Zły czyn, niczym ziarnko piasku w oko wpada, przeszkadza, drażni i zawadza, nie trudno jest naprawić błąd, do tego trzeba słów i rąk...
Ludzie często popełniają błędy...
Lecz najgorszym błędem jest popełnić błąd i nie starać się go naprawić...
Wesele
Wielka rezydencja, otoczona ze wszystkich stron gęstym lasem, pogrążona była w mroku. Nie był to jednak mrok, jaki panuje w opuszczonych domach, gdzie nie pali się żadne światło. Nie. Każde z okien ogromnego domu rozświetlone było płomieniami pochodni i świec. W środku widać było niezliczoną ilość postaci przechodzących z miejsca na miejsce, dyskutujących ze sobą, gestykulujących. Tak, zdecydowanie ten dom był pełen życia, jednak mrok wdzierał się w serce każdego, mrożąc je swym chłodem i zmuszając do przywdziania maski obojętności i skrywania swych uczuć głęboko w środku, zamkniętych na kłódkę, do której nikt, lub prawie nikt, nie miał klucza.
- Ojcze… - Młody dziedzic Malfoy Manor zapukał cicho do gabinetu, w którym siedział jego rodziciel, tak zmieniony po pobycie w Azkabanie. Jednak Lucjusz nie stracił nic z swojej dumy, a blizny i zmarszczki dodały mu tylko powagi. Kiwnął dłonią na syna, by ten wszedł, i wyjaśnił o co mu chodzi. Malfoy Senior nie miał siły na besztanie pierworodnego za przeszkadzanie mu, gdy wyraźnie prosił o nie niepokojenie go bez potrzeby, lub i z nią. Po prostu chciał mieć chwilę spokoju, ale doskonale wiedział, że w tych czasach nie ma co na to liczyć. – Ojcze… - Draco skłonił się delikatnie i podszedł bliżej. On też nie wyglądał najlepiej, jednak nikt zdawał się tego nie zauważać. – Przyszedł do ciebie list, ojcze – powiedział chłopak podając rodzicielowi beżową kopertę i udając się do wyjścia.
- Draconie… - Głos Lucjusz również się zmienił, stał się bardziej zachrypnięty i stracił dużo ze swojej mocy. Młody Malfoy nie chciał tego przyznać, ale wiedział, że jego ojciec jest już tylko cieniem tego człowieka, którym był przed pojmaniem i uwięzieniem. Wiedział też, że to na nim spoczywa odpowiedzialność za honor rodziny i w głębi swojej czarnej duszy wył z rozpaczy. Nie chciał tego ciężaru, ale nie mógł zawieść matki. Wszystko co robił, robił z myślą o niej. Bo gdyby on zawiódł, to Narcyza poniosłaby największą karę, a do tego nie mógł dopuścić.
- Tak, ojcze? – spytał, stając za oparciem ojcowskiego fotela.
- Zapadła decyzja w twojej sprawie… - Lucjusz obracał kopertę w dłoniach przyglądając się jej badawczo. Mimo swojej porażki wciąż był jednym z zaufanych Czarnego Pana, jednym z Wewnętrznego Kręgu. – Wracasz na ten rok do Hogwartu. – Draco zadrżał na samą myśl o powrocie do tego zamku. Nie wyobrażał sobie tego, szczególnie po wydarzeniach z zeszłego roku szkolnego. – Będziesz rozbijał popleczników Pottera od środka i starał się dowiedzieć jak najwięcej na jego temat. Ze sprawdzonych źródeł wiemy, że nie wróci on do szkoły, więc spróbujesz dowiedzieć się gdzie przebywa.
- Oczywiście, ojcze. – Draco odwrócił się i, zaciskając usta w wąską linię, bezszelestnie opuścił gabinet.
