Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
EPILOG
Kiedy kocha się kogoś ponad własne życie, zrobiłoby się dla tego kogoś dosłownie cokolwiek; nadstawiłoby się karku i zaryzykowało poważnymi obrażeniami, byle tylko tę ukochaną osobę uszczęśliwić. Może to właśnie dlatego Embry przyjął ofertę moich rodziców, kiedy ci zaprosili go na obiad. Ta niepozorna tradycja wydawała się nieco przestarzała w stosunku do związku takiego jak nasz, ale Embry z chęcią przystał na tego typu propozycję. Wyglądało na to, że dla swojego wpojenia był zdolny do wszystkiego.
Mama i tata pozwolili mi wrócić do Waszyngtonu wraz z nimi. Miałam u Rhetta wieczny dług; nie zdradził dokładnie, co im powiedział, ale jakichkolwiek argumentów użył, udało mu się ich przekonać. No cóż, przekonać na tyle, aby dali Embry'emu drugą szansę. Bo raczej jeszcze kompletnie mu nie zaufali.
Embry zjawił się przed drzwiami naszego domu dokładnie o siódmej, tak jak zapowiedział. Aby być całkiem szczerym, chyba nigdy wcześniej nie widziałam na nim aż tylu ubrań. Wreszcie miał na sobie koszulę i buty. Ładną koszulę i ładne buty, nawiasem mówiąc. Co prawda i tym razem nie rozstał się z szortami, ale z pewnością włożyłby długie spodnie, gdyby posiadał parę, która by na niego pasowała. Głupkowaty uśmiech na jego twarzy sprawił, że zachichotałam.
- Nieźle się wystroiłeś – zażartowałam, łapiąc go za rękę i wprowadzając do środka.
- Dzięki – wymamrotał i pobieżnie zlustrował mnie wzrokiem. Ja w przeciwieństwie do niego w ogóle nie zadbałam o strój, co więcej, włożyłam swoje najgorsze dżinsy i prosty, damsko-męski podkoszulek. – Jak zwykle wyglądasz pięknie.
Pokręciwszy głową, zaśmiałam się. Embry zachichotał i pochylił się, żeby pocałować mnie w czoło. Jego wargi już prawie dotknęły mojej skóry, kiedy znienacka ktoś w pobliżu odchrząknął.
Podskoczyłam jak oparzona. Embry z kolei zachował spokój. W progu kuchni stał mój ojciec z rękami skrzyżowanymi na piersi, sprawiając wrażenie zniecierpliwionego. – Dobry wieczór, proszę pana – przywitał się Embry, wyciągając rękę. – Nazywam się Embry Call.
Przez krótką chwilę tata bez słowa przypatrywał się dłoni Embry'ego, aż wreszcie ją uścisnął. – Witaj, Embry.
Już w tym momencie dało się stwierdzić, że wieczór przebiegnie w niezbyt swobodnej atmosferze. Jęknęłam w duchu i zaprowadziłam Embry'ego do kuchni, gdzie moja mama rozkładała na stole przygotowane na obiad potrawy.
- Och – odezwała się ze zdziwieniem. – Dobry wieczór.
- Dobry wieczór, miło mi oficjalnie panią poznać – powiedział uprzejmie Embry i uścisnął dłoń mojej mamy.
- Mnie również – odparła powoli, zerkając na tatę, który krążył nieopodal.
Tuż po tym niezręcznym powitaniu zasiedliśmy do stołu. Moi rodzice zadawali Embry'emu niezliczoną ilość pytań na temat jego rodziny, pracy – podawał się za mechanika – i wykształcenia. Nie wydawali się zbyt zadowoleni, kiedy usłyszeli, że rzucił szkołę, ale mimo to świetnie dawał sobie radę w życiu. Podejrzewałam, że przed przyjściem do nas przećwiczył wiele różnych scenariuszy.
