Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 35
Siedzący za kierownicą Embry zacisnął zęby; bez trudu dało się dostrzec, że żałował wygadania się o potencjalnym „odrodzeniu się" Donovana. Wyraźnie nie chciał, bym się zadręczała, ale ja cieszyłam się, że mi powiedział. Nie lubiłam, kiedy wykluczano mnie z kręgu wtajemniczonych. Oczywiście nie potrafiłam nie martwić się o siebie oraz o osoby, które zostawiłam w La Grange. Podjąwszy decyzję o wyjeździe, niechcący zdałam swoich bliskich na łaskę morderczego potwora. Świadomość, że sfora Embry'ego zmierzała już na miejsce, żeby zająć się problemem, uspokoiła mnie... troszeczkę.
Zerknąwszy na Embry'ego, skrzywiłam się na widok jego kwaśnego wyrazu twarzy. Nie dalej jak kilka godzin temu, jedząc śniadanie w przydrożnym barze, śmialiśmy się i żartowaliśmy; tęskniłam za tamtym Embrym. Obecny Embry przypominał tego, który „umierał" na moich kolanach.
- Jaka jest twoja ulubiona potrawa? – zapytałam, kontynuując naszą wcześniejszą grę w dwadzieścia pytań.
Spojrzał na mnie kątem oka i uniósł brew. – Chyba takiej nie mam. – W reakcji na tę niesatysfakcjonującą odpowiedź zmarszczyłam czoło. Zaśmiał się. – A twoja?
Po chwili zastanowienia stwierdziłam: - Chyba też takiej nie mam.
- Jakie jest... – w zamyśleniu wyjrzał przez okno – twoje ulubione zwierzę?
- To niezbyt oryginalne – zaobserwowałam.
- Podobnie jak jedzenie.
- Fakt – przyznałam. Przez moment milczałam, namyślając się. – Uwielbiam konie.
- A ja lubię orły – wyznał i zaśmiał się, zobaczywszy moje ewidentne zaskoczenie. – Nie spodziewałaś się tego, co?
- A właśnie nie, spodziewałam się. Bo przypuszczam, że gdy ktoś może zmieniać się w wilka, to po pewnym czasie tak jakby zacznie mu się od wilków robić niedobrze.
- Nie, nie o to chodzi – sprostował. – My, to znaczny członkowie sfory, początkowo myśleliśmy, że jesteśmy wilkołakami. Dopiero parę miesięcy temu dowiedzieliśmy się, że tak właściwie to jesteśmy zmiennokształtnymi i że zmieniamy się akurat w wilki jedynie przez przypadek. Mogliśmy przybrać formę jakiekolwiek innego zwierzęcia. Doszedłem do wniosku, że gdybym miał wybór, to chciałbym móc zmieniać się w orła.
- Lubisz latać?
- Właściwie to jeszcze nigdy dotąd nie latałem, dlatego chciałbym być orłem.
- Wydaje się to dość fajne, no wiesz, to, że zmieniasz się w zwierzę.
Embry zerknął na mnie bokiem. – To nie wygląda tak kolorowo, jak się może zdawać – odparł ze smutkiem. – Istnieją pewne wady. Ale, rzecz jasna, są też pewne zalety. – Ujął moją dłoń. – Na przykład ty.
Mimowolnie się zarumieniłam, przez co Embry uśmiechnął się szeroko. Zamiast ciągnąć swoją przemowę, bez słowa trzymał mnie za rękę, z roztargnieniem głaszcząc ją kciukiem. Te małe kółka posyłały łagodne iskierki w górę mojego ramienia. Z westchnieniem oparłam głowę o siedzenie. Dojechaliśmy już do Nebraski; przemierzaliśmy puste, rozległe tereny uprawne. Wkrótce powieki zaczęły mi ciążyć, a ciepło z ręki Embry'ego rozeszło się po całym moim ciele, sprawiając, że rozluźniłam się i zasnęłam.
(punkt widzenia Embry'ego)
Uśmiechnąłem się, widząc, jak szybko zasnęła. Ja sam również odczuwałem zmęczenie, ale z łatwością je ignorowałem; czterdziestoośmiogodzinne dnie nie stanowiły dla mnie żadnej nowości. W samochodzie rozbrzmiewały tylko dwa dźwięki: łagodne mruczenie silnika i równy oddech Dixie. Panujący spokój umożliwił mi zastanowienie się nad tym, co nas niebawem czekało.