Gdy tylko za chłopakiem zamknęły się drzwi, Lucjusz wypuścił ze świstem powietrze. Przypominał teraz wrak człowieka. Zszarzała skóra wyglądała jak pergamin, który okrywał wychudzone ciało. Z jego stalowych oczu zniknął blask i pewność siebie. Zdawał sobie sprawę, że na niewiele może się już przydać Czarnemu Panu, niewiele może zrobić, aby rozprzestrzeniać jego idee, ale jednak wciąż miał w sobie chęć do walki i działania. Ucieszył się z faktu, że zostanie przydzielony do, wydawałoby się, papierkowej roboty w Ministerstwie Magii. Miał nadawać Status Krwi, przesłuchiwać i decydować. To zadanie mogło mu pomóc wrócić do sił, a wtedy może Czarny Pan znów stwierdzi, że jest potrzebny, że warto mu na nowo zaufać.
Westchnął głęboko i przez moment myślał o swoim synu, o swoim pierworodnym synu, którego skazał na taki sam los, na którego barkach spoczywał teraz honor całej rodziny, w którego rękach znajdowało się życie jego i Narcyzy. Krzywy uśmiech wypłynął mu na twarz, gdyż zdał sobie sprawę, że Draco robi to wszystko dla jego żony, a nie dla niego samego. Wiedział, że nie sprawdził się w roli ojca, jednak póki co nie mógł zrobić nic, aby to naprawić. Za bardzo bał się o życie ostatniego z rodu i o życie swojej żony, którą, na swój pokręcony, malfoyski sposób, kochał. O swoje życie też się bał, chociaż w porównaniu ze śmiercią tych dwóch najbliższych mu osób, jego własna śmierć przyniosłaby mu ukojenie i spokój. Jednak jeszcze nie teraz, najpierw musiał sprawić, by jego syn poczuł, że ma tatę, nie ojca. Prawdziwego tatę, który jest w stanie zrobić wszystko dla swojego dziecka, a nie ojca tyrana, który tylko karze i rozkazuje. Pragnął też, aby Draco miał szczęśliwą, kochającą się rodzinę, i przytulny dom, do którego wracałby z przyjemnością po ciężkiej pracy. Tak, w Lucjuszu zaszła potężna zmiana, której zdawałoby się nikt, póki co, nie zauważył, na jego szczęście.
Każdy może być ojcem, lecz tylko ktoś wyjątkowy będzie Tatą …
Odganiając od siebie rozważania, Malfoy Senior zgrabnym ruchem otworzył kopertę i wyjął z niej kartkę równo zapisaną drobnym pismem. Jego oczy prześlizgiwały się po tekście, a z każdym kolejnym zdaniem na twarzy pojawiał mu się wyraz zdumienia i zainteresowania. Gdy skończył czytać, schował list do wewnętrznej kieszeni szaty i złączył palce dłoni spoglądając w ciemność za oknem.
- No, no, no… Nasza kochana szlama prosi o przesłuchanie w sprawie statusu krwi. Ciekawe… Skąd wiedziała, że to ja będę się tym zajmował… - zastanawiał się przez chwilę, jednak nie wymyślił nic, co wydałoby mu się prawdopodobne. – Spytam ją o to na przesłuchaniu – Uśmiechnął się typowym malfoyskim uśmiechem, po czym pstryknął palcami, a u jego stóp pojawił się dygoczący skrzat domowy. – Wnerwek! Poproś panią Bellatrix, by do mnie przyszła! Natychmiast! – Skrzat pokłonił się nisko po czym zniknął z cichym pyknięciem.
Lucjusz oparł się wygodniej o oparcie fotela i cierpliwie czekał na przyjście siostry swojej żony. Po chwili usłyszał szybkie kroki i trzaśnięcie drzwi o ścianę. Uśmiechnął się delikatnie.
- Mam nadzieję, że to ważne! Za chwilę mamy wyruszyć na ślub Weasleya – warknęła kobieta podchodząc do szwagra i spojrzała na niego spod zmrużonych powiek.
- Jeśli na tym weselu znajdzie się szlama Granger, zostaw ją w spokoju – mruknął do niej nieznoszącym sprzeciwu tonem, który i tak był tylko namiastką jego wcześniejszego.
