To, że ktoś cię kiedyś skrzywdził, że ukochany zawiódł, że przyjaciel zdradził nie jest powodem by pakować z góry każdą napotkaną istotę do jednego worka z nimi.
Albowiem nigdy nie wiadomo czy jutro na rogu ulicy nie spotkasz anioła, który jednym spojrzeniem mógłby odmienić twoje życie i ofiarować miłość.

Przyjaciele

Sierpień mijał pod znakiem dziwnych wydarzeń w świecie mugoli. Morderstwa, zaginięcia, zawalenia budynków, wybuchy gazu. To wszystko i jeszcze więcej podobnych okropności było w porządku dziennym. Gazety rozpisywały się, snując rozważania na temat końca świata, czarnych plam na Słońcu czy inwazji kosmitów. Żaden z normalnych ludzi nie podejrzewał nawet, że te zdarzenia są wynikiem działania niejakiego Lorda Voldemorta, Czarnego Pana, Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, Sam-Wiesz-Kogo czy jak go tam zwali.

Dla Hermiony, która na bieżąco śledziła jego poczynania, wszystko to było powtórką z rozrywki. Niby w swoim poprzednim życiu nie miała takiego dostępu do informacji, jaki posiadała teraz, ale nie byłaby sobą, gdyby po zakończeniu wojny nie przeczytała wszystkich dostępnych i niedostępnych akt i prasy. Westchnęła głęboko, zdając sobie sprawę z tego, że jest już zmęczona ciągłym napięciem, które towarzyszyło jej nieustannie. Złożyła gazetę i odłożyła ją na łóżko, starając się jednocześnie rozmasować dłonią spięte mięśnie karku. Potrzebowała resetu, chwili zapomnienia, która pozwoliłaby jej zebrać siły do dalszych działań. Jak na złość nie mogła pozwolić sobie na odpoczynek, gdyż monitorowanie postępów Harry'ego i Rona wymagało skupienia i ciągłej czujności.

- Brzmię jak Moody - mruknęła zerkając na wisiorek, który póki, co pozostawał zielony. – Na szczęście nic im nie jest…

Powinna czuć się dumna z powodu zaklęcia monitorującego, które rzuciła na swoich przyjaciół, ale wspomnienie pierwszego zastosowania go przysłaniało to uczucie. Obraz z poprzedniego życia towarzyszył jej od kilku dni, sprawiając, że ulatywała z niej cała energia. Konsekwencje podjętej przez nią decyzji przytłoczyły ją w najmniej spodziewanym momencie. Kiedy dowiedziała się, że Tonks jest w ciąży, uderzyła w nią świadomość, że jej dzieci nigdy nie przyjdą na świat, nigdy nie usłyszy radosnego śmiechu Rose, nie weźmie na ręce małego Hugona, nie utuli ich do snu. Te myśli wywołały u Hermiony stan bliski załamaniu nerwowemu. Potrząsnęła głową, odganiając od siebie wspomnienie Rose i Hugona biegających po ogrodzie, i kiedy usłyszała zbliżające się do jej pokoju kroki, szybkim ruchem przetarła wilgotne oczy.

Drzwi otworzyły się szybko i z niesamowitą siłą uderzyły w ścianę. Hermiona spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła stojącą w progu Ginny, która wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć. Jej twarz była czerwona, zwężone oczy rzucały niebezpieczne błyski a pierś falowała od szybkiego oddechu. Bez słowa podeszła do łóżka i rzuciła w dziewczynę kopertą.

- Masz cholerne szczęście, że to ja odebrałam listy ze szkoły – warknęła, krzyżując ręce na piersi.

Brunetka nie domyśliła się, co spowodowało taki wybuch gniewu i wrogości u jej przyjaciółki, dopóki nie spojrzała na drobne literki układające się w dane adresata.

