Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 34

(punkt widzenia Rhetta)

Przyglądanie się wyjazdowi Dixie zaliczało się do najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu. Wpakowanie kulki w Embry'ego było łatwiejsze; już sam fakt, że prawdopodobnie skrzywdził moją siostrą, wystarczył, bym pociągnął za spust. Ale potem, gdy usłyszałem jej krzyk, gdy zobaczyłem, jak padła na ziemię razem z tym gnojkiem, jakby ją też postrzelono... to wszystko przyprawiło mnie o mdłości. Ze zdezorientowaniem obserwowałem, jak po jej policzkach spływał potok łez i jak głaskała go po głowie umieszczonej na swoich kolanach. Gdy on walczył o każdy oddech, ona z coraz większym trudem nabierała powietrza do płuc; odnosiło się wrażenie, że łączyła ich jakaś więź. O mało co nie dostałem przez to bzika. Wiedziałem jednak, że wyobraźnia nie płatała mi figlów. Jedynie dlatego zawiozłem Embry'ego do szpitala i pozwoliłem Dixie wrócić z nim Waszyngtonu. Tylko że wcale nie oznaczało to, że pogodziłem się z sytuacją. Nadal nienawidziłem tego kolesia.

Niespodziewanie przebiegły mnie dreszcze; wetknąłem ręce w kieszenie dżinsów. Jeep Dixie już dawno zniknął mi z pola widzenia i znowu byłem sam. Zerknąłem na dom, w którym spali moi dziadkowie. Ciekawiło mnie, czemu jeszcze nie wstali, ale nie wszedłem do środka, bo wiedziałem, że najpierw muszę wrócić na pole kempingowe. Westchnąwszy, skierowałem kroki ku swojej furgonetce.

Jazda w góry wydawała się niezmiernie długa i samotna. Nasze rzeczy zastałem w dokładnie w takim stanie, w jakim je zostawiliśmy. Wgramoliwszy się do namiotu, zabrałem się do zwijania śpiworów.

Próby pozbycia się tego dziwnego niepokoju, który zaczął mnie dręczyć, spełzały na niczym. Może gdyby ktoś mi towarzyszył, odniósłbym w tym sukces. W każdym razie świadomość konieczności dokończenia pakowania zmusiła mnie do tego, by mniej więcej wziąć się garść. Ciągle jednak martwiłem się, co w tej chwili robiła Dixie, co Embry mógł robić jej oraz co powiedzą rodzice, gdy się o wszystkim dowiedzą. Ponure myśli krążyły wokół mnie jak rój rozjątrzonych pszczół. Nie pomagało mi również to, że ilekroć opuszczałem namiot, moje spojrzenie automatycznie wędrowało do miejsca, w którym krew Embry'ego szpeciła leśne poszycie.

Składając namiot, usłyszałem podejrzany szmer. Brzmiało to tak, jakby w pobliżu przechodziło jakieś duże zwierzę w typie jelenia lub niedźwiedzia. Zamarłszy w miejscu, przeczesałem wzrokiem ścianę lasu, ale nic nie zobaczyłem; niebawem odgłos wytłumił się. Po chwili ciszy wróciłem do znoszenia bagaży do samochodu.

Droga powrotna wydawała się tak samo długa i samotna jak poprzednio. Tym razem spróbowałem rozproszyć swoją uwagę przy pomocy radia, ciągle skacząc po stacjach w poszukiwaniu piosenek, których nie znałem, żeby skupić się na wyłapywaniu tekstu. Ta taktyka działała nie dłużej niż pięć minut.

Słońce wisiało wysoko ponad horyzontem; zdawało się, że wybiła druga po południu. Zamiast od razu wrócić do siebie, postanowiłem wpaść jeszcze do dziadków, aby powiadomić ich o zaistniałych wypadkach. Dziwiłem się, czemu do mnie nie zadzwonili, kiedy zobaczyli, że auto Dixie znikło.

Gdy natrafiłem na zamknięte drzwi, natychmiast odgadłem, że coś było nie tak. Za dnia dziadkowie nigdy nie zamykali drzwi, chyba że przebywali poza domem; teraz oba ich samochody stały na podjeździe, więc z pewnością nigdzie się nie wybrali. Do środka dostałem się dzięki kluczowi zapasowemu, który trzymali w garażu, Wnętrze domu wyglądało tak, jak zostawiliśmy je z Dixie; nawet resztki kawy wciąż wypełniały dzbanek. Wszystko znajdowało się we właściwym miejscu za wyjątkiem babci i dziadka... oraz Rocky'ego.

- Rocky? – syknąłem, zastanawiając się, gdzie podział się ten aż nazbyt radosny pies. Zazwyczaj kręcił się przy wejściu. Usłyszawszy dochodzące z kuchni skomlenie, udałem się w tamtym kierunku. Rocky siedział pod stołem, trzęsąc się ze strachu. Nagle zjeżył sierść i obnażył zęby. – Rocky, to ja – odezwałem się, przyklękając i wyciągając rękę, żeby mógł ją powąchać. Na dźwięk mojego głosu uspokoił się nieco i popełznął do przodu, by wylewnie polizać mnie po twarzy. Z roztargnieniem pogłaskałem go po grzbiecie i podniosłem się. Rocky wyczołgał się spod stołu i uczepił się mojej nogi.

- Gdzie są dziadkowie, Rocky? – spytałem. W odpowiedzi tylko pomerdał lekko ogonem.