- A to niby dlaczego? Chętnie potraktuję tę przeklętą, brudną szlamę kilkoma miłymi klątwami – odpowiedziała, nic nie robiąc sobie z tego, co mówił jej szwagier. Miała w końcu niewyrównane rachunki z tą smarkulą i nie zamierzała odpuścić. Szczególnie że ostatnio zainteresował się tą gówniarą Czarny Pan, co wywołało w niej dziwną zazdrość, wydawałoby się bezzasadną. – Podaj mi chociaż jeden powód, dla którego mam sobie odpuścić tę przyjemność.
- Podam ci nawet dwa, Bello – warknął Malfoy patrząc na nią groźnie. – Po pierwsze, Czarny Pan jest nią zainteresowany i nie byłby zadowolony gdyby zginęła bądź stała się roślinką – Wyraźnie pił tutaj do sytuacji z Longobottomani, co spowodowało tylko wściekłe prychnięcie jego szwagierki. – A po drugie, panna Granger zgłosiła się na przesłuchanie w sprawie nadania statusu krwi, a dobrze wiemy oboje, że ona nie ma co liczyć na nic innego jak status Szlamy. A wtedy… - uśmiechnął się drapieżnie.
- Rozumiem – Na jej twarzy wykwitł podobny drapieżny uśmiech. – Niech będzie i tak – dodała po czym skierowała się w stronę drzwi.
- Przekaż jej Bello, że przesłuchanie odbędzie się 3 sierpnia o godzinie 12, tak jak prosiła – powiedział Lucjusz, w odpowiedzi otrzymawszy tylko pomruk i trzaśnięcie drzwiami. – No, to się zabawimy z naszą szlamą – mruknął do siebie zacierając ręce.
xXxXxXxXx
Pary wirowały na parkiecie w rytm spokojnej melodii, którą wygrywał zespół. Fleur tańczyła z Arturem, śmiejąc się z tego, co ten mówił, jednak co jakiś czas zerkała na swojego męża z ogromną czułością w oczach. Bill porwał do tańca matkę swojej żony, Apolonię Delacour, i, choć odpowiadał na jej pytania, spojrzenie miał utkwione w swej ukochanej. Powietrze przesiąknięte było miłością i spokojem.
Hermiona westchnęła cicho i odwróciła wzrok. Poczuła ukucie w sercu, po raz pierwszy zdając sobie sprawę z tego, że być może jej ukochany nigdy nie będzie tak na nią patrzył. Uderzyło w nią to, ile trudności będzie musiała pokonać, by spełnić swoje marzenie, i że, być może, przegra. Jednak wolała zaryzykować i przegrać, niż odpuścić, i później żałować, tak jak robiła to przez trzynaście lat, będąc najpierw narzeczoną, a później żoną Rona.
Potrząsnęła głową, odganiając od siebie przykre wspomnienia szlochów tłumionych przez poduszkę i łez w nią wsiąkających, gdy kolejną noc płakała nad swoją jedyną miłością, którą przecież sama zabiła, gdyż w momencie wypowiadania zaklęcia nie wiedziała, kto krył się pod maską. Zacisnęła oczy, aby odgonić natrętne wspomnienia, które zalewały jej umysł, przynosząc ból, który od tamtej nocy towarzyszył jej dzień w dzień i, mimo że wiedziała, iż to się jeszcze nie zdarzyło, nie opuściło jej ani na moment. Świadomość, że dwa słowa, które padły z jej ust, pozbawiły życia osobę, którą kochała, zabijała ją od środka, ale nie sprawiło to, że przestała kochać.
Czasami wystarczy kilka słów, by bezpowrotnie zabić miłość.
Ale nie tę prawdziwą. Ona trwa wiecznie, bo ona pozostaje na zawsze.
W pamięci, w myślach i w sercu.
Spojrzała na zegarek i adrenalina uderzyła jej do głowy. Już za moment zjawi się patronus informujący o zabójstwie Ministra Magii, a chwilę później pojawią się Śmierciożercy. Spojrzała wymownie na Harry'ego, który w lot pojął, o co chodzi. Kiwnął głową na znak, że rozumie, i uśmiechnął się do przyjaciółki pokrzepiająco, zupełnie jakby mówił „powodzenia". Odpowiedziała mu tym samym, a w jej oczach zakręciły się łzy strachu. Bo bała się o Rona i Harry'ego, i to bardzo. Harry przeprosił Ginny, z którą tańczył, i podszedł do przyjaciela. Wciąż patrząc na Hermionę, chłopcy wycofali się w stronę, gdzie nie było gości, i w napięciu oczekiwali rozwoju wydarzeń.
