11. Azkaban
To miejsce powracało do niego w koszmarach.
Doskonale pamiętał, jak się wtedy czuł. Jakby coś ciągnęło go na dno lodowatego oceanu, a toń nad nim miała się już nigdy nie rozstąpić.
Nie chciał spędzić tam reszty życia.
Dlaczego miał ponieść karę jak inni Śmierciożercy? Przecież on nie był taki jak oni... na pewno nie. Nie znajdował przyjemności w zabijaniu i torturowaniu. Nie był fanatykiem jak niektórzy. Nie zgadzał się z tymi ich wszystkimi przekonaniami o konieczności zachowania czystości krwi...
Odszedłby od Śmierciożerców. Od Niego... Porzucił to wszystko już wcześniej, gdyby tylko mógł. Na pewno by tak zrobił.
Schwytano go jeszcze nim Czarny Pan poniósł klęskę. Wiedział, że jest poszukiwany i usiłował uciec. Wycofał się, nie kontaktował się z innymi Śmierciożercami. Ale aurorzy byli już na jego tropie. Mroczny Znak, który miał wypalony na przedramieniu był wystarczającym dowodem winy. A potem, gdy wyglądało na to, że Czarny Pan zginął, w perspektywie miał tylko dożywocie w Azkabanie.
Czuł, że tam nie wytrzyma. Inni mogli utrzymać się przy życiu, czepiając się zakrawającej na obłęd nadziei, że ich Pan kiedyś powróci i wynagrodzi im to, co wycierpieli. Ale on? On nie chciał Jego powrotu.
Nie powinien był przyłączać się do Śmierciożerców.
Cóż oni teraz znaczyli dla niego? Nic.
I wtedy, pogrążony w ciemności, znalazł rozwiązanie.
Zrobiłby wszystko, żeby stamtąd wyjść.
I zrobił.
Zdrada... to nie była zdrada. A nawet jeśli... Albo on, albo Śmierciożercy.
Wybór nie był trudny.
