Istnieją dwa powody, które nie pozwalają ludziom spełnić swoich marzeń. Najczęściej po prostu uważają je za nierealne. A czasem na skutek nagłej zmiany losu pojmują, że spełnienie marzeń staje się możliwe w chwili, gdy się tego najmniej spodziewają. Wtedy jednak budzi się w nich strach przed wejściem na ścieżkę, która prowadzi w nieznane, strach przed życiem rzucającym nowe wyzwania, strach przed utratą na zawsze tego, do czego przywykli.

Paulo Coelho

Los w sowich szponach

Przez chwilę nie czuła nic, jakby jej ciało powoli unosiło się w jakiejś bezkształtnej masie, przez którą żaden dźwięk, żadne odczucie nie mogło się przebić. Zupełnie jakby unosiła się w gigantycznej misce pełnej galaretki o dziwnym czarnym kolorze. Dopiero po jakimś czasie zaczęły docierać do niej pojedyncze impulsy z tej drugiej strony. Poczuła powiew ciepłego wiatru na swojej skórze, do nosa wdarł się zapach nagrzanej słońcem ziemi, a uszy rozkoszowały się dźwiękiem śpiewających ptaków. Powoli otworzyła oczy i uśmiechnęła się gdy w pełni zdała sobie sprawę z tego, że wcale nie znajduje się w parku, że nie jest zima i że… znowu ma siedemnaście lat, a pokój, w którym się obudziła wygląda dokładnie tak jak go zapamiętała. Jej uśmiech powiększył się jeszcze bardziej, gdy spojrzała na wiszący na ścianie kalendarz z zaznaczoną na czerwono datą.

- 1 sierpnia 1997 roku… - przeczytała cicho i momentalnie przypomniała sobie rozmowę ze Scrimgeourem odnośnie testamentu dyrektora oraz dziwne przedmioty, które zostawił im w spadku. Wtedy rzeczywiście nie zdawała sobie sprawy z tego, jak użyteczne okażą się te rzeczy, dziś jednak wiedziała o tym doskonale. – Czyli, że jeszcze nie było ślubu, jeszcze nie musieliśmy uciekać… - mruczała do siebie podnosząc się z łóżka i podchodząc do okna. Jej umysł nie pracował na najwyższych obrotach, wciąż była trochę zamroczona podróżą w czasie, jednak doskonale wiedziała, że nie może jechać z Harrym i Ronem na poszukiwanie horkruksów. Jeśli ma zamiar spełnić swoje marzenia musi wrócić na ten rok do Hogwartu. – Gdy wrócę do zamku nie będę mogła im pomóc, a beze mnie nie dadzą sobie rady… - szeptała wędrując tam i z powrotem od ściany do ściany, nerwowo wykręcając palce i marszcząc brwi w skupieniu. Musiała jakoś przekazać im wszystko, co wie, ale jednocześnie nie mogła im nic powiedzieć. – Chwila… to, że nie mogę mówić nie znaczy, że nie mogę im tego wszystkiego napisać!

Zadowolona usiadła przy niewielkim biurku i jednym ruchem różdżki wyczarowała sobie zeszyt, pióro i atrament. Kolejne machnięcie zablokowało drzwi, gdyż, jeśli pamięć ją nie myliła, Ginny powinna pojawić się w pokoju w ciągu godziny, a to zdecydowanie za mało czasu by spisać wszystko co chciała.

Zamoczyła pióra w atramencie i zawiesiła je nad czystą kartką. Słowa wirowały jej w głowie, wiedziała, że ma tylko kilka godzin do ślubu i właśnie przez to nie mogła się skupić. Zbyt duża presja nie wpływała na nią dobrze. Wzięła głęboki oddech a myśli i wspomnienia same zaczęły układać się w zdania, które swobodnie wypływały spod jej dłoni. Zatraciła się całkowicie w tym by opisać wszystko jak najdokładniej, nie pomijając żadnego szczegółu, który mógł okazać się istotny. Zupełnie nie reagowała na odgłosy z zewnątrz, teraz nie to było ważne. Przecież w jej rękach spoczywał los całego czarodziejskiego świata! Za duża odpowiedzialność. Każda napisana przez nią literka miała mieć decydujący wpływ na przyszłe wydarzenia, brak choć jednego wyrazu mógł spowodować, że coś się nie uda. Drobny błąd, a wszystko może przepaść, zniknąć tak jak znikają sny zaraz po przebudzeniu. Gdy postawiła ostatnią kropkę, odetchnęła z ulgą.