Dziewczyna jeszcze raz przeleciała wspomnienie, które w jej głowie zapisało się dość chaotycznie, i wyciągnęła różdżkę, gotowa obezwładnić Rockwooda, który to, niby przez przypadek, rzucił Crucio na Molly Weasley. Nie mogła do tego dopuścić, nie tym razem, kiedy miała wszystko pod kontrolą. Ta gra odbędzie się według moich zasad pomyślała i skupiła się maksymalnie na tym, co miała zrobić. Nic więcej się w tym momencie nie liczyło, tylko pierwsza rozgrywka w grze o jej szczęście i pokój na świecie. Brzmię jak kandydatka na miss świata. Pragnę pokoju na świecie i bla bla bla... prychnęła w myślach, uśmiechając się delikatnie.
Wśród gości zawrzało, gdy znikąd pojawił się srebrny ryś mówiący głosem Kingsleya Shacklebolta i informujący o morderstwie Ministra Magii i Śmierciożercach, którzy wyruszyli, aby znaleźć Harry'ego na weselu. Zapanowała lekka panika, Hermiona jednak była spokojna i pewną ręką trzymała różdżkę wycelowaną dokładnie w miejsce, gdzie pojawią się wysłannicy Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Rzuciła jeszcze okiem na Harry'ego i Rona, którzy dokładnie w momencie, gdy pojawili się ubrani w czarne szaty osobnicy, zniknęli teleportując się. Odetchnęła cicho, myśląc, że przynajmniej ta część się udała. Z powrotem utkwiła wzrok w przybyszach i, odnalazłszy Rockwooda, który już unosił różdżkę, nie zastanawiała się ani chwili.
- Drętwota! – Czerwony płomień ugodził mężczyznę prosto w twarz, unieruchomił go skutecznie i spowodował bolesny upadek na drewniany parkiet. W głębi siebie Hermiona uśmiechnęła się triumfalnie, jednak jej twarz pozostała niewzruszona.
Wśród Śmierciożerców zawrzało, sądzili oni, że nikt nie ośmieli się ich zaatakować, jeśli sami nie rzucą pierwszego zaklęcia. Mylili się jednak. Bellatrix rozejrzała się wśród gości, aż jej wzrok padł na wyprostowaną dziewczynę, która dalej stała z wyciągniętą w ich stronę różdżką i w ogóle nie wyglądała na zdenerwowaną. Z jej twarzy biła pogarda i pewność siebie, a oczy rzucały groźne błyski na nieproszonych gości.
- Panna Granger… - Lastrange zacmokała cicho i obracając swoją różdżkę między palcami odwróciła się w stronę dziewczyny. – Wyjątkowo przybyliśmy tutaj z pokojowymi intencjami, miało nie być rzucania zaklęć ani tym podobnych rzeczy z naszej strony, i liczyliśmy, że i wy się podporządkujecie – Na jej usta wypłynął ironiczny uśmiech. – Jednak nasza główna szlama musiała się wyłamać.
- Och, Bello, wybacz mi, proszę, moje jakże haniebne zachowanie. – Hermiona skłoniła się głęboko, patrząc wyzywająco w oczy swojej rozmówczyni, weselnicy natomiast zadrżeli z niepokoju. – Oczywiście pohamowałabym się od rzucania zaklęciami w was, drodzy goście, jednak zmuszona byłam przeciwdziałać zamiarom Augustusa.
- Jakim zamiarom? – Bella była widocznie zdziwiona i, o dziwo, dała to po sobie poznać. Przecież każdy z obecnych tutaj Śmierciożerców dostał rozkaz od samego Czarnego Pana, aby nie używać zaklęć, jeśli nie będzie to konieczne.
- Sama go spytaj… - mruknęła Hermiona na tyle głośno, że usłyszał ją każdy, po czym cofnęła zaklęcie.
