźliśmy się w szpitalu, Embry wydawał się jeszcze bardziej spięty. Bez przerwy rozglądał się dookoła i wzdragał za każdym razem, gdy ktoś obok niego przechodził.

- Zadzwoń do Carlisle'a – wychrypiał do mnie, kiedy zajęły się nim pielęgniarki.

- Dostał gorączki – mruknęła jakaś siostra do drugiej.

- To jego zwykła temperatura ciała – wtrąciłam, dotykając jego twarzy i sięgając po swój telefon. Embry jęknął cicho z bólu i frustracji.

Pielęgniarka popatrzyła na mnie kątem oka, nie przerywając pracy. Szybko wykręciłam numer, który zapisałam na serwetce, modląc się w duchu, żeby okazał się właściwy. Czekając na odpowiedź, rozejrzałam się po pomieszczeniu i nigdzie nie zauważyłam Rhetta. Pomyślałam o tym, że przez całą drogę był nienaturalnie cichy, lecz nie miałam czasu dłużej się nad tym zastanowić, ponieważ ktoś w końcu odebrał.

- Halo? – usłyszałam czyjś melodyjny głos.

- Cześć – odpowiedziałam machinalnie. – Um... Czy zastałam doktora Cullena?

- Chwileczkę – odparła dziewczyna, po czym w słuchawce rozległy się jakieś trzaski, które zdradzały, że podawała telefon komuś innemu.

- Mówi doktor Cullen.

- Dzień dobry, tu Dixie... – Wzdrygnęłam się razem z Embrym, gdy pielęgniarka dezynfekowała mu ranę. – Wpojenie Embry'ego.

- Dzień dobry, Dixie, w czym mogę ci pomóc?

- Embry został ranny. Postrzelono go, więc zabraliśmy go do szpitala, bo uważam, że przyda mu się specjalistyczna pomoc. Embry chce, żeby porozmawiał pan z lekarzem.

- Tak, to z pewnością dobry pomysł. Daj mi go do telefonu.

Obrzuciłam spojrzeniem zebranych. – Um... Kto z państwa jest lekarzem?

Parę pielęgniarek popatrzyło na mnie ze zdziwieniem. – Ja – odezwał się zza moich pleców czyjś głęboki głos. Do pomieszczenia wszedł właśnie jakiś mężczyzna, który pospiesznie oceniał sytuację. – Jestem doktor Oudman.

Wyciągnęłam ku niemu moją komórkę. – Lekarz Embry'ego musi z panem porozmawiać.

Doktor skinął głową i wziął ode mnie telefon. Pielęgniarka delikatnie położyła dłonie na moich ramionach. – Skarbie, będziemy musieli cię poprosić, żebyś wyszła.

Zalała mnie fala paniki. – Nie – odmówiłam, mocniej ściskając rękę Embry'ego. Popatrzył na mnie rozgorączkowanymi oczami.

- Przykro mi, ale nie możesz tutaj zostać. Usiądź sobie w poczekalni, a my będziemy cię informować, co się dzieje.

- Nie skrzywdźcie go – poprosiłam, nie myśląc zbyt jasno, kiedy wyprowadzano mnie z pokoju. Nim znalazłam się na korytarzu, poza przepełnionymi bólem oczami Embry'ego dostrzegłam jeszcze, że doktor Oudman wpatrywał się w moje wpojenie ze skrajnie przerażonym wyrazem twarzy.

W poczekalni zastałam Rhetta, który sprawiał wrażenie zawstydzonego; siedział na ławce z łokciami opartymi o kolana, obejmując dłońmi głowę. W ciszy podeszłam do niego i zajęłam miejsce obok.

Westchnąwszy, popatrzył na mnie. – Naprawdę go kochasz?

- Całym sercem – potwierdziłam, gładząc Rhetta po ramieniu. Zabawne. Można by pomyśleć, że po tym wszystkim będę wściekła na mojego kretyńskiego brata albo nawet go znienawidzę. Ale ja czułam jedynie litość. Próbował chronić mnie przed nieistniejącym zagrożeniem.

Ze zmęczeniem przetarł twarz. – Dixie – odezwał się, spoglądając na mnie surowo swoimi brązowymi oczami – co tak naprawdę przytrafiło ci się w Waszyngtonie? Dlaczego Embry nie może chodzić do normalnego lekarza? I przede wszystkim jakim w ogóle cudem znalazł się w tym samym lesie, w którym biwakowaliśmy, kiedy powinien przebywać wiele mil stąd? Chcę prawdy.

Przygryzłszy wargę, odparłam: - W Waszyngtonie przytrafiło mi się mniej więcej coś takiego: najpierw Embry ocalił mnie przed pewnym niebezpieczeństwem, potem oboje przewróciliśmy się i spadliśmy z klifu prosto do oceanu, a na koniec Embry znowu mnie uratował, tym razem przed utonięciem. A jest tu dlatego, bo nie potrafił beze mnie żyć, tak samo jak ja nie potrafię żyć bez niego.