- Chyba o niczym nie zapomniałam… - mruknęła cicho, szukając w głowie zaklęć, które odpowiednio zabezpieczą zeszyt i będą dozowały wiedzę wyważonymi porcjami, raz na dwa dni kolejny fragment. Coś mówiło jej, że lepiej niektóre sytuacje pozostawić własnemu biegowi, dając chłopcom wolną rękę, jednocześnie wciąż kontrolując to co robią. Kontrola, temu właśnie miał służyć zeszyt z notatkami. Nie byłaby sobą, gdyby nie miała na nich oka. – Gotowe! – krzyknęła radośnie machając różdżką i wyczarowując mały wisiorek na cienkim łańcuszku. – Będę was pilnować…

Spakowała wszystko do przygotowanego worka, w którym już wcześniej schowała potrzebne na podróż przedmioty, eliksiry i książki. Łza zakręciła jej się w oku, gdy zdała sobie sprawę z tego, iż nie przeżyje tych wszystkich przygód jeszcze raz i nie weźmie czynnego udziału w unicestwieniu Voldemorta. Otarła ją jednak szybkim i zdecydowanym ruchem. Nie. Ona miała teraz inne zadanie, które wymagało od niej nie tylko sprytu, ale też odwagi. Miała walczyć o swoje marzenia. Za dużo wątpliwości mogło doprowadzić tylko do tego, że znów postąpi tak jak wtedy. Nie mogła na to pozwolić. Nie tym razem.

- Cholera! – krzyknęła, gdy jej wzrok padł na stojący na biurku zegarek. Do ślubu pozostało mało czasu, a ona musiała jeszcze wysłać pilną sowę, inaczej cała ta podróż w czasie okazałaby się fiaskiem. Szybko przekalkulowała w myślach ile czasu zajmie jej zdobycie wszystkich niezbędnych dokumentów, po czym napisała list i wybiegła z pokoju jak oparzona. – Sowa! Sowa! Dajcie mi sowę! Królestwo za sowę! – Zbiegała po skrzypiących schodach Nory, które przy każdym kolejnym kroku sprawiały wrażenie jakby zaraz miały się rozpaść na drobne kawałeczki, krzycząc w niebogłosy. Tak jak przypuszczała, cała rodzina Weasleyów zebrała się w kuchni, aby dowiedzieć się…

- O co tyle krzyku? – spytał Fred, patrząc na nią spod przymrużonych oczu i starając się ze wszystkich sił nie wybuchnąć śmiechem. W głębi serca był wdzięczny za oderwanie ich od przygotowań do ślubu. – Założyłaś jakieś nowe stowarzyszenie? – Zaśmiał się cicho i mrugnął do niej okiem.

- Zamknij jadaczkę matołku! – warknęła Hermiona, jednak uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i z jakimś dziwnym rozrzewnieniem, w końcu nie widziała go tyle lat. – Potrzebuję sowy, natychmiast! Tylko błagam niech to nie będzie Errol ani Świstoświnka – jęknęła, czym wywołała wybuch śmiechu bliźniaków i zmianę koloru twarzy Rona. Gdy na niego spojrzała coś ukuło ją w sercu i znów zobaczyła jego wzrok pełen nienawiści i satysfakcji podczas ogłaszania wyroku. Potrząsnęła głową odganiając tą niezbyt przyjemną dla niej wizję, nie miała teraz czasu na roztrząsanie przeszłości… Przyszłości?

- Możi wziąć moja sowa.