Z kpiącym uśmieszkiem przypatrywała się mężczyźnie, który podniósł się chwiejnie na nogach i spojrzał na nią z nienawiścią w oczach, celując różdżką prosto w jej serce.
- Augustusie! – Syk Lastrange spowodował, że skulił się w sobie i spróbował się wycofać na tyły. – Czy zamierzałeś rzucić w kogoś urokiem, zanim panna Granger cię obezwładniła?
- Niieee… - wyjąkał, choć nie zabrzmiało to zbyt przekonywująco.
- Rockwood, przestań udawać głupszego niż jesteś – Hermiona nie mogła powstrzymać się od komentarza, po którym na ustach kilku innych Śmierciożerców pojawiły się ironiczne uśmieszki. – Dobrze wiem, że miałeś zamiar potraktować Molly Weasley klątwą Cruciatus, więc łaskawie przyznaj się od razu i nie zmuszaj Bellatrix do zaglądania do twojego umysłu. Sądzę, że nie byłoby to miłe doświadczenie – Kilka osób, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie, wybuchło śmiechem. Nawet Lastrange zadrgały kąciki ust i musiała przyznać, że ta mugolaczka ma naprawdę cięty język.
- Czy to prawda? – spytała obojętnym tonem odganiając od siebie myśli na temat dziewczyny, a gdy mężczyzna przytaknął, syknęła coś do niego. Musiało to być coś przerażającego, gdyż jego twarz stała się niemal przeźroczysta ze strachu. – Dziękuję, Granger… - mruknęła w jej stronę Bella i skłoniła lekko głowę. Coraz bardziej intrygowała ją ta szlama, która, wydawałoby się, w ogóle się nie bała. Jednak kolejne zdanie wypowiedziane przez tą młodą czarownicę wprawiło ją w niemałe zdziwienie. W jej czarnym umyśle zaczęła formować się nawet teoria spiskowa na temat szpicla wśród jej sprzymierzeńców, w końcu jak inaczej wytłumaczyć można było słowa Granger?
- Widział ktoś z weselników Harry'ego Pottera? – spytała Hermiona znudzonym tonem, oglądając przy tym swoje paznokcie tak, jakby były najciekawszym zjawiskiem na świecie. W środku płakała ze śmiechu, wyobrażając sobie, co musi dziać się w głowach tych biedaków.
- Nie…
- Ja go nie widziałem…
- To miał tu być Potter?
- Nie było go tu…
Z tłumu weselników padały coraz to nowe zaprzeczenia, które wprawiły Śmierciożerców w jeszcze większe zdziwienie. Przecież byli pewni, że znajdą Pottera na tym weselu. Jednak okazało się, że się mylili, i ich przybycie okazało się bezsensowną stratą czasu.
- Skoro Pottera tu nie ma, na nas już czas – rzuciła Bellatrix rozeźlonym tonem i odwróciła się z zamiarem odejścia. Jednak, przypomniawszy sobie o słowach szwagra, spojrzała na Gryfonkę i rzuciła niedbale: – Granger, twoje przesłuchanie w sprawie nadania statusu krwi odbędzie się trzeciego sierpnia o dwunastej w Ministerstwie, nie spóźnij się. – Po tych słowach wraz z resztą Śmierciożerców teleportowała się. Zanim zniknęła w jej głowie pojawiła się myśl dotycząca brązowowłosej dziewczyny. „Ta mała jest niezła!"
xXxXxXxXx
Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los.
Paulo Coelho - Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam...
Hermiona opadła na krzesło ze świstem wypuszczając powietrze z ust. Adrenalina odeszła z jej ciała i dopiero teraz poczuła lekki strach oraz to, jak boleśnie napięte były jej wszystkie mięśnie. Była z siebie dumna, choć, patrząc na to wszystko obiektywnie, doszła do wniosku, że zachowała się bardzo lekkomyślnie.
- I jakim cudem mogłam powiedzieć to, że Rockwood chciał rzucić Cruciatusa? – szepnęła do siebie, starając się racjonalnie wytłumaczyć to, co zaszło. Według tego, co mówił ten starzec w parku, nie mogła nikomu wyjaśnić tego co wie, a tymczasem bez problemu wyjawiła zamiary mężczyzny innym. – Jak to się stało?