Nie miałem żadnych wątpliwości, że po dotarciu do Waszyngtonu zmierzymy się z poważnymi kłopotami. Szczerze życzyłbym sobie, aby istniał jakiś sposób na przekonanie rodziców Dixie, że popełnili błąd, uznając mnie za niebezpiecznego typa. Odruchowo zacisnąłem szczękę. Wszystko poszłoby łatwiej, gdybym był normalnym człowiekiem. Gra się jednak kartami, które otrzymało się w rozdaniu. Nie mogłem zmienić tego, kim byłem.
Rozmyślałem również nad tym, co działo się z chłopakami ze sfory. Do tej pory pewnie dotarli już do Kentucky i wytropili zapach tamtej pijawki. Machinalnie zacisnąłem dłoń na kierownicy, gdy przypomniałem sobie tego gnojka i jego kły znajdujące się tak blisko cennej szyi Dixie. Prawie się spóźniłem. Jeśli zwlekałbym trochę dużej, Dixie albo byłaby teraz martwa, albo zwijałaby się gdzieś z bólu z jadem krążącym w swoich żyłach. Na samą myśl o tym natychmiast się wzdrygnąłem i popatrzyłam na moje wpojenie.
Jej głowa opierała się teraz o okno; oczy miała zamknięte, przez co jej piękne rzęsy wydawały się gęstsze i dłuższe. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała; głębokie, regularne oddechy czyniły ją idealnym obrazem spokoju. Była tak piękna, że patrzenie na nią aż bolało. Nie potrafiłem wyobrazić sobie, że mógłbym znowu ją opuścić. Jeden raz w zupełności wystarczył; i tak o mało co nie skończyło się to dla nas śmiercią.
Te ostatnie parę tygodni pragnąłem jak najprędzej wymazać z pamięci. W każdej ich sekundzie czułem ostre, agonalne kłucie w klatce piersiowej. Sądziłem, że Dixie mnie nie kochała, że nie interesowała się mną, że interesowała się kimś innym. Jakoś mógłbym z tym żyć, ale wyglądało na to, że ona w ogóle nie chciała mojej obecności w swoim życiu. A tego za nic w świecie bym nie zniósł. Zgodziłbym się zostać tylko jej przyjacielem, jeśli tego właśnie by chciała, ale nie ścierpiałbym, gdyby odmówiła jakichkolwiek kontaktów ze mną.
Nagle leżący na podstawce do kawy telefon Dixie zawibrował. Rzuciłem na nią okiem; poruszyła lekko głową, ale się nie obudziła. Wysunąwszy swoją dłoń spod jej dłoni, chwyciłem komórkę. Dzwonił Rhett.
Przygryzłem wargę, próbując rozstrzygnąć, czy odebrać, czy nie. W końcu uznałem, że jeżeli Rhett nie doczekałby się odpowiedzi, mógłby zacząć panikować, więc podniosłem klapkę i przyłożyłem telefon do ucha. – Mówi Embry, Dixie śpi.
- Zatrzymaliście się gdzieś? – Zdawało się, że usilnie starał się panować nad własnym głosem.
- No tak, ale teraz już jedziemy. Czemu pytasz?
Nastał długi moment ciszy. – Czy ty przypadkiem...? Zresztą, nieważne.
Zmarszczyłem czoło, próbując rozgryźć, o co mu chodziło. Chwilę później już to zrozumiałem. Niecałe dwadzieścia cztery godziny temu zostałem postrzelony, niemalże śmiertelnie. Cholera.
- Dzwonisz w jakiejś konkretnej sprawie, Rhett? – spytałem, żeby odciągnąć jego uwagę od tego, co sam właśnie sobie uświadomiłem.
- Spotkałem dziś kogoś – powiedział cicho nieco łamiącym się głosem.
- Naprawdę? – odparłem, zachodząc w głowę, do czego zmierzał. – Kogoś, kogo znam?
- Podejrzewałbym, że tak. Wyglądali tak jak ty.
Moja sfora. Rany, to nie brzmiało dobrze. – Moi przyjaciele? Co ci powiedzieli?
Nastąpiła kolejna chwila ciszy. Usłyszałem, jak Rhett bierze głęboki oddech. – Niewiele, byli zbyt zajęci włamywaniem się do domu moich dziadków, by wywlec stamtąd jakiegoś faceta, którego później rozerwali na części, przemieniwszy się wcześniej w wilki.
