34. Choroba

Igor rzadko chorował; właściwie to prawie nigdy. Dlatego każdy taki przypadek był dla niego małą katastrofą. Tym razem przeziębienie brało go przez dwa dni. Oczywiście zlekceważył pierwsze objawy. Na początku dokuczała mu tylko lekka gorączka i ból głowy. To powinno mu już dać do myślenia, bo normalnie głowa nigdy go nie bolała. Rezultat był łatwy do przewidzenia: rozłożył się na dobre. I to w dodatku w środku tygodnia.

Początek trzeciego dnia z pewnością nie był optymistyczny. Tylko przeziębienia mu brakowało. Ostatni raz katar miał chyba z dziesięć lat temu.

„Starość nie radość" — pomyślał Igor ponuro, czując drapanie w gardle.

Pomyślał o jakieś potwornej ilości zajęć, które miał dzisiaj w grafiku. Stanowczo nie czuł się na siłach, żeby się z nimi zmierzyć. Na samo wspomnienie o lekcjach zaczynało go mocniej łupać pod czaszką.

Po krótkim namyśle Karkarow zdecydował się dać sobie samemu dwadzieścia cztery godziny chorobowego. Na szczęście nie miał kłopotów z zastępstwem na teorii czarnej magii. Jeden z nauczycieli, Selim Kamzoj, który od niedawna uczył wstępu do teorii czarnej magii, bez większych trudności mógł wziąć za niego dzisiejsze godziny.

Na resztę dnia Igor zaszył się we własnej komnacie i w łóżku, z rezygnacją poddając się wyznaczonej przez los roli obłożnie chorego. Pozostało mu tylko leczyć się eliksirem na przeziębienie z dodatkiem wierzbowej kory, popijanym na przemian ze świeżo zaparzoną Rosyjską Karawaną.

Przymusowy dzień zwolnienia posiadał też swoje dobre strony. Nikt nie zawracał mu głowy, nie trzeba było się użerać z uczniami i wreszcie mógł się wyspać albo przynajmniej spróbować, bo gorączka jednak jakoś nie chciała ustąpić. Tego dnia Igor do pracy umysłowej się nie nadawał, ale za to czuł się na siłach, by w końcu przejrzeć plany magicznych żaglowców, które zdobył jakiś czas temu. Może znajdzie się w nich coś ciekawego, co można by ściągnąć od innych i zastosować przy żaglowcu Durmstrangu? Przestrzeń łóżka znakomicie nadawała się do tego, by rozłożyć się z olbrzymimi arkuszami.

Pod wieczór Igor stwierdził, że dwadzieścia cztery godziny to stanowczo górna granica jego wytrzymałości na bezczynność. Miał nadzieję, że następnego dnia będzie mógł już normalnie funkcjonować.

Niestety, przeziębienie miało w tej kwestii inne zdanie.