- Nikt nie powiedział, że nie możesz odpowiadać na pytania, które dotyczą rzeczy oczywistych. – W jej głowie odezwał się głos bardzo podobny do głosu starca z parku. – W każdym innym wypadku słowa nie wypłynęłyby ci z ust.
Westchnęła ciężko. Teraz przynajmniej wiedziała, jak skończy się chęć wyjawienia prawdy komukolwiek. Po prostu zaniemówię… Świetnie! pomyślała smętnie. Po chwili poczuła na ramieniu ciepłą dłoń. Podniosła wzrok i spojrzała w brązowe oczy Molly Weasley, które wyrażały wdzięczność i podziw.
- Byłaś bardzo dzielna, Hermiono. – Pogłaskała ją po włosach jak córkę. – Dziękuję ci.
- To drobiazg, pani Weasley, każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. – Uśmiechnęła się delikatnie wiedząc, że ma rację.
Wszyscy kochali tę kobietę, która dla każdego starała się być niczym matka, zawsze racząc radą i dobrym słowem. Cóż z tego, że czasem jej wrzaski mogły obudzić umarłego, skoro wszystko robiła z myślą o bezpieczeństwie najbliższych. Hermiona westchnęła cicho, zdając sobie sprawę, że żałuje, iż Molly nie będzie jej teściową. Ale trudno, taką podjęła decyzję, i nie mogła się teraz cofnąć.
Nagle rudozielona plama podbiegła do niej i chwyciła za rękę, ciągnąc jak najdalej od zbiegowiska. Gdy znalazły się już w bezpiecznej odległości, Ginny puściła jej dłoń i spojrzała na nią groźnie.
- Jakie do cholery przesłuchanie w sprawie nadania statusu krwi? – warknęła mierząc Hermionę wzrokiem godnym bazyliszka. – To po to była ci ta sowa rano? Skąd wiedziałaś?
- Gin, spokojnie – Brązowowłosa opadła na wilgotną trawę i pociągnęła za sobą młodą Weasley. – Tak, po to była mi ta sowa rano. Nie, nie wiedziałam, że tymi przesłuchaniami zajmą się Śmierciożercy, byłam pewna, że przeprowadzają je normalni pracownicy ministerstwa. – Kłamstwo przeszło jej przez gardło zadziwiająco łatwo. – A nadanie statusu krwi dlatego, że dowiedziałam się niedawno ciekawych rzeczy o moich prawdziwych rodzicach – mruknęła, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że łatwo mogła powiedzieć o tym, co wiedziała już dużo wcześniej. Jakoś marnie to zapobieganie zdradzeniu komuś prawdy działa… przeszło jej przez myśl i uśmiechnęła się lekko, widząc rosnące zainteresowanie w oczach przyjaciółki. Wiedziała, że czeka ją długa opowieść, która będzie bliższa prawdzie niż wszystko to, co do tej pory powiedziała.
- Jakich prawdziwych rodzicach? – spytała rudowłosa patrząc na nią badawczo. – Przecież twoi rodzice to mugole, dentyści, którzy nie mieli pojęcia o magii, dopóki nie dostałaś listu z Hogwartu! – emocjonowała się dziewczyna, patrząc przenikliwie w twarz przyjaciółki i starając się coś z niej wyczytać. Nie było to takie proste, gdyż Hermiona od rana zachowywała się zupełnie inaczej niż zwykle. Najpierw zamknęła się w pokoju, choć wiedziała, że będzie potrzebna przy przygotowaniach do wesela. Później wysłała tajemniczy list, szepcząc do sowy, żeby się nie śpieszyła. Była zachwycona ubraniem krótkiej sukienki i butów na obcasie, choć nie dalej jak wczoraj narzekała, że będzie musiała ją wydłużyć, a obcasy zmniejszyć. A oprócz tego pomalowała się. To było już za dużo dla Gin. – Gadaj, co jest grane…
- Powiedzmy, że państwo Granger nie są moimi biologicznymi rodzicami…