Zaparło mi dech w piersiach. Ujawnili nasz sekret. Ręka, w której trzymałem komórkę Dixie, zaczęła drżeć. – Widziałeś, jak zmieniają się w wilki?
Znowu milczał przez chwilę. – Widziałem, jak wyciągnęli z domu faceta, a kiedy za nimi poszedłem, w ich miejsce pojawiły się wilki większe od mojej ciężarówki.
Czyli nie był bezpośrednim świadkiem przemiany. Zobaczył tylko, że zniknęli. Ale Rhett nie zaliczał się do głupców. Sam poskładał wszystko do kupy. Od razu połączył ich ze mną. Czy grając kretyna, zdołałbym przekonać go, że ja i moi przyjaciele nie mieliśmy nic wspólnego z tymi wilkami?
- Gadasz bez sensu, Rhett.
- Nie bierz mnie za idiotę, Embry. Powiedz mi, co się dzieje, bo inaczej zadzwonię po gliny... albo straż do spraw zwierząt.
Teraz ja zamilkłem na dłuższy moment. Nie mogłem uwierzyć, co właśnie zamierzałem zrobić. Musiałem wyjawić mu swoją tajemnicę. Musiałem wszystko wyjaśnić, żeby nie oszalał. Tylko że nawet po zdradzeniu mu wszystkiego nadal istniało spore ryzyko, że Rhett oszaleje i zaraz poleci do prasy. Utknąłem między młotem a kowadłem.
- Powiem ci wszystko – powiedziałem powoli, zerkając na moje śpiące wpojenie. Może otrzymaliśmy szansę, której potrzebowaliśmy. Może gdyby Rhett zrozumiał, to pomógłby mi w rozmowie z ich rodzicami. Może. – Ale musisz obiecać, że nikomu tego nie powtórzysz.
- A co się stanie, jeśli powtórzę?
- Znajdę się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, podobnie jak Dixie. Miałeś już okazję zobaczyć, w jak znacznym stopniu jesteśmy połączeni. Wyjawiając mój sekret, wyjawisz również sekret Dixie. Nie chcę, żeby coś jej się stało. Musisz przyrzec, że nikomu o niczym nie powiesz.
Mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, ale ostatecznie wyraził zgodę. No i zacząłem swoją opowieść. Pokrótce przytoczyłem mu legendy, które opowiada się quileuckim dzieciom. Potem przeszedłem do tego, jak odbyłem swoją pierwszą transformację i że moi przyjaciele są tacy sami jak ja. W końcu wytłumaczyłem mu, na czym polega wpojenie się, podkreślając, że ja i Dixie jesteśmy ze sobą magicznie połączeni i że zabijając jedno z nas, zabiłoby się też drugie. Kiedy opowiadałem moją opowieść, po drugiej stronie linii panowała cisza.
Gdy skończyłem, początkowo Rhett nie odezwał się ani słowem. Dopiero chwilę później oświadczył: - To wiele wyjaśnia. Teraz chyba rozumiem. – Westchnął w słuchawkę. – Tego ranka wydarzyło się coś jeszcze. Tamten... wampir... zamordował naszych dziadków.
O mały włos nie upuściłem telefon. Moja ręka zatrzęsła się z wściekłości. Musiałem wziąć parę głębokich wdechów, żeby usiedzieć na swoim miejscu. Ta wiadomość załamie Dixie. Wiedziałem, jak mocno ich kochała.
Tymczasem Rhett kontynuował: - ...ale rozumiem, że na razie musicie dojechać do Waszyngtonu. Zadzwońcie, kiedy dotrzecie na miejsce i się rozpakujecie, abym mógł porozmawiać z Dixie. Proszę.
Ostatnie słowo zabrzmiało łagodnie i słabo. Dzisiejsze zdarzenia postarzyły Rhetta o dobrych parę lat. Z pewnością mogłem jednak stwierdzić, że wreszcie nas zrozumiał. Chciał, żebyśmy byli razem. Przeszedł na naszą stronę.
- Dzięki, Rhett. Zadzwonię, gdy tylko dotrzemy do Forks.
- Zatroszcz się o nią – poprosił ochryple.
- Przecież wiesz, że tak zrobię.
Zaśmiał się krótko. – Tak, wiem.
