24. Zaufanie

Ostre szczyty gór tonęły w gęstej mgle, spełzającej po stromych zboczach. Wąskie strugi powycinały w nich głębokie jary i wijąc się, spływały wartkimi, srebrzystymi kaskadami w dół, do położonego u stóp gór podłużnego jeziora o spokojnej, ciemnej toni.

Szedł niespiesznie wzdłuż jego brzegu, bez żadnego konkretnego celu. Musiał przyznać, że podoba mu się surowy krajobraz Szkocji. Przystanął i zapatrzył się na przeciwległy brzeg, skryty za zasłoną gęstej, mlecznobiałej mgły.

— Piękny widok, prawda?

Karkarow odwrócił się gwałtownie. Nieopodal stał Albus Dumbledore. Igor nie miał pojęcia, jakim sposobem nie zauważył jego pojawienia się. Czyżby dyrektor Hogwartu go śledził? Karkarow otrząsnął się z tego wrażenia i mruknął coś, co miało stanowić aprobatę.

— Poranny spacer? — zapytał Dumbledore.

— Raczej już popołudniowy — Karkarow wzruszył ramionami. — Nie mam dzisiaj wielu zajęć.

— Przejdziemy się?

Igor skinął głową. Dumbledore usiłował coś zagaić, ale że Karkarow nie był w nastroju do rozmowy, ta się nie kleiła. Z pewnych powodów Igor traktował Dumbledore'a z rezerwą. Nigdy nie potrafił go rozgryźć. Charakter Karkarowa kazał mu mierzyć wszystkich własną miarką. Dlatego zawsze dopatrywał się u innych obłudy, w słowach doszukiwał się podwójnego znaczenia, a w bezinteresowność czynów nigdy nie wierzył. Jeszcze kilka dni temu, nawet on mógłby stwierdzić, że nijak nie pasowało to do Dumbledore'a. A jednak nagle okazało się, że dyrektor Hogwartu, skutecznie sprawiający wrażenie nieszkodliwego wariata, wykazał się przewrotnością, o którą wcześniej trudno by było go posądzać. Najpierw okazało się, że na stanowisku nauczyciela obrony przed czarną magią zainstalował Moody'ego, a potem, co gorsza, wepchnął Pottera do Turnieju.

Krótko mówiąc, Igor miał prawo okazywać swoje niezadowolenie. I nie omieszkał tego uczynić przy każdej nadarzającej się okazji. Dumbledore jednak najwyraźniej nie pojął, że Karkarow chce, aby zostawiono go w spokoju.

— A jak twoja dyrektura w Durmstrangu? — zapytał znienacka takim tonem, jak gdyby dyskutowali o pogodzie.

— Całkiem dobrze — odparł Karkarow zwięźle.

— To już chyba dziesięć lat?

Igor nie wiedział, do czego prowadzi ta rozmowa. Ale poczuł się zirytowany.

— Przyznaj, że chętniej niż na stanowisku dyrektora widziałbyś mnie w Azkabanie — palnął znienacka i umilkł, poniewczasie stwierdzając, że może tym razem posunął się za daleko. Zatrzymali się. Gdzieś w podświadomości Karkarowa pojawiła się myśl, że akurat Dumbledore, choć doskonale wiedział o jego przeszłości, to jako jeden z nielicznych nigdy nie darzył go niechęcią. A przynajmniej nie jawną.

Dumbledore nic nie odrzekł, mierząc go przenikliwym wzrokiem sponad swoich okularów-połówek. Skutek był jasny: Karkarowowi zrobiło się tak jakby trochę głupio.

— Dlaczego tak sądzisz, Igorze? — zapytał po chwili.

Karkarow nie odpowiedział, udając że najbardziej interesują go otoczaki, leżące na brzegu jeziora.

— Nie mnie oceniać cudze czyny — powiedział Dumbledore. — Ale wierzę, że każdy może naprawić swoje błędy. Albo przynajmniej spróbować.

Igor spojrzał na niego z ukosa, ale nic nie odpowiedział.

— I wiedz, że nie wpuściłbym za próg zamku nikogo, kogo nie darzyłbym chociaż cieniem zaufania.

Słysząc te słowa, Karkarow, niemal bezwiednie uśmiechnął się swoim zimnym, nie sięgającym oczu uśmiechem.

„Lepszy cień, niż nic..." — pomyślał.