Hermiona Jean Clearblood

Nora, pokój na 3 piętrze

Ottery St. Catchpole

Devon

- Ja… - jęknęła, podnosząc wzrok na rudowłosą, która nie zmieniła swojej pozycji i wciąż wpatrywała się w nią z miną mordercy. – Ginny… - Nie wiedziała, co powiedzieć i jak to wyjaśnić. Nie była gotowa aby opowiedzieć o swoim pochodzeniu, ale mina jej przyjaciółki dała jej do zrozumienia, że nie ma wyboru.

- Nie pytałam cię o nic, tak jak o to prosiłaś – zaczęła najmłodsza córka Wesleyów. Jej głos był cichy i na pozór spokojny, ale dało się wychwycić drżenie zdradzające zdenerwowanie. – Po twoim powrocie z przesłuchania czekałam, aż sama mi wszystko wyjaśnisz, jednak nie sądziłam, że… - zacięła się, patrząc na nią oczami pełnymi zawodu.

- Co chcesz wiedzieć? – spytała panna Clearblood zrezygnowanym tonem, w myślach układając swoją opowieść.

- Wszystko… Mam dość kłamstw i niedopowiedzeń, które otaczają cię niczym mgła od dnia ślubu. – Dziewczyna oparła się o biurko i nie spuszczała z brunetki wzroku. – Chcę wiedzieć, dlaczego list jest zaadresowany do Hermiony Clearblood, a nie Granger. Chcę wiedzieć…

- Gin… - westchnęła brunetka, przerywając jej i zapatrzyła się w okno. – Pamiętasz jak po weselu wspomniałam, że Grangerowie nie są moimi biologicznymi rodzicami? – Rudowłosa skinęła głową, potwierdzając, że nie zapomniała. – Zostałam ukryta w ich domu przez moich prawdziwych rodziców, Clearbloodów. Dowiedziałam się o tym niedawno, gdy na strychu znalazłam pudełko z dokumentami i listem adresowanym do mnie. Okazało się, że jestem córką Adriana Auvray i Jean Clearblood, potomkiem czwórki założycieli i czarownicą o najczystszej krwi na ziemi.

- Co? – Po usłyszeniu tej informacji Ginny zupełnie zapomniała o tym, że miała być wściekła na Hermionę. Patrzyła z niedowierzaniem na brunetkę, która wydawała się być zażenowana tym, co właśnie powiedziała i nerwowo wykręcała palce, unikając jej spojrzenia.

- Przeczytaj… - mruknęła Hermiona, jednym ruchem różdżki przywołując grubą księgę, która z gracją opadła na wyciągnięte dłonie rudowłosej.

Brunetka obserwowała z niepokojem zmiany zachodzące na twarzy młodej Weasley z każdą przeczytaną stroną. Widziała ciekawość, złość, niedowierzanie i wiele innych uczuć, które pojawiały się i znikały niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie była pewna jak przyjaciółka zareaguje na te rewelacje, więc kiedy ta skończyła czytać, a jej usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, odetchnęła z ulgą.

- Czyli, że jesteś… czymś w rodzaju dziedzica całej Wielkiej Czwórki… No pięknie, niech tylko Ron i Harry się dowiedzą!

- Nie! – Hermiona podniosła się szybko i podeszła do Ginny chwytając ją za ramiona. Spojrzała jej prosto w oczy z determinacją godną człowieka, który nie ma już nic do stracenia. – Oni nie mogą się dowiedzieć… Przynajmniej do czasu, aż sama zdecyduję, że powinnam podzielić się tą informacją. – Jej wzrok stwardniał, gdy wypowiadała kolejne słowa. – Nie powiesz o tym nikomu, przyrzeknij!

- Ale…

- Przyrzeknij!

- Przyrzekam… - Ginny pokiwała głową dla potwierdzenia swojej obietnicy, choć zupełnie nie rozumiała postępowania swojej przyjaciółki. Dlaczego Hermiona nie chciała podzielić się z nikim tak ważną informacją? – Chociaż nie rozumiem, dlaczego nie chcesz, aby ktoś się dowiedział…

- Kiedyś wytłumaczę ci wszystko, obiecuję.