Hermiona uśmiechnęła się do Fleur i szybko przywiązała list do nóżki dostojnej sowy uszatki. Szepnęła ptakowi nadawcę i poprosiła, aby ta nie śpieszyła się z dostarczeniem listu, w końcu w Ministerstwie jeszcze nic się nie zmieniło. Jeszcze, było dobrym słowem, stwierdziła w myślach wzdychając ciężko, gdy jej wzrok podążał za malejącym z każdą chwilą stworzeniem. Ogarnęło ją śmieszne uczucie, gdy zorientowała się, że tylko ona jedna wie jak będą wyglądały następne miesiące w czarodziejskim świecie. Było to coś między ekscytacją a smutkiem. Od tej pory nic już nie miało być takie samo jak wcześniej.

Żeby znać przyszłość należy zrozumieć przeszłość

xXxXxXx

Jedną sprawę miała za sobą. Podczas gdy Molly rozganiała wszystkich do przerwanych obowiązków, ona kiwnęła głową na Harry'ego i Rona, po czym wyszła z kuchni udając się na tyły domu. Oparła się lekko o drzewo i układała sobie wszystko to, co chciała im powiedzieć i jak to miała zrobić. Nie wiedziała jak zareagują na to, że nie wyruszy z nimi na poszukiwania horkruksów, w końcu kilka dni temu nie chciała słuchać Harry'ego, gdy ten nie zgadzał się na jej wyjazd. Ba, ona się na niego wściekła tak jak jeszcze nigdy. Na samo wspomnienie tej „awantury stulecia" jak to później nazwali uśmiechnęła się pod nosem, jednak uśmiech zniknął równie szybko jak się pojawił, gdy usłyszała kroki.

To będzie ciężka rozmowa… westchnęła w myślach i spojrzała na zbliżających się przyjaciół. Gdy jej wzrok spoczął na Ronie, znów coś ścisnęło ją w środku, jakby wielka ręka zaciskała się w pięść na jej sercu, płucach i żołądku. Z trudem przełknęła gulę, która z niewiadomych przyczyn stanęła jej w gardle i starała się uśmiechnąć.

- Hermiono, o co chodzi? – spytał Harry przystając koło niej i kładąc dłoń na jej ramieniu.

Zawsze był dla niej jak starszy brat, którego nie miała. Mogła na niego liczyć w każdej sytuacji i powiedzieć mu o wszystkim, podzielić się troskami i radościami. Wiedziała, że i tym razem zrozumie, choć znowu nie powie mu wszystkiego, ten jeden sekret postanowiła zachować dla siebie. Uśmiechnęła się do niego, po czym usiadła na trawie opierając się plecami o wiśniowe drzewko, którego owoce kusiły swą czerwoną barwą i błyszczącą skórką. Zerwała jedno zielone źdźbło i zaczęła mechanicznie owijać je wokół palca. Za wszelką cenę chciała ukryć drżenie dłoni i odwlec moment, w którym powie im o swojej decyzji. Zawsze gdy się denerwowała pojawiał się odruch, który zmuszał ją do bawienia się różnymi przedmiotami.

- Miona, stało się coś? – chłopcy usiedli po obu jej stronach i spojrzeli na nią z niepokojem malującym się na twarzy. Znali ją za dobrze i doskonale widzieli, jak z zaangażowaniem godnym podziwu nawija źdźbło na palec, próbując ukryć zdenerwowanie.

Westchnęła głęboko zdając sobie sprawę z tego, że nie może przedłużać tego w nieskończoność. Oparła głowę na ramieniu Harry'ego, który otoczył ją ramieniem chcąc dać jej oparcie. Coś mówiło mu, że nie spodoba mu się to, co za chwilę usłyszy. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, po czym odezwała się cichym głosem.