- Dobrze się stało, że nareszcie sobie porozmawialiśmy, Embry – oświadczył mój tata, gdy po skończonym posiłku odprowadzaliśmy Embry'ego do wyjścia. – Myślę, że oboje z żoną dowiedzieliśmy się o tobie wystarczająco dużo, żeby osądzić, co z ciebie za chłopak. – Popatrzywszy na mnie, z powrotem spojrzał na Embry'ego. – Pozwolę ci umawiać się z moją córkę, ale tylko pod pewnymi warunkami.
Radość, która we mnie wybuchła, pojawiła się też w oczach Embry'ego; zerknął na mnie i uśmiechnął się. – Gdy będziecie chcieli wybrać się na randkę – zaczął ojciec – jedno z nas – wskazał na siebie i mamę – musi pójść z wami. Możemy też pójść na podwójną randkę, ale trzeba to wcześniej uzgodnić. Żadnych randek w dni szkolne. I zanim którakolwiek z tych zasad się zmieni, ty – wskazał na Embry'ego – musisz załatwić sprawę ze swoim wykształceniem.
Na widok nonszalanckiego wyrazu twarzy Embry'ego stłumiłam prychnięcie. Wszystkie te warunki były dla niego możliwe do zrealizowania. Liczyło się tylko to, że pozwolono mu spędzać ze mną czas. Jakiekolwiek ograniczenia nie stanowiły żadnego problemu; najważniejsze, że po długiej rozłące znowu byliśmy razem.
- Zgadzam się na wszystko – zapewnił z uśmiechem Embry. – Czy mogę wpaść jutro i spotkać się z Dixie?
- Tak, oboje będziemy w domu, żeby was pilnować – odpowiedział surowo tata.
Przewróciwszy oczami, ruszyłam w stronę Embry'ego. Po drodze uścisnęłam jeszcze ojca. – Dzięki, tato. Czy mogę teraz pożegnać się z Embrym?
Z pewnością wiedział, że się z nim droczyłam, ale nie sprzeciwił się. Bez słowa skinął głową i odszedł na bok.
Przysunęłam się do Embry'ego i chwyciłam jego dłonie w obie swoje. – Naprawdę musisz już iść?
- Technicznie rzecz biorąc, tak, ale będę w twoich snach. – Mrugnął do mnie znacząco.
W mig załapałam aluzję. – W takim razie nie mogę się doczekać.
Pochyliwszy się, Embry delikatnie pocałował mnie w usta. Niemalże wyczułam, jak stojący za mną ojciec zagotował się w środku, ale nie przejęłam się tym. Też pocałowałam Embry'ego i łagodnym ruchem dotknęłam jego twarzy; wygiął wargi w uśmiechu i powoli się odsunął. – Do zobaczenia później – mruknął, po czym wyszedł na zewnątrz.
Obróciwszy się, znowu przytuliłam się do taty. Miałam ogromną ochotę porozmawiać z nim na temat absurdalności niektórych zasad, które ustalił, ale na razie postanowiłam nie igrać z losem. – Dziękuję, tatusiu – zagruchotałam.
- Nie ma za co. Chcemy tylko, żebyś była bezpieczna, Dixie.
- Wiem. – Odsunęłam się od niego i popatrzyłam na oboje swoich rodziców. – Jeśli nie macie nic przeciwko, położę się wcześniej spać.
- Dobranoc, kochanie – pożegnała mnie z uśmiechem mama.
Schody pokonałam tak wolno, jak tylko mogłam, żeby przypadkiem nie wzbudzić w ojcu jakichś podejrzeń czy coś. Przebrawszy się piżamę, chwyciłam książkę i ulokowałam się na łożku, czekając.
O dwudziestej drugiej usłyszałam, jak coś drobnego zabębniło cicho o szybę. W lekko trzpiotowatym stanie podniosłam się na nogi i pognałam ku oknu, żeby je otworzyć. Na dole stał Embry ze swoją garścią małych kamyczków. – Wchodzisz?
