Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 33
- Nie mogę ot tak pozwolić ci wyruszyć w drogę do Waszyngtonu, i to jeszcze na własną rękę – powiedział Rhett, kiedy szliśmy do jego furgonetki. Słońce dopiero co zaczęło wyglądać zza gęstych koron drzew; ten widok uświadomił mi, że zeszłej nocy w ogóle nie zmrużyłam oka. No cóż.
- Nie jadę sama – przypomniałam bratu, ściskając dłoń Embry'ego. – Będzie ze mną Embry.
- Nie o to mi chodzi. Masz zaledwie szesnaście lat.
- Spokojnie, przeżyję. Samochodem dotrzemy na miejsce w jeden dzień. Za późno na zamawianie biletów lotniczych. Poza tym znacznie łatwiej będzie mi po prostu przewieźć tam swoje rzeczy.
Rhett stanął jak wryty. – Twoje rzeczy? O czym ty mówisz?
Zerknęłam na Embry'ego, który spoglądał na mnie pełnym zachęty wzrokiem. – Z powrotem przeprowadzam się do Forks. Nie wytrzymam bez Embry'ego.
- Ale mama i tata wracają tutaj! Dixie, zastanów się nad tym przez chwilę. Rodzice i tak porządnie się wściekną, gdy dowiedzą się, że Embry tu był. Jak myślisz, jak zareagują, kiedy odkryją, że pozwoliłem ci podróżować z nim przez cały kraj?
- Całą winę biorę na siebie, Rhett. Niech cię o to głowa nie boli.
Westchnąwszy, Rhett przeczesał palcami włosy, po czym popatrzył na Embry'ego, który w milczeniu stał obok mnie. – Czy mógłbym porozmawiać z siostrą na osobności?
Embry skinął głową. Następnie pocałował mnie we włosy i samotnie odszedł w kierunku samochodu. Obserwując, jak się oddalał, doświadczyłam lekkiego napadu paniki. Kiedy ponownie skupiłam uwagę na moim bracie, okazało się, że spacerował on w tę i z powrotem. – Dixie... Nie wiem nawet, co powiedzieć. Chciałbym dostać kompletny obrazek sytuacji i wszystko zrozumieć, ale ty mi to uniemożliwiasz. Poznałaś się z tym gościem... kiedy? niecały miesiąc temu?, a oboje zachowujecie się tak, jakbyście znali się od lat? Gdy się rozstajecie, sprawiasz takie wrażenie, jakbyś lada moment miała wykorkować. A wspomnienia tego, jak głaskałaś go po głowie zaraz po tym, gdy go postrzeliłem, nigdy nie zdołam wymazać z pamięci. – Rhett wzdrygnął się i pokręcił głową. – Co ja niby mam zrobić? Chyba nie myślisz, że naprawdę puszczę cię do Waszyngtonu, co? A co z dziadkiem i babcią? Jak im to wytłumaczymy?
Wykonawszy krok naprzód, przytuliłam go. – Nie zrozumiesz tego, bracie. Cholera, nawet ja tego nie rozumiem. Ale nie mogę tego ignorować. Próbowałam i sam widziałeś, jak okropnie mi z tym było. Możesz tylko pozwolić mi z nim odjechać, bo jeśli tego nie zrobisz, to ja i tak odjadę. Jeśli mi na to pozwolisz, będziemy mieli szansę się pożegnać.
Przez dłuższą chwilę Rhett milczał; wysunął się już z uścisku, ale wciąż trzymał dłonie na moich ramionach, świdrując mnie wzrokiem. – Odwiozę cię do dziadków i pomogę zapakować się do twojego jeepa. Proszę, nie spraw, żebym żałował tej decyzji. – Jego oczy zalśniły lekko.
- Nie sprawię, obiecuję. – Znowu go przytuliłam. – Kocham cię, Rhett.
- Też cię kocham, siostrzyczko. – Skierowaliśmy kroki ku furgonetce i zapakowaliśmy się do środka. Podobnie jak ostatnim razem zajęliśmy z Embrym tylne siedzenie, tyle że teraz Embry siedział wyprostowany. Nadal oddychał z pewnym trudem i krzywił się, gdy najeżdżaliśmy na jakąś dziurę w drodze, ale jego obrażenia ewidentnie się goiły.
Kiedy dotarliśmy do celu, babcia i dziadek ciągle spali, więc we trójkę wślizgnęliśmy się do domu tak cicho, jak się dało. Rhett wynosił na zewnątrz pudła, których jeszcze nie rozpakowałam. Embry też próbował się za to zabrać, ale mu nie pozwoliłam. Zamiast dźwigać, pomagał mi wrzucać rzeczy do tych toreb, które udało nam się znaleźć; na oślep zagarniałam każdy niezbędny przedmiot, który znajdował się w zasięgu moich rąk.
