46. Zakład
Koszmarne, jazgotliwe wycie roznosiło się po całym statku. Słychać było je nawet w kabinie Karkarowa, pomimo tego że znajdowała się ona na rufie, a więc dość daleko od koszmarnego źródła dźwięku, zlokalizowanego gdzieś w okolicach śródokręcia.
Karkarow bezskutecznie usiłował pracować. Kiedy stwierdził, że od pięciu minut czyta to samo zdanie listu i pomimo tego dalej nie jest w stanie go zrozumieć, rzucił pióro na blat biurka i odłożył pergamin na bok wraz z innymi dokumentami. Pomasował skronie i westchnął. To dobrze, że Wiktor pracował nad rozwiązaniem zagadki z pierwszego zadania, ale, na litość, to koszmarne jajo już tak wyło i wyło co najmniej od godziny! Kto w ogóle wymyślił coś takiego? Zadania dla uczestników wybierało chyba brytyjskie ministerstwo... Oni wszyscy musieli być jacyś nienormalni...
Drzwi kabiny tylko nieznacznie tłumiły oszałamiające efekty akustyczne, które tego dnia umilały czas Igorowi. Karkarow stwierdził ostatecznie, że w tych warunkach z pracy nic nie będzie. Zostawił wszystkie papiery na biurku i opuścił swoją kabinę. Kierując się narastającym natężeniem rozdzierającego skrzeku, który brzmiał, jakby ktoś żywcem obdzierał ze skóry skrzata domowego, skierował się do międzypokładu. O ile się nie mylił – a ciężko byłoby się mylić – przeszywające dźwięki dochodziły z biblioteki. Zajrzał do środka. Jajo znajdowało się na jednym ze stołów, wyjąc ze wszystkich sił. Poza tym Igor nie natknął się na żywą duszę. Najwidoczniej uczniowie nie wytrzymali tego jazgotu i wynieśli się ze statku na dalsze rejony. Igor też by się chętnie wyniósł, ale papierkowa robota ograniczała mu możliwość manewrów do jego własnej kabiny.
Wiktora nigdzie nie było widać. Igor zacząłby się może zastanawiać nad tym faktem, gdyby nie to, że wycie jaja skutecznie płoszyło wszystkie myśli, zanim w ogóle zdążyły się pojawić. Przez moment Karkarow miał wielką ochotę wyrzucić diabelski przedmiot za okno, ale jakoś udało mu się opanować. Mimo wszystko, wyrzucanie mienia uczniów było jakoś nie na miejscu. Podszedł do jaja i zamknął je. Nastała błoga cisza.
Dopiero teraz Karkarow mógł racjonalnie pomyśleć. Wszystko to było nadzwyczaj dziwne. Czyżby Wiktor zapomniał zabrać to jajo ze sobą? Po co je tutaj w ogóle zostawił?
Igor westchnął, machnął ręką na to wszystko i wrócił do siebie z zamiarem podjęcia przerwanej pracy.
Niedaleko statku, tuż przy brzegu spokojnej toni jeziora, w pobliżu kępy bezlistnych drzew siedziało kilku uczniów Durmstrangu. Korzystali z uroków pierwszego cieplejszego dnia w tym roku, rozmawiając i ogółem zajmując się wszystkim tym, czym zajmują się uczniowie, kiedy nie mają lekcji. Kiedy jednak jazgotliwe wycie, dochodzące nawet do tego miejsca, umilkło, wszyscy zebrali się wokół Aleksieja Poliakowa.
— No i jak? Ile? — dopytywali się. Nawet Tatiana i Irina, które dotychczas trzymały się nieco na uboczu, dyskutując o czymś cicho nad jakąś książką, spojrzały z zainteresowaniem.
— Godzina, osiemnaście minut — powiedział Aleksiej, spoglądając na zegarek. — Nie sądziłem, że stary kozioł wytrzyma aż tyle. Piotr, byłeś najbliżej. Wygrałeś zakład.
— Czy Wiktor w ogóle wie, że wzięliście to jajo? — zapytała Tatiana.
— Nie. Od rana siedzi w bibliotece w zamku.
— Doigracie się kiedyś, zobaczycie — stwierdziła proroczo Tatiana.
— E tam — odparł lekceważąco Aleksiej — Karkarow pomyśli, że to Wiktor zostawił jajo. A jemu to wszystko przepuści.