- Tylko jeśli usuniesz się z drogi – odparł, uśmiechając się od ucha do ucha.
Zgodnie z jego sugestią usunęłam się na bok, żeby swobodnie mógł dostać się do mojego pokoju. Wskoczył do środka z niezwykłą gracją, niemalże w zupełnej ciszy. Pomknęłam ku niemu i objęłam jegociepłe ciało. – Łatwiej byłoby ci tu wejść, gdybyś był orłem – szepnęłam.
Zachichotał. – A nie mówiłem?
W odpowiedzi pokręciłam głową i zaśmiałam się, ciągnąc go w kierunku łóżka. Położyliśmy się blisko siebie, po prostu napawając się swoim towarzystwem. Niebawem zasnęłam, ale obudziłam się zaledwie parę godzin później. Embry zajmował się zabawą z kosmykiem moich włosów.
- Przepraszam, obudziłem cię?
- Nie, to ja przepraszam, że zasnęłam. Nie chciałam.
- Nie musisz martwić się moim odejściem. Potrzebuję cię tak samo, jak ty potrzebujesz mnie. Już zawsze będę blisko ciebie.
- Och, tego jestem pewna – odparłam. – Ale nic nie mogę poradzić na to, że się martwię.
Złożył na moim nosie słodki pocałunek. – Nie obchodzi mnie, ile różnych zakazów nałożą na nas twoi rodzice. Nigdy cię nie opuszczę ani nie pozwolę tobie opuścić mnie.
Z westchnieniem przycisnęłam głowę do jego klatki piersiowej. Przez długi moment panowała cisza, przerywana jedynie odgłosem naszych naturalnych oddechów lub bicia serc. Nie miałam pojęcia, jak długo tak leżeliśmy, ale po jakimś czasie błogi spokój został zakłócony, gdy Embry znienacka zmienił pozycję, niemalże nerwowo.
Odsunęłam się na tyle, by móc spojrzeć mu w twarz. Jego orzechowe oczy wbiły się w moje. – O co chodzi? – spytałam.
Rozejrzał się po pokoju. – Czy chciałabyś kiedyś... wziąć ślub? To znaczy, nie jutro, nie w tym roku, nawet nie w najbliższym czasie. Tak się tylko zastanawiałem, czy... pewnego dnia... zgodziłabyś się za mnie wyjść?
Na parę sekund moje serce kompletnie zapomniało o swoich obowiązkach. Embry właśnie mi się oświadczył. Fakt, bez przyklękania na jedno kolano i w ogóle, ale jego sposób chyba bardziej przypadł mi do gustu. Wyszło o wiele naturalniej niż w przypadku tych ekstrawaganckich, planowych z wyprzedzeniem uroczystości. Wziąwszy głęboki oddech, odpowiedziałam z przekonaniem: - Tak, pewnego dnia zdecydowanie chciałabym za ciebie wyjść.
Wydał z siebie przeciągłe westchnienie ulgi. – To dobrze. – Oboje wpatrywaliśmy się w siebie przez kilka cudownych sekund, aż w końcu Embry pochylił się i pocałował mnie w czoło; jego wargi wędrowały w dół, dopóki nie odnalazły moich ust. Natychmiast oddałam pocałunek, całkowicie skupiając się na jego delikatnym zapachu i oddechu; wszystko inne rozpłynęło się w powietrzu. Całowałam Embry'ego, moje wpojenie, mojego chłopaka, mojego narzeczonego, moje całe życie. Byłam pewna, że za nic w świecie nie opuszczę tego człowieka, ponieważ opuszczając go, pozbawiłabym się cząstki samej siebie. Stanowiliśmy jedno.
Gdzieś w oddali rozległ się groźny grzmot, ale ja niczego się nie obawiałam. Przecież miałam Embry'ego. Moje życie. Moje wpojenie.
KONIEC
Serdecznie dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie tego tłumaczenia i przepraszam za wszystkie niedociągnięcia, na które natknęliście się gdzieś po drodze.