Szczerze się zdziwiłam, gdy po zakończeniu pakowania dziadkowie wciąż się nie obudzili. – Przekażę im twoje pożegnanie – zapewnił Rhett, zatrzaskując tylne drzwi mojego jeepa.
- Dziękuję – odparłam, ściskając go po raz wtóry – za całokształt.
- Dla ciebie wszystko. – Zaśmiałam się i odsunęłam od niego, przełykając gorzkie łzy.
- Dzięki – odezwał się Embry, wyciągając rękę.
Rhett potrząsnął nią z pewnym wahaniem. – Traktuj moją siostrę należycie, bo następnym razem nie spudłuję.
- Rhett! – zawołałam. Embry skwitował tę uwagę śmiechem.
- Ze mną głos jej z głowy nie spadnie.
Po tym, gdy po raz enty uścisnęłam brata, Embry i ja załadowaliśmy się do mojego ciasnego jeepa – po brzegi wypełnionego pudłami – i ruszyliśmy w drogę.
- Nie wierzę, że naprawdę to robimy. Nie przypuszczałam, że Rhett się zgodzi – wyznałam.
Embry wybuchnął śmiechem. – Czyli to teraz nastąpił ten moment, w którym odjeżdżamy w kierunku zachodzącego słońca?
- Wschodzącego słońca – poprawiłam.
Następne kilka godzin jazdy spędziliśmy w ciszy, trzymając się za ręce. Tyle mieliśmy sobie do powiedzenia, ale zdawało się, że jeszcze nie nadeszła odpowiednia pora na jakiekolwiek rozmowy. Na razie cieszyliśmy się, że znowu byliśmy razem.
Kiedy słońce zawędrowało wysoko ponad widnokrąg, zatrzymaliśmy się w przydrożnym „Burger Kingu" na śniadanie. Z racji tego, że Embry nie miał na sobie ani koszuli, ani butów, zaproponowałam, że to ja pójdę po jedzenie. Gdy wyszłam z auta, wysunął przez okno błyszczącą kartę płatniczą.
- Mam pieniądze – poinformowałam go.
Wepchnął mi ją do rąk. – Tak samo jak i ja. – Przewróciłam oczami, ale ostatecznie przyjęłam kartę.
Wróciłam po kilku minutach z naszym śniadaniem w brązowej, papierowej torebce. W środku jeepa piętrzył się stos rozmaitych pakunków, więc usiedliśmy na przedniej masce. Obserwowałam, jak kierowcy ciężarówek z zaspanymi wyrazami twarzy wracali do swoich kabin z kubkiem kawy w dłoni. Wkrótce olbrzymie samochody hałaśliwie opuszczały parking, by ruszyć w dalszą drogę.
Zerknęłam na Embry'ego, który patrzył w stronę lasu. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że do tej pory nie byliśmy na prawdziwej randce. Jasne, zdarzyło nam się już przebywać tylko we dwoje; spędziliśmy nawet razem całą noc. Nigdy jednak nie robiliśmy rzeczy typowych dla normalnych par. Ani razu nie poszłam z nim do restauracji albo do kina, albo do jakiegoś innego miejsca, do którego wybrałaby się zwykła para. Może dlatego tak bardzo nalegał na zapłacenie za śniadanie.
Zastanawiając się nad tym wszystkim głębiej, doszłam do wniosku, że tak właściwie to nie wiedziałam o Embrym zbyt wiele. No cóż, wiedziałam z pewnością znacznie więcej niż pozostali ludzie, ale nie to, co przeciętna dziewczyna wie zazwyczaj o swoim chłopaku. Wiedziałam, że kiedy wpadał w furię, eksplodował we włochatego wilka, ale nie miałam pojęcia, jaką muzykę lubił. Nie znałam nawet jego ulubionego koloru.
- Jaki jest twój ulubiony kolor? – spytałam i odgryzłam kawałek jednego z moich serowych klopsów.
Uniósłszy brew, Embry popatrzył na mnie. – Niebieski. Czemu pytasz?
Wzruszyłam ramionami. – Z ciekawości. – Ugryzłam kolejny kęs. – Dlaczego akurat niebieski?
Uśmiechnął się. – A jaki jest twój ulubiony kolor?
- Brązowy – odparłam szybko.
- Dlaczego brązowy? Przecież to taki ponury kolor.
- Wręcz przeciwnie. – Też się uśmiechnęłam. – Od brązu bije ciepło; to barwa ziemi i kory drzew. Taki kolor ma czekolada... – wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć jego włosów – a także twoje włosy i oczy. Brąz mi o tobie przypomina. – Ponownie się uśmiechnął i odgryzł kawałek swojej kanapki. – Ale wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego niebieski? Według mnie to dość smutny kolor.
- Takiego koloru są twoje oczy – wyjaśnił bez wahania. Moje serce zabiło nieco szybciej; podobało mi się to uczucie. – O co chodzi z tymi pytaniami?
- Tak tylko sobie myślałam...