- Nie wyruszę z wami – Zamknęła oczy nie chcąc patrzeć na ich reakcje, cóż tu ukrywać bała się tego, co może zobaczyć w ich oczach. Zawód, smutek? Ponownie napełniła płuca powietrzem, wsłuchując się w ciszę, jaka zapanowała po jej słowach. – Nie mogę z wami pojechać… Czuję, że muszę wrócić do zamku. Potrzebujemy tam kogoś, kto będzie miał oko na wszystko, a przecież nie możemy narażać Ginny. – Wiedziała, co mówi.

Jej przyjaciółka opowiedziała jej swego czasu, ze wszystkimi szczegółami o tym jak wyglądała nauka podczas tego roku, gdy ich nie było. Nie mogła pozwolić na to by to wszystko się tak skończyło. Dobrze wiedziała jak Ginny zmieniła się pod wpływem tamtych wydarzeń i choć udawała, że wszystko jest tak jak dawniej wciąż ją to bolało i wciąż o tym myślała, zadręczając się podobnie do Hermiony pytaniami w stylu „Co by było gdyby…?". Skoro więc miała możliwość spełnienia swoich marzeń, dlaczego nie mogłaby spróbować spełnić marzeń swojej najlepszej przyjaciółki, która podobnie jak ona, skrywała na dnie swego serca tajemnice? Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu, albo przynajmniej sprawię, że Gin będzie naprawdę szczęśliwa.

- Hermiono, nie sądzę, żeby twój powrót do zamku był dobrym pomysłem – Z rozmyślań nad Ginny wyrwał ją zmartwiony głos Harry'ego. Jego zielone oczy patrzyły na nią z prawdziwą troską. – Wiesz, że nie będzie tam bezpiecznie dla osób o twoim pochodzeniu – powiedział głaszcząc ją po głowie, jakby chciał jej dodać otuchy. Dziewczyna uśmiechnęła się w duchu, na myśl o kolejnym małym sekrecie, który przed nim ukrywała. Nie mogła go im wyjawić teraz, ale wszystko opisała w liście dołączonym do zeszytu.

- Nie martw się Harry, nic mi nie będzie – Podniosła głowę z jego ramienia i uśmiechnęła się do niego ciepło. – Dam sobie radę, wy z resztą też. Wszystko, co potrzebne znajdziecie w tym woreczku – Podała sakiewkę chłopakowi, który spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Zapakowałam tam z drobną pomocą magii rzeczy, które mogą się przydać – Uśmiechnęła się do nich przebiegle. – Jest tam też list. Przeczytajcie go jak zostaniecie sami i proszę, nie pytajcie mnie później o nic – To powiedziawszy wstała i ruszyła w kierunku Nory, by przygotować się do ślubu.

- Hermiono, poczekaj! – Była już w połowie drogi kiedy usłyszała Rona, który biegł w jej kierunku. Zatrzymał się tuż przed nią, sapiąc lekko i chwytając ją za dłonie, na co skrzywiła się nieznacznie.

Spodziewała się, co zaraz usłyszy i szczerze mówiąc bała się tej rozmowy bardziej niż zastępu Śmierciożerców czy latania na miotle. No tak, w końcu tego pierwszego nie bała się w ogóle, nie ze swoją wiedzą, a to drugie okazało się nie być takie straszne jak sądziła. Kąciki ust jej drgnęły, jednak starała się zachować powagę. Spojrzała w niebieskie oczy swojego najlepszego przyjaciela i czekała na to, co powie, sama dokładnie wiedząc, jaka będzie odpowiedź.

- Hermiono, bo ja… - Chłopak zaciął się a jego uszy przybrały kolor dojrzałych wiśni, które kusząco zwisały z ciężkich gałęzi otaczających ich drzew. Wciągnął głośno powietrze i spojrzał na nią pewnie. – Hermiono, zakochałem się w tobie bez pamięci i chciałem żebyś o tym wiedziała. Wydaje mi się, że ja też nie jestem tobie obojętny… Nie proszę, nie przerywaj mi… - Uciszył ją, gdy ta otwierała usta by coś powiedzieć. – Wydaje mi się, że ty też coś do mnie czujesz, że… wiem to może głupio zabrzmi, ale wydaje mi się, że ty też mnie kochasz… - przerwał, aby przełknąć ślinę i spojrzał w czekoladowe oczy dziewczyny zatapiając się w nich do reszty. – Obiecaj mi, że na mnie poczekasz.

