10. Mistrzostwa

Igor zajął miejsce na trybunach. Do honorowej loży było temu daleko, ale i tak widok na boisko był imponujący. Po prawej stronie miał ściankę oddzielającą jego sektor od sąsiedniego, po lewej, w najbliższym sąsiedztwie, jakiegoś starszego, brodatego czarodzieja w szkarłatnej szacie.

Finałowy mecz o Puchar Quidditcha wreszcie się rozpoczął.

Karkarow, korzystając z omnikularów, jednym okiem śledził kafla, a drugim Kruma.

Jego sąsiad chyba czynił podobnie. W pewnym momencie mruknął ni to do siebie, ni to w przestrzeń:

— Co za talent! A chłopak ma dopiero osiemnaście lat...

— Siedemnaście — podchwycił natychmiast Igor. — Jeszcze się uczy. We wrześniu zacznie siódmy rok w Instytucie Durmstrangu.

— Taaak? Widzę, że jest pan dobrze poinformowany — odparł czarodziej, na moment odrywając się od śledzenia gry i rzucając Karkarowowi przelotne spojrzenie. Zaraz jednak ponownie skupił uwagę na rozgrywce, bowiem Irlandczycy właśnie przejęli kafla.

— Latał już od pierwszej klasy. Od razu było widać, że daleko zajdzie — napomknął Igor.

— Mówi pan tak, jakby to widział na własne oczy.

— Bo widziałem. Tak się składa, że jestem dyrektorem Instytutu Durmstrangu — rzekł Karkarow, nie kryjąc dumy.

— Czego? — zdziwił się czarodziej. — A, szkoły?

— Tak, szkoły — odparł Igor, z naciskiem na to drugie słowo.

Brytyjczycy to całkowici ignoranci.

— No proszę — podjął rozmowę czarodziej, kiedy tylko sytuacja na boisku nieco się uspokoiła. — I mówi pan, że Krum tak wcześnie zaczął latać?

Karkarow uczepił się ulubionego tematu.

— Od razu było widać, że to jego powołanie! Kiedy tylko mógł, jaka by pogoda nie była, całymi dniami nic, tylko by latał...

— Aha.

— ...oczywiście, od razu poznałem się na talencie chłopaka...

— Co pan nie powie — mruknął czarodziej, nie odrywając wzroku od gry, najwyraźniej usiłując dać do zrozumienia Igorowi, że aż tak szczegółowa relacja z początków kariery Wiktora Kruma go nie interesuje.

— ...i nawet kiedy wybili kaflem okno w moim gabinecie nie byłem zbyt surowy — dodał Karkarow z rozpędu, cofając się coraz dalej we wspomnieniach.

W końcu odśnieżanie dziedzińca zamku przez dwa tygodnie bez użycia czarów nie było chyba zbyt ostrą karą...?