- To zawsze dość niebezpieczne.
- Nawet bardzo – zaśmiałam się. – Tak sobie myślałam, że praktycznie nic o tobie nie wiem. To znaczy, wiem sporo, ale nie o tych drobnych sprawach. Nie wiem na przykład, jaki jest twój ulubiony zespół.
Embry w zamyśleniu upił łyk swojej kawy. – Nickelback. Twój?
- Brooks and Dunn. – Upiłam łyk kawy z własnego kubka. – Dlaczego Nickelback?
Wzruszył ramionami. – Rany, zadajesz trudne pytania. Po prostu lubię ich brzmienie.
- Wybacz – przeprosiłam.
Zaśmiał się. – Nie ma sprawy, tak tylko narzekam i tyle.
Przez dłuższy moment oboje nie odezwaliśmy się ani słowem. Do mojej głowy napływało mnóstwo różnych pytań, ale trzymałam język za zębami, uznając, że zachowam je na później. Istniała też pewna inna kwestia, którą chciałam poruszyć.
- Czyli można uznać to za naszą pierwszą randkę?
Prychnąwszy, Embry rozejrzał się dookoła. – Jeśli to ma być randka, to uciekaj, póki możesz.
- Za późno.
Pokręcił głową. – Chyba tak, skoro uważasz to za randkę. Nietypowa z nas para, co? Przepraszam. Zmieni się to, kiedy dotrzemy do Forks. Na długi czas dam sobie spokój ze sprawami sfory i wtedy będziemy mogli robić normalne rzeczy, iść do kina i takie tam.
- W sumie to nie mam nic przeciwko obecnemu stanowi rzeczy – przyznałam. – Bylebym tylko miała cię w pobliżu. – Ujęłam jego dłoń i ją uścisnęłam.
Pocałował mnie w czoło; zapach kiełbasek i kawy maskował nieco jego zwykłą leśną woń. Po skończeniu śniadania z powrotem ruszyliśmy w drogę. Embry uparł się, że teraz to on będzie prowadził. Jego argument stanowiło to, że on zdążył już przywyknąć do braku snu, a ja nie, więc potrzebowałam odpoczynku. Tak jakbym w ogóle miała zamiar iść spać.
Trzy godziny później, kiedy byliśmy gdzieś w Missouri, Embry zaczął często rozglądać się dookoła. Zerkając na niego od czasu do czasu, w pewnej chwili zauważyłam, że dyskretnie pokazał komuś uniesione do góry kciuki.
- Co robisz? – zaciekawiłam się.
Uśmiechnął się. – Moi koledzy ze sfory tu są.
- Tutaj?
- Muszę zamienić z nimi słówko, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział, zjeżdżając do przydrożnej zatoczki.
- W porządku – zgodziłam się sennie; mało brakowało, a chwilę wcześniej zasnęłabym.
- Zaraz wrócę. – Ścisnął moją dłoń, po czym wyszedł na zewnątrz i skierował kroki ku miejscu, gdzie parking graniczył z lasem. Wkrótce zobaczyłam Jacoba, który miał na sobie, podobnie jak Embry, tylko szorty. Najpierw uścisnęli się mocno na powitanie; następnie rozpoczęli rozmowę, poruszając szybko ustami. Obaj wyglądali nad wyraz oficjalnie, jakby w ich spotkaniu nie było nic dziwnego. W końcu Embry poklepał Jake'a po ramieniu i ruszył w stronę naszego samochodu. Tymczasem Jake na powrót zaszył się w gęstwinie drzew, znikając mi z oczu.
- O co chodziło?
- Sprawy sfory – wyjaśnił, uruchamiając jeepa.
- Jasne, przebyli prawie cały kraj tylko po to, żeby się z tobą spotkać – parsknęłam. – Dokąd idą?
- Na pole kempingowe, na które wybrałaś się z bratem – odparł i zacisnął zęby, jakby żałował, że w ogóle się odezwał.
- Po co?
Westchnął. – Zobaczą, czy szczątki... tamtej pijawki nadal tam są. – Zamilkł na moment. – Zapomnieliśmy go spalić.
Moje serce zamarło. – Czym to grozi?
- Mógł na powrót poskładać się w całość.
Moje serce znowu się obudziło i zaczęło bić o wiele szybciej niż zwykle. – Przyjdzie po mnie?
Embry pospiesznie złapał mnie za rękę, którą pocałował. – Pojedynczy wampir nie stanowi żadnego zagrożenia ani dla mnie, ani dla mojej sfory. Jake i pozostali po prostu z nim skończą. Nie martw się tym.
Spróbowałam zapanować nad swoim przyspieszonym oddechem, ale walącego jak szalone serca nie potrafiłam ujarzmić. Donovan mógł żyć i kręcić się w okolicy. Wiedziałam, że jego chęć wypicia mojej krwi nie umarła wraz z nim. Ciągle pragnął mnie zabić.