No i stało się. Powiedział jej to, czego tak bardzo bała się usłyszeć a mimo to poczuła się jakby ta sytuacja była zupełnie nowa. Wszystko, co sobie zaplanowała wyleciało jej z głowy, miała zaćmienie, totalną pustkę. Zawsze tak się działo, gdy na nią patrzył, tymi swoimi niebieskimi ślepiami. To, dlatego w poprzednim, jeśli mogła je tak nazwać, życiu zgodziła się na ślub i całą tą wieloletnią maskaradę. Jednak nie tym razem, nie mogła pozwolić na to, by cokolwiek przeszkodziło jej w próbie spełnienia swojego marzenia.

Nagła złość i gniew ogarnęły jej umysł i podsuwały różne słowa, których tak naprawdę nie chciała powiedzieć. Bo co, jak co, mimo tego, że wciąż w jej głowie świeże były wspomnienia tego jak zabrał jej dzieci, jak ją potraktował i jak przez te wszystkie lata trzymał pod złotym kloszem, to nie mogła w tym momencie mu tego wygarnąć. Teraz był jeszcze jej najlepszym przyjacielem, zakochanym w niej bez pamięci. Cholera! Przecież on już teraz wymaga na mnie obietnicę! Niektóre obietnice przekraczają nasze możliwości. O nie Ronaldzie, tak nie będziemy grać. Znam cię na wylot i dobrze wiem, że pod tym zdaniem kryć się może Przysięga Wieczysta, albo inne pieroństwo… sapnęła w myślach starając się ze wszystkich sił uspokoić oddech i usunąć te cholerne błyskawice z oczu, co wcale nie okazało się takie łatwe.

- Ron… - zaczęła cicho, drżącym głosem, który chłopak omylnie odczytał jak znak wzruszenia. Przysunął się bliżej i objął ją w pasie, a w Hermionie się zagotowało. Odsunęła się od niego nieznacznie, a kąciki ust zadrgały jej nerwowo, gdy spojrzała na jego zdezorientowaną minę. Mogła sobie wyobrazić, co teraz dzieje się w jego głowie, prawie widziała jak trybiki pracują mozolnie starając się zrozumieć jej zachowanie i była bardziej niż pewna, że chłopak wyciągnie pochopne wnioski. Nie mogła do tego dopuścić. Nie tym razem. – Wiesz, bardzo pochlebia mi to, co powiedziałeś, to, że darzysz mnie takim uczuciem, ale chyba błędnie odczytałeś moje zachowanie – Spojrzała mu prosto w oczy. – Kocham cię, ale tylko i wyłącznie jak najlepszego przyjaciela, jak brata, którego nigdy nie miałam. Ty i Harry jesteście najważniejszymi osobami w moim życiu i nie chcę, cię zranić Ron, ale nic z tego by nie wyszło. Nie kocham cię jak chłopaka czy potencjalnego męża i nigdy nie pokocham w taki sposób – Wzięła głęboki oddech i odsunęła się jeszcze kilka kroków dostrzegając, że twarz Rona już przypominała kolorem dojrzałego buraka. – Wiem, że pewnie jesteś teraz na mnie zły, że czujesz się odrzucony, ale tak będzie lepiej. Nie chcę, żebyś żył nadzieją, na coś, co nie ma przyszłości.

To powiedziawszy odwróciła się, oddychając głęboko i zrobiła kilka kroków dalej, jednak znów zatrzymał ją głos przyjaciela, teraz drgający od hamowanej złości.

- Masz kogoś?

- Nie Ron, nie mam nikogo… - Odpowiedziała nie odwracając się i uśmiechając lekko na myśl, że być może wkrótce ktoś się pojawi. – Wróć do Harry'ego i przeczytajcie list. Zostało już mało czasu.