- A czemu nie może leczyć go zwykły doktor?

- Och, zwykły doktor może go leczyć, tyle że wymaga to specjalnego przygotowania. – Rhett rzucił mi mordercze spojrzenie, na co odpowiedziałam półuśmiechem. – To nie jest mój sekret. Nie posiadam upoważnienia do zdradzenia go komukolwiek.

Rhett westchnął po raz kolejny i przeczesał palcami włosy; chyba przymierzał się do powiedzenia czegoś więcej, ale przeszkodziło mu w tym otworzenie się drzwi. Z sąsiedniego pomieszczenia wyłonił się doktor Oudman, którego twarz bez wątpienia wyrażała szok. Usiadłszy na krześle naprzeciwko nas, lekarz przez chwilę milczał. – Nigdy wcześnie nie miałem do czynienia z podobnym przypadkiem. Domyślam się, że wiecie dlaczego, prawda?

- Tylko ja wiem – uściśliłam.

Doktor Oudman zerknął na Rhetta. Nie wygłosiwszy żadnego komentarza, zwrócił mi mój telefon komórkowy i kontynuował: - Doktor Cullen i ja odbyliśmy rozmowę na temat... stanu naszego pacjenta. Bez obaw, zobowiązano mnie do dyskrecji i planuję ją zachować. Tajemnica lekarska. – Parsknął śmiechem z własnej uwagi, po czym ciągnął: - Kula trafiła w lewy bark Embry'ego i drasnęła ścianę płuca, powodując dość mocny krwotok wewnętrzny, lecz doktor Cullen uważa, że to obrażenie zagoi się samoistnie. – Doktor Oudman pokręcił głową. – Nie brzmi to właściwie, ale zdaje się, że nic nie mogę zrobić. Doktor Cullen zapewnił mnie, że należy jedynie oczyścić i zabezpieczyć ranę. Powiedział również, że na Embry'ego nie podziałałby żaden anestetyk, gdybyśmy próbowali operować. Nalegam jednak, żeby w ciągu najbliższego tygodnia Embry jak najmniej się poruszał, dopóki jego płuco się nie zregeneruje. Doktor Cullen zasugerował, żeby chłopak wrócił do stanu Waszyngton, gdzie sam doktor Cullen będzie mógł sprawować pieczę nad jego rekonwalescencją.

Pokiwałam głową, przyjąwszy słowa lekarza do wiadomości. Embry musiał wrócić do La Push. Powinnam się tego spodziewać. Ale miałam nadzieję, że zostanie w tych rejonach trochę dłużej. No cóż, trzeba będzie znowu pożegnać się z moimi przyjaciółmi.

- Zawiozę go tam jeszcze dziś – oświadczyłam, ignorując przerażony wyraz twarzy Rhetta.

- W porządku. – Doktor Oudman skinął głową, podnosząc się. Ja również wstałam; Rhett poszedł w moje ślady. – W tym momencie pielęgniarka bandażuje ranę Embry'ego. Gdy skończy, wypuścimy go ze szpitala. Bardzo ważne jest to, aby dotarł do Waszyngtonu jak najszybciej.

- Rozumiem. – Uścisnęłam dłoń lekarza. – Dziękuję, doktorze Oudman.

Na jego twarzy mignął przelotny uśmiech. Następnie zaśmiał się. – Codziennie dowiadujemy się czegoś nowego, hę?

- Co też pan powie – odparłam, wzdychając z ulgą. Embry wyzdrowieje. Rzuciłam okiem na Rhetta; nie dało się odgadnąć, co działo się w jego głowie. Istniało spore ryzyko, że ściągnięcie Embry'ego do Forks okaże się znacznie trudniejsze, niż przypuszczałam. – Mogę go już zobaczyć?

- Tak, proszę za mną. – Doktor Oudman poprowadził nas korytarzem do jakiegoś pokoju, innego niż ten, w którym poprzednio przebywał Embry. Pielęgniarka zwinnie obwiązywała bandażem jego klatkę piersiową. Na mój widok Embry uśmiechnął się od ucha do ucha.

Użyłam całej siły woli, żeby powstrzymać się przed natychmiastowym podbiegnięciem do niego i rzuceniem mu się w ramiona. – Zabieram cię do Waszyngtonu – powiadomiłam go normalnym tonem, po czym dodałam tak cicho, że nikt w pokoju poza nim nie mógł mnie usłyszeć: - Ale potem nie zamierzam zostawiać cię tam samego. – Uśmiech Embry'ego stał się jeszcze szerszy.