Na Douglas Street było cicho i spokojnie. Poza Gibbsem i Tonym nie było tu żadnych ludzi. Prawdopodobnie nawet nie było tu zabójcy, ale agenci nie zamierzali ryzykować.
Wysiedli z samochodu i przeszli parę metrów rozglądając się uważnie, z bronią w pogotowiu. Przeszli całą ulicę, ale nie dostrzegli żadnego niebezpieczeństwa. Wszystko wyglądało tak normalnie, że aż przerażająco.
- Chyba go przestraszyłem przyjeżdżając razem z tobą. – stwierdził Tony chowając broń do kabury.
- Może nie tyle przestraszyłeś, co zepsułeś jego plan. Pewnie chciał mnie tu zabić.
- I ty chciałeś tu jechać sam. – wypomniał mu z wyrzutem.
- Umiem o siebie zadbać, DiNozzo, nie potrzebuję niańki.
- Jasne, zgrywaj twardziela. Gdybym cię nie złapał na parkingu, pewnie leżałbyś tu teraz trupem, bo zachciało ci się...
Gibbs cierpliwie czekał aż Tony skończy to, co chciał powiedzieć, ale gdy po kilku sekundach nie usłyszał dalszego ciągu trochę się zmartwił.
- Zachciało mi się czego?
- Za tobą. – powiedział tylko Tony.
Gibbs spojrzał za siebie. Z początku myślał, że Tony zwariował, bo nic tam nie było. Dopiero po chwili dostrzegł na trawie obok chodnika telefon komórkowy. Nie stał od niego daleko, więc widział, że jest zniszczony i raczej nie działa. Mógł się tu znaleźć z wielu różnych powodów, ale mimo to coś mu podpowiadało, by przyjrzeć się telefonowi bliżej.
- Myślisz, że to zabójca go tu zostawił? – zapytał Tony przykucając przy telefonie, który zawinął w chusteczkę.
- Jeśli tak, to na pewno jest to wiadomość. Nie popełniłby takiego błędu.
- Masz rację. – przyznał. – Zawieźmy to do laboratorium i chodźmy do domu. Padam na psyk.
- Nie wywiniesz się, DiNozzo. Wciąż musimy sobie porozmawiać.
- Wiem. Tylko nie mam na to najmniejszej ochoty.
- Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej.
Trzeba było nie być dla mnie tak miłym, pomyślał Tony.
Zazwyczaj, gdy musieli porozmawiać, siadali na kanapie w salonie. Teraz było inaczej. Gibbs zaraz po przyjeździe do domu zszedł do piwnicy, nalał sobie porządną porcję burbonu i usiadł pod ścianą.
Przez jakiś czas Tony czekał na niego na górze, ale w końcu również zszedł do piwnicy i usiadł obok szefa. Niezręczna cisza trwała pomiędzy nimi dobrych kilka minut. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się coś takiego. Oczywiście potrafili siedzieć obok siebie i nie rozmawiać przez dłuższy czas, ale nie było to niezręczne.
- Jak długo? – zapytał w końcu Gibbs. Jego wzrok skierowany był na łódź.
- Jak długo co?
- Na parkingu powiedziałeś, że jestem kimś więcej niż przyjacielem. Chcę wiedzieć, jak długo tak uważasz.
Choć Gibbs mówił spokojnym głosem, Tony wiedział, że jest równie zdenerwowany, co on sam. To było po prostu widać.
- Od wczoraj.
- DiNozzo...
- Nie żartuję. Naprawdę wczoraj to zauważyłem. Ale dziwne uczucie mam od kilku dni.
- To dlatego czasami zachowywałeś, jak zaszczute zwierzę?
- Tak. Zwłaszcza kiedy mnie dotykałeś czułem się dziwnie.
- Dlaczego w ogóle zacząłeś coś do mnie czuć? - Gibbs wreszcie spojrzał na swojego podwładnego. – Znamy się już tyle lat, a dzieje się to dopiero teraz.
- Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, to bym ci odpowiedział. Ale to raczej twoja wina.
- Moja wina?
- Od samego początku okazywałeś mi więcej troski niż mój własny ojciec. – wyjaśnił.
- Pożądasz własnego ojca?
- Nie to mam na myśli. – zaprzeczył szybko. - Chodzi o to, że przywiązałem się do ciebie. Wspierasz mnie, rozumiesz i jesteś przy mnie, gdy tego potrzebuję. Niemal co tydzień zapraszasz mnie na piwo i steki, wyciągasz wtedy ze mnie wszystkie moje sekrety i pomagasz mi, jak tylko potrafisz. Jak mogłem się nie zakochać, kiedy osoba nie spokrewniona ze mną troszczy się o mnie bardziej, niż ktokolwiek inny?
Gibbs znowu spojrzał na łódź. Nie mógł tak jednak długo wytrzymać i na powrót skierował wzrok na swojego podwładnego. Nie mógł zaprzeczyć, że był mu bliski, ale żeby go kochać? Cóż, kochał go. Na swój dziwny sposób, ale kochał. Czy było to choć trochę podobne do uczuć Tony'ego? Być może. Czy chciał z nim być? Tak.
Rozważam bycie w związku z DiNozzo. Musiałem w końcu zwariować, stwierdził spoglądając w pełne nadziei i zdenerwowania oczy Tony'ego.
- Rozumiem, co masz na myśli. – odezwał się w końcu, co wyraźnie uspokoiło młodszego agenta.
- A ty? – zapytał niepewnie Tony.
- Hmm?
- Czujesz coś do mnie?
- Nie wiem, Tony. Jesteś mi bliski, zawsze byłeś i zawsze będziesz. Ufam ci bezgranicznie w kwestii swojego życia. W kwestii uczuć... też nie bałbym się ci ich powierzyć. Już raz to zrobiłem, po moim rozwodzie.
- Pamiętam. Słuchanie cię po pijaku było męczące, ale wiedziałem, że musisz się komuś wygadać. Zdziwiło mnie, że wybrałeś mnie. Mogłeś się zwierzać Abby albo Ducky'emu, mnie znałeś dopiero od trzech miesięcy.
- I już przyciągnąłeś mnie do siebie. Tony, między nami istniała silna więź już od samego początku znajomości. Ty potrzebowałeś autorytetu i kogoś, kto nie kontrolował by cię, gdy sobie tego nie życzysz, ja potrzebowałem osoby, której mogłem całkowicie zaufać w każdej sferze mojego życia.
- A więc Abby i Ducky pasują do tego opisu.
- Ufam im jeśli chodzi o moje życie. Ducky jest świetny, kiedy trzeba kogoś wesprzeć. Wbrew pozorom temu służą jego wszystkie historie. Abby... potrafi dotrzymać sekretu, ale wiesz, co o nich myślę. Nie chodzi o to, że nie ufam jej we wszystkim, ufam, ale wiesz, jaka ona jest. Nie zawsze potrafi odpowiednio doradzić czy wesprzeć. Ty z kolei jesteś idealny. Zrozumiesz i dochowasz sekret choćbyś miał umrzeć z tego powodu. Dostrzegłem to w tobie już podczas pierwszego spotkania, kiedy mierzyłeś do mnie z broni. I wiesz co, Tony?
- Co?
- Gdy tylko spojrzałem w twoje oczy, wiedziałem, że będziesz mi bliski. Czułem to.
Tony był zaskoczony. Gdy pierwszy raz spotkał Gibbs, nie zauważył żadnej większej sympatii pomiędzy nimi.
- Wow, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale to wciąż nie jest odpowiedź na moje pytanie.
- Możemy spróbować, Tony, nic nie stoi na przeszkodzie.
- Zasada 12. – przypomniał mu.