Odeszła, zostawiając chłopaka z mętlikiem w głowie. Wiedziała, że prędzej czy później poradzi sobie z odrzuceniem. Nie to było teraz jej największym zmartwieniem, akurat w porównaniu do innych sprawa Rona była rozmiarów główki od szpilki albo mniejszych.

xXxXxXx

Przeznaczenie to nie wyroki opatrzności, to nie zwoje zapisane ręką demiurga, to nie fatalizm.

Przeznaczenie to nadzieja.

Andrzej Sapkowski - Pani Jeziora

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi rozświetlając niebo paletą żółci, pomarańczy i czerwieni. Pojedyncze chmury poddały się działaniom promieni, przekształcając się w ruchome płótna najwybitniejszego artysty świata, Matki Natury. Zmrok powoli otulał świat, biorąc w ramiona nagrzaną słońcem ziemie, niczym kochanek bierze w ramiona swoją ukochaną. Delikatne kropelki rosy powoli pojawiały się na liściach i źdźbłach trawy, a gdy padły na nie ostatnie promienie słońca roziskrzyły się niczym najprawdziwsze diamenty.

Ogród państwa Weasley jarzył się światłem tysiąca świec, rozmieszczonych wśród trawy i unoszących się nad głowami zebranych gości, którzy rozsiadając się wygodnie na krzesłach rozglądali się podziwiając piękno przygotowanego miejsca. Śnieżnobiałe płótno rozpostarte nad ich głowami przypominało skrzydła ptaka szybującego bezpiecznie po bezkresnym niebie. Białego gołąbka nadziei i wiary, które każdy trzymał w swoim sercu. Bukiety delikatnych białych lilii i czerwonych róż roznosiły po całym ogrodzie przyjemny, kojący zmysły zapach. Widok pary młodej składającej sobie właśnie przysięgę wiecznej miłości, napełniał serca zebranych nadzieją na lepsze jutro. Bo w tych trudnych czasach każdy taki moment był na wagę złota.

Hermiona siedziała przy jednym ze stolików i niewidzącym wzrokiem patrzyła na wirujące na parkiecie pary. Sama nie tańczyła, nie miała ochoty. W głębi serca dziękowała Harry'emu i Ronowi za to, że uszanowali jej prośbę i nie rozmawiali z nią, nie wypytywali, nie podchodzili. Jedynie podczas ceremonii Harry wcisnął jej w dłoń małą karteczkę, na której napisane jego koślawym pismem widniały dwa słowa „Rozumiem. Dziękuję.". Czyżby domyślał się co było powodem jej decyzji? Uśmiechnęła się na tę myśl, która niczym niesforny zając przeleciała przez głowę, jednak nie pozwoliła jej dłużej zagrzać tam miejsca. Musiała skupić się na wykonaniu pierwszej części planu, od której wszystko zależało. Przyszłość jej marzenia, jak i jej przyszłość wisiały teraz na włosku i wszystko było w jej rękach i, o zgrozo, w rękach człowieka, który gardził nią jak nikim innym na świecie.

- Już niedługo – mruknęła do siebie, niedbale upijając łyk francuskiego białego wina ze swojego kieliszka, drugą dłonią sprawdzając czy jej różdżka jest na miejscu. Od niechcenia spojrzała na zegarek. – Za dziesięć minut zacznie się przedstawienie – Uśmiechnęła się do siebie i prawie niezauważalnie poprawiła włosy. Wiedziała, że chłopcy bacznie ją obserwują, jednak sama nie odważyła się na nich spojrzeć. Jej głowę zaprzątała teraz sowa, w której pazury powierzyła swój los.

Myślami daleko, wśród marzeń, w świecie gdzie sny stają się rzeczywistością.

Nadziejo!

Zabierz mnie tam i pozwól zostać na zawsze.

Albo pozwól uwierzyć, że na tym świecie też może być pięknie

Nadziejo!

Nie pozwól, aby strach przed działaniem wykluczył mnie z gry o moje szczęście…