Przyjaciel to człowiek, który wie wszystko o tobie i wciąż cię lubi.

Elbert Hubbard - A thousand and One Epigrams

xXxXxXx

- Ty chyba do reszty postradałaś rozum! – Ginny stała naprzeciwko Hermiony i patrzyła na nią z niedowierzaniem w oczach. – Poważnie chcesz iść na Pokątną?

- Co w tym dziwnego? – To właśnie miał być jej sposób na reset, swoisty odpoczynek od zmartwień, który miały zapewnić jej sklepy i wystawione w nich na sprzedaż produkty.

- Nic, zupełnie nic… No, może poza tym, że trwa wojna, co chwilę atakowani i zabijani są zarówno czarodzieje jak i mugole, większość ludzi boi się wychodzić z domów, Śmierciożercy patrolują każdy skrawek magicznego Londynu, ty teoretycznie wciąż jesteś dla nich szlamą, a ja zdrajczynią krwi… Tak, zdecydowanie to zupełnie normalne, że chcesz się wybrać na zakupy…

- Daj spokój, Ginny, nic nam się nie stanie – powiedziała pewnie brunetka i zarzuciła na siebie skórzaną kurtkę. – Poza tym potrzebujemy rzeczy do szkoły – dodała, machając ręką i wychodząc z pokoju.

Doskonale zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, nie była przecież głupia, jednak podświadomie czuła, że musi dziś wybrać się na Pokątną. Poza tym była zmęczona bezczynnym siedzeniem w Norze, które zafundowali jej wszyscy członkowie Zakonu. Że niby jestem za młoda, nie powinnam się narażać. Mój status krwi jest niepewny, bla bla bla… Nie mogę się wychylać, bo będzie źle… Jakby tuż za rogiem czekał na mnie Voldek we własnej osobie… prychnęła w myślach, wspominając swoją ostatnią rozmowę ze starą kocicą, którą co prawda szanowała, ale za to nie zgadzała się z jej decyzjami. Nie było to dziwne, zważywszy na fakt, iż oni wszyscy nie mieli pojęcia o tym, co się wydarzy w ciągu kolejnych miesięcy, a ona – Hermiona Jean Clearblood - doskonale wiedziała, jak owe miesiące będą wyglądać.

Posiadanie wiedzy absolutnej nie było tak przyjemne, jak jej się wcześniej wydawało. Poza innymi wadami nie mogła za bardzo ingerować w kolej rzeczy, gdyż mogłoby to spowodować zbyt wielkie zmiany. Cała ta sytuacja aż za bardzo przypominała jej trzeci rok nauki, kiedy to zmuszona była do maksymalnego wykorzystania swojego sprytu w celu uniknięcia odkrycia tego, że stała się właścicielką zmieniacza czasu. Wtedy jej się udało, ale czymże było chodzenie na wszystkie przedmioty w porównaniu ze świadomością, co będzie miało miejsce w ciągu najbliższych kilku miesięcy i lat?

- Niczym… - mruknęła schodząc po schodach i przekraczając próg kuchni, gdzie stanęła twarzą w twarz z Molly. Hermiona westchnęła głęboko, gdyż miała nadzieję, że uda jej się uniknąć konfrontacji z matką swojej przyjaciółki.

- A wy gdzie się wybieracie, dziewczynki? – Niby niewinne pytanie spowodowało wzmożenie wszystkich procesów myślowych w głowie panny Clearblood. Musiała wymyślić sensowną odpowiedź, która wyjaśniłaby ich długą nieobecność w domu, a jednocześnie nie spowodowałaby u pani Weasley zwiększenia czujności bądź odmowy wyjścia. Już miała się odezwać, gdy zza jej pleców rozległ się spokojny głos Ginny.