- Zasady są po to, żeby je łamać.
- Kto by pomyślał, że kiedyś to powiesz.
- Masz na mnie dziwny wpływ. – przyznał uśmiechając się. Tony odwzajemnił uśmiech.
- Gibbs... Jethro. Jeśli nam nie wyjdzie...
- Nic to nie zmieni między nami. – zapewnił kładąc dłoń na ramieniu młodszego mężczyzny.
- Skąd możesz to wiedzieć? – zapytał. Był nieco zaskoczony, że dotyk Gibbsa nie wywołał u niego uczucia ciepła, tylko od razu euforię.
- Bo znam ciebie i siebie, i wiem, że obaj tego nie schrzanimy. Zbyt dobrze do siebie pasujemy, nie ważne, czy jako przyjaciele, czy jako kochankowie.
- Nie boisz się, że mi się odwidzi i odejdę do jakiejś kobiety?
- Nie słuchałeś, co przed chwilą mówiłem? Ufam ci, Tony.
- Też ci ufam, szefie.
- W takim razie nie ma się o co martwić.
- Więc... – Tony nie był pewny, czy powinien prosić Gibbsa o pocałunek już teraz, ale chciał jak najszybciej przekonać się, jak to jest. Voss zdecydowanie się nie liczył. – Całowałeś już kiedyś faceta?
- Nie. – odpowiedział szczerze. – A ty?
- Kate wciąż uważa, że tak, ale szczerze mówiąc, Voss był kobietą i całował jak kobieta.
- Czemu więc mówisz o nim, jak o mężczyźnie?
- Przyzwyczajenie. – mruknął. – Chcesz może... spróbować pocałunku?
- Naprawdę musisz o to pytać?
- Wolę nie dostać po mordzie.
- Nie dostaniesz.
Wcale nie uspokoiło to Tony'ego.
- Pierwszy raz w życiu nie wiem, jak się do tego zabrać. – przyznał.
- To nie może przebiegać inaczej, niż pocałunek z kobietą.
- Jak jesteś taki mądry, to sam zacznij.
- Jak chcesz.
Choć Gibbs starał się wyglądać na spokojnego, w oczach Tony'ego wcale taki nie był. Może był nawet bardziej zdenerwowany od niego. Ale szybko przestało to być dla niego ważne, podobnie jak własny stres, gdy usta Gibbsa wreszcie zetknęły się z jego. To, co w jednej chwili poczuł było wspaniałe. Nie, nie wspaniałe, to nie było odpowiednie słowo. To co teraz czuł było nie do opisania, mógł myśleć tylko o tym pocałunku. Jego prześladowca mógł go teraz zastrzelić, a on miałby to gdzieś, bo byłaby to bardzo przyjemna śmierć.
Śmierć. Właśnie. Oni się tu całowali i niewątpliwie zmierzali do czegoś więcej, a przecież nie mieli na to czasu. Nie mogli się dekoncentrować.
Tony szybko przerwał pocałunek, co trochę zaskoczyło Gibbsa.
- Nie możemy tego teraz robić. – wyjaśnił Tony. – Nie dopóki ten sukinkot jest na wolności.
- Masz rację. – przyznał, choć był nieco zawiedziony. Od dawna nie czuł w sobie tyle energii, co teraz będąc z Tonym. Nie chciał tego przerywać.
- Byłoby nam prościej, gdyby nasze uczucia nie były tak skomplikowane.
- Jakoś przez to przejdziemy, Tony. Razem.
- Razem. – zgodził się.
Następny dzień nie zaczął się dobrze. Zdecydowanie. Tony mógł go nazwać jednym z najgorszych. Około dwóch godzin temu Gibbs wyszedł po kawę i do tej pory nie wrócił, a on martwił się coraz bardziej. W głowie wciąż słyszał słowa szefa tuż przed wyjściem:
- Spokojnie, DiNozzo, umiem o siebie zadbać.