Opuściwszy kuchnię, ruszyłem na górę; Rocky nieśmiało podreptał za mną. Ominąłem pokój Dixie – który teraz ział pustką – i poszedłem dalej, aż do końca korytarza, gdzie swoją sypialnię mieli babcia i dziadek. Gdy tylko tam dotarłem, Rocky zawył, po czym podkulił ogon i zaczął się wycofywać.

To zachowanie z pewnością powinno wzbudzić we mnie podejrzenia, że stało się coś złego, ale zignorowałem psie ostrzeżenie i zapukałem do drzwi. Po dziesięciu sekundach oczekiwania zapukałem po raz kolejny. W końcu chwyciłem klamkę i popchnąłem drzwi, które nieznacznie się uchyliły. Z miejsca, w którym stałem, widziałem łóżko dziadków; ciągle w nim leżeli. Czy zachorowali? Rozwarłem drzwi nieco szerzej.

- Dziadku? – powiedziałem, wykonując niepewny krok naprzód. – Babciu? Dobrze się czujecie? – Kiedy się do nich przybliżyłem, zobaczyłem, że zdawali się zwyczajnie spać. Tylko że coś mi nie pasowało. Ich głowy były przechylone pod nietypowym kątem; nie znajdowały się w naturalnych pozycjach. Przemieściłem się na drugą stronę łóżka i dotknąłem ramienia dziadka. – Dziadku? – powtórzyłem, szturchając go. Nie poruszył się. Na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka; serce zabiło mi szybciej. – Babciu? – Pochylając się nad dziadkiem, potrząsnąłem ramieniem babci, ale ona również nie wykazywała oznak życia. Sekundę później przystawiłem palce do szyi dziadka w celu odszukania pulsu; żadnego pulsu nie znalazłem.

I wtedy rozległ się trzask zamykanych drzwi. – Nie żyją.

Gwałtownie nabrawszy powietrza do płuc, obróciłem się dookoła. Przy wejściu do pokoju ujrzałem jakiegoś mężczyznę. Jako pierwszy rzucił mi się w oczy niechlujny stan przybysza; facet wyglądał tak, jakby ciągnięto go za ciężarówką. Jego ubranie było podarte i mało brakowało, żeby kompletnie się rozleciało. Miał też czarne jak węgiel oczy i sińce pod oczami, dzięki którym sprawiał takie wrażenie, jakby nie spał od lat. Jego mocno rude włosy sterczały we wszystkie strony. Był wysoki, ze wzrostem coś około metra osiemdziesięciu, oraz dobrze zbudowany. Ponadto wydawał się bardzo pewny siebie; na jego twarzy widniał przerażający uśmiech.

- Gdzie jest Dixie? – wychrypiał.

Rozważyłem w myślach kilka różnych odpowiedzi. Oczywiście nie zamierzałem mówić prawdy. Kimkolwiek ten psychol był, nie zwiastował niczego dobrego. Ostatecznie postanowiłem udawać głupiego. – Jaka Dixie?

Pokręcił głową. – Nie zgrywaj kretyna. Wiem, że jesteś jej bratem. Zdaje się także, że nie znasz tajemnic, które zna ona, więc lepiej opłaci ci się po prostu odpowiedzieć na moje pytanie.

- Nie wiem – skłamałem, dyskretnie sięgając do kieszeni, gdzie spoczywał mój nóż.

Mężczyzna w mgnieniu oka znalazł się przy moim boku i złapał mnie za ramię swoją chłodną, twardą dłonią. – Po prostu odpowiedz na pytanie. Ty nie możesz wyrządzić mi żadnej krzywdy, za to ja mogę wyrządzić poważną krzywdę tobie... To ja rozdaję tu karty. A teraz... powiedz mi, gdzie jest Dixie.

Z trudem przełknąłem ślinę, usiłując wymyślić, co powinienem powiedzieć, kiedy z salonu dobiegł odgłos tłuczenia czegoś. Rudzielec obrócił głowę w kierunku, z którego dochodził hałas dokładnie w chwili, gdy okna w sypialni dziadków implodowały; do środka wpadli przez nie czterej mężczyźni. Zimny koleś puścił mnie i cofnął się o kilka kroków. Ci nowi przybysze... wyglądali tak samo jak Embry, począwszy od ich ciemnej skóry rozciągniętej na grubej warstwie mięśni, a na imponującym wzroście i krótkich włosach skończywszy. Z powodzeniem mogliby uchodzić za odbicie lustrzane faceta, z którym dopiero co uciekła moja siostra.

Koleś o lodowatej skórze syknął i obnażył zęby, podczas gdy dwaj umięśnieni mężczyźni wydali z siebie coś w rodzaju warknięcia. Po chwili do pokoju wdarły się dwa kolejne sobowtóry Embry'ego. W sześciu wyciągnęli rudego faceta na zewnątrz; ja z kolei wycofałem się pod ścianę.

Zalała mnie fala szoku i strachu. Nie miałem pojęcia, jak się zachować. Zadzwonić po policję? Zdecydowałem się pójść w ślady dziwnych facetów i także opuścić pokój dziadków. Salon sprawiał takie wrażenie, jakby przeszło przez niego tornado: powywracane meble, walające się po podłodze resztki szkła, drzwi wyrwane z zawiasów. Z frontowego trawnika dochodziło warczenie. Przeszedłszy przez kawałki szyb i połamane meble, wyjrzałem przez wybite okno.

Przed domem dziadków znajdowały się cztery wilki. Nie były to jednak normalne wilki; te tutaj rozmiarami przypominały rosłe konie. Wszystkie otaczały coś, co wściekle rozrywały; w kawałku, który poleciał w moim kierunku, rozpoznałem bladą dłoń mężczyzny o chłodnej skórze.