- Hermiona chciała pojechać do domu swoich rodziców…

- Tak, dokładnie tak… - przytaknęła gorliwie brunetka, wysyłając przyjaciółce delikatny uśmiech pełen ulgi i wdzięczności. – Chciałam zabrać resztę moich rzeczy, pamiątki i zdjęcia, które po zakończeniu wojny mogą mi pomóc w przywróceniu im pamięci i obłożyć dom zaklęciami ochronnymi – wymieniła bez zająknięcia, gratulując Ginny przebiegłości. Ona powinna być w Slytherinie, ja zresztą też… roześmiała się w myślach po czym, otrzymawszy zgodę Molly, wyszła na podwórko. – Dzięki Gin…

- Daj spokój… - Ruda machnęła ręką, uśmiechając się promiennie. – W końcu ja też uwielbiam zakupy – mrugnęła do Hermiony i chwyciła się jej ramienia, mrucząc pod nosem coś, co brzmiało zupełnie jak Zabierzesz mnie za to do mugolskiego Londynu.

Brunetka uśmiechnęła się szeroko i skupiając wszystkie myśli na Dziurawym Kotle, obróciła się wokół własnej osi.

Lęki prowadzą nas do szaleństwa i niekiedy to jedyny dowód normalności.

xXxXxXx

Teraz chce po prostu zniknąć
mam dość tej szarej rzeczywistości
chce kochać... nie nienawidzieć
chce żyć… a nie trwać!

Jak on miał dość tego przeklętego domu, który teoretycznie należał do niego, ale praktycznie był jakimś pieprzonym hotelem dla ułomnych Śmierciożerców i ich równie zacnego Pana, Czarnego-Pana-Bójcie-Się-Mnie-Wszyscy-Ha-Ha-Ha! Przechadzki po pięknie urządzonych korytarzach, które kiedyś tak uwielbiał, teraz były dla niego istną torturą, tak wielką, że starał się nie wychodzić ze swojego pokoju, jeśli nie było to bezwzględnie konieczne. Bo cóż za przyjemność mogło sprawiać spotykanie tego ścierwa, które niegodne było przebywania w tych murach, a panoszyło się w nich jak u siebie?

Draco rozdygotany wracał do sypialni po kolejnym jakże miłym obiedzie, który już tradycyjnie zmienił się w sesję tortur. Nienawidził torturować ludzi, nie sprawiało mu to przyjemności nigdy, ale dopiero niedawno zdał sobie z tego sprawę. To nie było dla niego, te krzyki, błagania i łzy powodowały, że stawał się rozdrażniony, rozdygotany i niepewny. W takich momentach przeklinał się za chęć zmian. Jako nieczuły dupek umiał odciąć się od tego, nie przejmował się i żył w miarę spokojnie. Co z tego, że to życie nie było prawdziwym życiem, skoro nie powodowało pojawienia się tego stanu, w którym właśnie się znajdował? Wtedy było łatwiej, ale dokonał wyboru i nie było już drogi powrotu.

Wszedł do swojej komnaty z zamiarem rzucenia się na łóżko i przespania następnych kilku godzin. Potrzebował spokoju, aby zebrać siły przed kolacją i kolejną Super-Przyjemną-Sesją-Tortur, którą zapewne już planowano. Tak, zdecydowanie musiał przygotować się na to wszystko psychicznie, a najlepszym sposobem był sen na jego wygodnym, wielkim i zajętym przez Blaise'a łóżku.

- Co do… - Dopiero po chwili dotarło do niego, że jego kolega z roku leży rozwalony na jedwabnej, zielonej pościeli i kręci w powietrzu młynki różdżką. – Możesz łaskawie zwlec swoje śmierdzące cztery litery z mojego łóżka, a później wyprowadzić je za drzwi? – spytał, mrużąc oczy ze zdenerwowania. Mogę dodać do listy Rzeczy, których nienawidzę kolejny punkt. 125 – Nienawidzę Blaise'a Zabiniego na moim łóżku w moim pokoju… A nie, to będzie punkt sto dwudziesty czwarty, bo przecież skreśliłem sześćdziesiąty dziewiąty, a może to był czterdziesty piąty? Niee, to musiał być dwunasty… Rozmyślał nad wykreśloną pozycją swojej listy, która zaburzyła mu kolejność, dopóki coś miękkiego, zielonego i ładnie pachnącego nie uderzyło go w twarz. Spojrzał na bezczelny przedmiot, którym okazała się jego własna poduszka, po czym przeniósł wzrok na leżącego na łóżku bruneta o ciemnej karnacji.

