29. Uczciwość
Pierwsze promienie porannego, listopadowego słońca oświetlały pokład statku, pokryty cienką warstewką śniegu. Kryształki lodu lśniły w jego bladym świetle, skrzył się oszroniony takielunek. Białe wstęgi porannej mgły wiły się nad spokojną tonią jeziora, które już od dobrych kilku dni było zamarznięte przy brzegu. Gdzieś od strony czarnej, zbitej gęstwiny leśnej niosło się kwilenie ptaków.
Wiktor Krum rozejrzał się ostrożnie, nim na dobre opuścił osłonę, jaką dawała zejściówka prowadząca z wewnętrznych pomieszczeń statku na śródokręcie. Wyglądało na to, że pokład był pusty. Czyżby miał szczęście? Chciał wymknąć się do Hogwartu skoro świt, szybko zjeść śniadanie i zaszyć się w bibliotece na cały dzień. Co prawda, o tak wczesnej godzinie chyba jeszcze nie otwierali, ale cóż, najwyżej trochę zaczeka. Byle do wieczora. A jutro to już jakoś będzie...
Szybkim krokiem ruszył w kierunku trapu.
— Dzień dobry, Wiktorze.
Krum stanął jak wryty. Jego plan właśnie legł w gruzach. Westchnął bezgłośnie i odwrócił się.
Na pokładzie rufowym, oparty o bezanmaszt, stał Karkarow. Skubał swoją kozią bródkę i wpatrywał się bacznie w Wiktora.
Krum nawet nie silił się na wymamrotanie jakiegoś powitania. Miał już dość Karkarowa i żywił nieśmiałą nadzieję, że uda mu się go uniknąć. Na próżno. Trudno było wstać wcześniej od dyrektora. Rozsądniej byłoby się w ogóle nie kłaść.
Tymczasem Karkarow opuścił swoje strategiczne miejsce, z którego mógł obserwować cały pokład i podszedł do Wiktora.
— Jeżeli chodzi o naszą wczorajszą rozmowę... — zaczął.
Poprzedniego dnia, pomimo bardzo późnej pory, Karkarow wezwał do siebie Kruma i prosto z mostu oświadczył mu, że pierwszym zadaniem będą smoki. I bardzo się zdziwił, gdy Wiktor dał mu do zrozumienia, że jest daleki od okazywania wdzięczności za tę informację.
— Już wczoraj panu mówiłem — uciął zdecydowanie Krum, zbierając w sobie całą swoją pewność siebie. — Nie chcę żadnej pomocy.
— To zaledwie... wskazówka.
— Wskazówki również nie są potrzebne — odparł Wiktor, po czym dodał szybko, zanim Karkarow zdążył mu przerwać: — Sam pan mówił, że w magii, zwłaszcza w Czarnej Magii, najważniejsze są własne umiejętności. Że liczyć można tylko na siebie.
Karkarow jakby zawahał się na moment, po czym rzekł wymijająco:
— To co innego. Tutaj stawka jest wyższa. Chodzi o chwałę Durmstrangu.
— I oszukiwanie? — zapytał cicho Krum.
— Określiłbym to po prostu lekkim nagięciem regulaminu — odparł Karkarow lekceważąco.
— I przypominam, że to Hogwart był pierwszy. A poza tym... w tym przypadku cel uświęca środki.
Karkarow chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył. Wiktor po prostu odwrócił się i zszedł po trapie na brzeg.. Igor autentycznie osłupiał. Krum jeszcze nigdy się tak w stosunku do niego nie zachowywał.
Ten właśnie moment wybrał Aleksiej Poliakow, aby pojawić się na pokładzie; rozczochrany, w nie dopiętej szacie i z mało przytomnym wyrazem twarzy malującym się na obliczu, charakterystycznym dla stanu wczesnoporannego. Ziewnął szeroko i zrobił głupią minę, dostrzegłszy dyrektora. Nie przyszło mu do głowy, że może się tutaj na niego natknąć o tak wczesnej porze. Zanim zdążył podjął decyzję, czy wycofać się pod pokład, czy powiedzieć: „dzień dobry", Karkarow dostrzegł jego obecność.
— Jak ty wyglądasz, Poliakow! — rzekł ostro do Aleksieja — Spójrzże na siebie. Nie masz lustra?
Poliakow z miejsca poczuł się całkowicie obudzony. Stary kozioł był chyba w podłym humorze.
„Rany, co za człowiek! Zawsze musi się czepiać... Ale żeby tak od samego rana?" — pomyślał Aleksiej, bardziej zdziwiony, niż urażony, a na głos rzekł:
— Och, przepraszam... — po czym mruknął cicho do siebie: — Nie wiedziałem, że to zabronione...
Zdecydowanie, wstawanie o takiej pogańskiej godzinie nie było jednak najlepszym pomysłem.
Karkarow spojrzał za Wiktorem, który szedł w stronę zamku. Igor był poważnie zaniepokojony jutrzejszym zadaniem. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że Wiktor pamięta, jakie zaklęcia przerabiali na Teorii Czarnej Magii na szóstym roku. Igor kątem oka dostrzegł, że Poliakow zamierza po cichu wycofać się pod pokład.
— Panie Poliakow, skoro pan już wstał... — Zimny głos Karkarowa zatrzymał Aleksieja w miejscu. — Kiedy tylko doprowadzi się pan do porządku i będzie wyglądać, jak na ucznia Durmstrangu przystało, może pan z powodzeniem zabrać się za odśnieżanie pokładu. Zdąży pan jeszcze przed śniadaniem.