- Tak umiesz o siebie zadbać, że nie wracasz już drugą godzinę. – mówił do siebie Tony, chodząc niespokojnie po biurze.
Kate i McGee również się martwili.
- Może do niego zadzwonimy. – zaproponował Tim. W zasadzie robił to już od samego początku, ale Tony ciągle mu powtarzał, że Gibbs i tak nie odbierze.
Tony przystanął wyciągając komórkę z kieszeni. Probie miał racje, powinien zadzwonić już dawno. Tak samo, jak namierzyć komórkę szefa i go znaleźć. Teraz mogło już być za późno, ale nie zamierzał się poddać. Nie mógł stracić Gibbsa właśnie teraz. Nie, kiedy zdecydowali się spróbować być ze sobą. Nie, kiedy było tak dobrze.
- Zadzwonię. – zdecydował w końcu. Wybrał numer, usłyszał sygnał połączenia, ale tak jak się spodziewał, nikt nie odebrał. – Nie odpowiada.
- Spróbuj jeszcze raz.
Nim Tony zdążył zatelefonować drugi raz, jego komórka sama zadzwoniła. Na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko szefa.
- To on. – powiedział i szybko odebrał. - Gibbs, gdzie jesteś?
- To nie Gibbs, Anthony.
- Ty! Gdzie jest Gibbs? – zapytał zaciskając dłoń na komórce. Przeszedł na tryb głośno mówiący, by Kate i Tim także słyszeli wszystko.
- W moich rękach.
- Jeśli coś mu zrobisz... – zagroził.
- To co? Nic nie możesz zrobić. Czyżbym w końcu znalazł osobą, o którą troszczysz się najbardziej? Nie spodziewałbym się tego po waszych relacjach.
Tony milczał.
- Wiesz co? Nudzi mnie już ta gra. Ale znalazłem już nową. Nazwałem ją: jak wysoki próg bólu ma agent Gibbs. Jak myślisz, Anthony, kiedy twój przyjaciel zacznie błagać bym go zabił? Jak to jest wiedzieć, że nie możesz pomóc ludziom, na których ci zależy? Ale nie martw się, wkrótce dołączysz do agenta Gibbsa, ale dla ciebie to będzie bardziej bolesne. Znacznie bardziej.
Zabójca się rozłączył, o czym oznajmiło nieprzyjemne pikanie z głośnika telefonu.
Tony stał dłuższą chwilę, oddychając ciężko, z trudem kontrolując złość. W końcu nie wytrzymał, rzucił telefonem o podłogę. Nie obchodziło go, że go zniszczy, obchodził go teraz tylko szef.
- Ten sukinsyn ma Gibbsa!
- Co teraz zrobimy? – zapytała Kate.
- Znajdziemy tego drania. – powiedział poważnie Tony. - A wtedy sam się przekona co to znaczy ból. McGee, namierz telefon Gibbsa. Kate, idziesz ze mną. Musimy znaleźć jego samochód. – rozkazał i ruszył do windy.
- Co jak go znajdziemy?
- Znajdziemy też i tego skurwiela. Abby i inni laboranci niedługo będą wiedzieć, co jest na komórce znalezionej wczoraj w nocy. Może to da nam jakieś wskazówki.
- A jeśli...
Tony odwrócił się nagle i spojrzał groźnie na Kate.
- Żadnych jeśli, żadnych ale. Znajdziemy Gibbsa. Od żadnego z was nie chcę słyszeć żadnych wątpliwości.
Kate i McGee przytaknęli. Jeszcze nigdy nie widzieli, by Tony był tak zdeterminowany. Ale miał racje. Musieli wierzyć, że znajdą Gibbsa. W przeciwnym razie, mogli go już więcej nie zobaczyć.
- Idziemy.
Kate weszła za Tonym do windy. Oboje mieli nadzieje, że nie jest za późno.