Niektórzy twierdzili, że Zabini jest mulatem, inni, że murzynem, Draco jednak w tym momencie miał w głębokim poważaniu to, jaką mieszanką jest chłopak bezczelnie się z niego śmiejący. W jego własnym domu! W jego własnym, prywatnym i cholernie dobrze urządzonym pokoju!

- Zabini, debilu, jakbyś nie zauważył jestem w wybitnie złym humorze, który dodatkowo popsuła twoja obecność tutaj… - Malfoy mówił spokojnym głosem, w którym wibrowała nutka groźby. – Bądź tak miły i powiedz, co cię tu sprowadza, albo… - Śmiech Blaise'a wwiercał się mu w umęczony umysł i powodował tam jeszcze większe spustoszenie. Nie był w stanie wytrzymać tego dłużej. – ALBO WYNOŚ SIĘ Z TEGO POMIESZCZENIA, TY NĘDZNA IMITACJO CZARODZIEJA! – wrzasnął, w duchu gratulując sobie rzucenia na sypialnię zaklęć wyciszających.

- Na gacie Salazara, aleś ty drażliwy… - mruknął Zabini, po czym z gracją zszedł z łóżka i ruszył w stronę drzwi. – Zwlokłem moje wcale nieśmierdzące cztery litery z twojego łóżka i jestem w trakcie wystawienia ich za drzwi, ale będziesz mi w tym towarzyszył…

- Powaliło cię – warknął Draco odwracając się plecami do kolegi.

- A ja myślałem, że chciałeś iść dziś na Pokątną. No nic, pójdę sam. – Brunet wzruszył ramionami i powolnym krokiem udał się w kierunku drzwi.

Młody Malfoy przez chwilę rozważał jego słowa. To prawda, że chciał iść na Pokątną i poprosił Blaise'a, żeby mu towarzyszył, ale w tym momencie nie był pewny, czy to dobry pomysł. Czuł się zmęczony i rozdrażniony. Teoretycznie taki wypad mógł poprawić mu humor, praktycznie mogło to podziałać w odwrotny sposób. Chociaż wyrwanie się z tego domu, nieważne w jakim celu, było kuszącą opcją.

- Dobra, czekaj… - mruknął, przywołując swoją skórzaną kurtkę i ruszając za Blaise'em. Prychnął na widok szerokiego uśmiechu na twarzy kolegi i wywrócił oczami, gdy ten zaczął radośnie pogwizdywać podczas przechodzenia przez labirynt korytarzy. Czasem mam ochotę zrobić mu krzywdę… Ale wtedy nie zostałby mi już zupełnie nikt… pomyślał, gdy dotarli do wielkich drzwi wyjściowych, nie spotykając nikogo po drodze.

Mimo iż Draco starał się wmówić sobie, że z Zabinim łączyły go stosunki czysto koleżeńskie, wiedział, że nie była to prawda. Diabeł był jedyną osobą, która czasem zostawała dopuszczona do pokręconej psychiki młodego Malfoya, która znała jego słabości i dziwactwa lepiej niż on sam, i która była z nim mimo wszystko i przeciw wszystkim. Gdyby Draco nie był aż tak aspołeczny, zauważyłby, że ma w Zabinim przyjaciela. Od czasu swojego postanowienia zmiany czuł jednak choć tyle, że ten idący koło niego chłopak był ważny w jego życiu. Stanowił kolejną iskierkę nadziei, która lśniła na jego nowej drodze życia.

Jeden stracony przyjaciel - to co najmniej stu wrogów więcej.

