41. Nadzieja
Jedyna szansa, jedyna nadzieja.
I jedyna możliwość wydostania się z tego koszmarnego miejsca. Trzeba tylko na chwilę odzyskać jasność umysłu, na tyle długo, by przekonać tamtego mężczyznę, stojącego po drugiej stronie krat, żeby zechciał go wysłuchać. Żeby zechciał się zgodzić na jego propozycję.
— O co chodzi? — zapytał niecierpliwie Bartemiusz Crouch. — Nie mam czasu.
— Znam nazwiska... Tych, którzy byli najbliżej Niego — wychrypiał Karkarow, wczepiając się w kraty tak, jakby bez tego nie był w stanie utrzymać się na nogach. Jego własny głos brzmiał dla niego samego obco i zadziwiająco słabo. — Chcę... chcę pomóc Ministerstwu.
— Chcesz pomóc sobie — uciął beznamiętnie Crouch. W jego spojrzeniu próżno by wypatrywać jakiegokolwiek wyrazu, o zrozumieniu czy współczuciu nawet nie wspominając. Zatrzymał wzrok na zarysie Mrocznego Znaku Karkarowa, zdradliwie wyzierającego spod postrzępionego rękawa szaty.
Karkarow dostrzegł jego spojrzenie i szybko zakrył Znak, obciągając rękaw.
— Proszę... znam nazwiska. Wiele nazwisk.
— Jakie? — zapytał Crouch. Pierwszy raz dało się zauważyć w jego głosie ślad zainteresowania.
— Powiem to tylko na sali sądowej.
Crouch zamilkł na moment, jakby rozważał tę propozycję.
— I w zamian chcesz wolności?
Karkarow nic nie odparł. Obawiał się odpowiedzi, jaką mógł usłyszeć; bał się nawet oddychać.
— No dobrze, zobaczymy co da się zrobić...