Władysław Grzeszczyk

xXxXxXx

Pokątna zupełnie nie przypominała tej ruchliwej, zatłoczonej ulicy, którą wypełniał gwar głosów, a w oczy rzucały się kolorowe wystawy sklepów. Wszędzie było cicho i nad wyraz ponuro, większość witryn zabito deskami, na których wisiały poszarzałe plakaty nawołujące do popierania „nowej" polityki Ministerstwa. Nieliczni kupujący przemykali chyłkiem do kilku otwartych sklepów. Praktycznie na każdym rogu można było zobaczyć postacie ubrane w długie, czarne szaty. Owi ludzie ze złowrogimi uśmiechami na twarzach przyglądali się wszechobecnemu strachowi wywołanemu przez ich mistrza.

Jednym z niewielu tętniących życiem miejsc był, poza ulicą Śmiertelnego Nokturnu, sklep Freda i George'a, którzy swoimi dowcipami starali się dodać kolorów szarej codzienności. Szło im to z nie najgorszym skutkiem, gdyż osoby wychodzące z ich przestronnego magazynu wydawały się na chwilę zapominać o panującym w czarodziejskim świecie terrorze. Nawet poplecznicy Czarnego Pana zaglądali tam z przyjemnością, dając porwać się panującej w środku atmosferze wiecznej zabawy.

Hermiona z szerokim uśmiechem na ustach przechadzała się od jednej witryny do drugiej, w dłoniach dzierżąc list z Hogwartu. Tuż za nią dreptała Ginny, trochę niepewnie rozglądając się dookoła, zupełnie jakby nie mogła uwierzyć w to, że jednak jest na Pokątnej i to w tak niebezpiecznych czasach.

- Ruda, wyluzuj – zagadnęła brunetka, poprawiając wpadające jej w oczy brązowe loczki.

- Łatwo ci mówić – warknęła Weasleyówna.

- Dramatyzujesz… - Hermiona zerknęła kątem oka na dziewczynę idącą po jej prawej stronie i uśmiechnęła się w myślach. Gin mogła mówić co chciała, ale i tak było widać, że cieszy się z wyjścia z domu i z perspektywy zakupów. Ona sama była zadowolona z tego, że w końcu wyrwała się z Nory i spod nieustannej opieki pani Weasley. Dzięki temu wypadowi mogła zorientować się jak wygląda sytuacja w czarodziejskim świecie i o dziwo doszła do wniosku, że nie jest tak źle jak w opowieściach członków Zakonu. – Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy Zakon trochę przesadzał? – spytała towarzyszki, która pokiwała głową, potwierdzając jej przypuszczenia. Czyli tak jak myślałam, Zakon wprowadzał niepotrzebną panikę, choć tak naprawdę niewiele się działo… pomyślała Hermiona, marszcząc delikatnie czoło.

- To gdzie teraz idziemy? – Ginny wyraźnie nie rozpoznawała miejsca, w którym się znajdowały. Była czarownicą czystej krwi, ale niektóre zakątki Pokątnej były jej nieznane. Spojrzała na Hermionę i ze zdziwieniem odkryła, że jej przyjaciółka wygląda jakby doskonale orientowała się w okolicy.

- Idziemy po szaty… - mruknęła brunetka, przyśpieszając kroku, przez co stukot jej wysokich obcasów stał się jeszcze głośniejszy. – Według listu z Hogwartu będziemy potrzebować oprócz szat szkolnych kilka sukienek i, o zgrozo… - Jęknęła, zatrzymując się gwałtownie i wytrzeszczonymi oczami wpatrywała się w pergamin. Czarne literki śmiały się do niej, układając się jednocześnie w słowo, które powodowało u dziewczyny odruch wymiotny. – Oni powariowali…

- Nie chcę nic mówić, ale sklep Madame Malkin jest w zupełnie innej części Pokątnej… - Gin wyglądała na jeszcze bardziej zdezorientowaną niż wcześniej, ale tym razem postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i chwytając Hermionę za łokieć próbowała pociągnąć ją w dobrym kierunku. – Dlaczego powariowali? I, na diadem Roweny, możesz przestać się opierać i pójść ze mną do Malkin?

- Do jakiej Malkin? Idziemy, do Twillfitt&Tatting i bez dyskusji – ucięła, widząc że Ruda otwiera usta, by zaprotestować. – Skoro mamy nosić jakieś obrzydliwe mundurki, to niech przynajmniej będą dobrej jakości!

- Jakie mundurki?

- A o czym ja cały czas mówię? Wymyślili sobie jakieś kompletnie beznadziejne mundurki, które każdy musi nosić obowiązkowo…

- I ty zamierzasz je kupić u Twillfitt'a i Tatting'a?

- Nie ja tylko my, Ginny, i nawet nie próbuj oponować, bo i tak cię nie posłucham - zaśmiała się Hermiona i wystawiła jej język w reakcji na obrażoną minę przyjaciółki. Jakbym wcale nie widziała tych radosnych iskierek w jej oczach… mruknęła w myślach i tym razem ona pociągnęła rudowłosą w odpowiednim kierunku.

Czasem jest tak, że już nawet zakupy nie poprawiają humoru…

xXxXxXx

- Na gacie Merlina, ale nudy… - Draco wybitnie nie miał dziś humoru. Już od kilku godzin włóczył się z Blaise'em po Pokątnej, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo według zegarka Zabiniego minęła niecała godzina od kiedy opuścili Malfoy Manor.

- Przestałbyś marudzić i raczył spojrzeć na listę zakupów do Hogwartu – mruknął Blaise, wykrzywiając wargi w litościwym uśmiechu. Malfoy i te jego napady nudy, złości, smutku, radości… Salazarze, dlaczego ja to jeszcze znoszę? Pomyślał, obserwując jak Draco z niezadowolonym wyrazem twarzy wyciąga list ze szkoły. – Co jest? – spytał, widząc rozszerzające się w szczerym zdziwieniu źrenice blondyna.

- Starego Nietoperza powaliło do reszty…

- Wyrażaj się na temat swojego chrzestnego – przerwał jego wywód Zabini, na co Malfoy tylko machnął ręką i podał mu pergamin. – Nie no, on się musiał nawdychać czegoś w tym laboratorium Lordziny…

- Wygląda na to, że nie unikniemy wizyty w Twillfitt&Tatting – mruknął niezadowolony blondyn, w pamięci na nowo przeżywając niekończące się wizyty w tym najdroższym salonie z szatami dla czarodziejów, jaki można było sobie wyobrazić.

Na twarzach obu młodych mężczyzn pojawił się identyczny grymas frustracji i złości. Obydwoje spędzili w tym sklepie zbyt dużo czasu, gdy zmuszani przez swoje matki musieli mierzyć niewyobrażalne ilości szat, garniturów, smokingów, którym towarzyszyły miliony butów, krawatów, koszul i innego badziewia. Przyznać trzeba, że wszystko było doskonałej wręcz jakości i odpowiadało ich wysokiemu statusowi, ale, na Merlina, ile można?!

- Salazarze miej nas w swojej opiece, kiedy dorwie nas Rosalie… - jęknął Draco, przypominając sobie niezwykle atrakcyjną i nachalną pracownicę salonu.

- Nie przerywaj mi, muszę się przygotować psychicznie na jej szczebiotanie i ten duszący zapach… - mruknął Blaise, zmierzając w kierunku sklepu ze zmrużonymi oczami i wyrazem skupienia na twarzy. – Stary, już mi się zbiera na wymioty…

Z minami męczenników stanęli przed bogato zdobionymi drzwiami, za którymi czekało na nich ich własne, małe piekło na ziemi.

Czasem jeden krok może zmienić wszystko. Wystarczy tylko otworzyć drzwi i dzielnie stawić czoła wszystkim przeciwnościom losu, choćby były tylko wyimaginowane.