47. Hipogryfy
Ktoś zapukał do drzwi gabinetu. Igor złożył gazetę, którą czytał i powiedział:
— Proszę.
Do środka wszedł woźny Durmstrangu. Zatrzymał się tuż za progiem, mnąc futrzaną czapkę w dłoni i rzekł jednym tchem, bez żadnego wstępu:
— Panie dyrektorze, melduję, że hipogryfy znowu uciekły z wybiegu.
Karkarow spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem.
— Czy ja mam je teraz osobiście łapać? — zapytał uprzejmym i zarazem zimnym tonem.
— No nie, ale pomyślałem, że pan dyrektor powinien w końcu... to znaczy... no, dowiedzieć się o tym.
— Panie Jefensjewiej, nasze hipogryfy średnio raz na tydzień uciekają z wybiegu — odparł łagodnie Igor.
— To pan o tym wie? — wyrwało się woźnemu. — Eee, to znaczy...
— Rzuca się w oczy. Trudno było by nie zauważyć — powiedział Karkarow. Nie uznał za konieczne dodawać, że wybieg hipogryfów był doskonale widoczny z okien jego gabinetu.
— Nic dziwnego, że wylatują, skoro wybieg jest odkryty. Na szczęście zawsze wracają.
— Prawda — zgodził się woźny. — Ale jak będą tak cały dzień latać, to...
— To co?
— Mogą się, biedaki, zaziębić.
W pierwszym odruchu Karkarow miał zamiar zakpić z tej troski, ale potem pomyślał przelotnie o kosztach leczenia. Położyłoby to budżet jak nic. I tak znajdował się w stanie równowagi chwiejnej, chociaż był dopiero styczeń.
— Może je pan jakoś spróbować ściągnąć z powrotem? — zapytał Igor z nadzieją.
— Może gdyby im rzucić udziec wołu na wybieg... — dumał na głos Jefensjewiej. — To by zwróciło ich uwagę. I miałyby zajęcie.
— Nie przesadzajmy. I tak im jest za dobrze. Niedługo tak utyją, że w ogóle nie wzbiją się w powietrze.
„Z drugiej strony... może by to było jakieś rozwiązanie" — pomyślał Igor.
— Czyli bez udźca? — upewnił się woźny.
— Bez. Ale niech pan spróbuje na cukier — poradził Karkarow.
— Cukier? — zdziwił się Jefensjewiej.
— Tak, podobno one to lubią.
— Cóż, w takim razie idę spróbować. Do widzenia, panie dyrektorze.
— Do widzenia — odparł Karkarow.
Przez moment miał zamiar ponownie sięgnąć po gazetę, ale rozmyślił się. Wstał zza biurka i stanął przy oknie. Wybieg hipogryfów faktycznie był pusty. W środku zimy rzadko opuszczano zamek. Mało kto pojawiał się przy hipogryfach, o jeździe na nich w ogóle nie wspominając, i po prostu im się nudziło. Który to tam wykazywał się największą samowolą? Chyba Bystrooki. A reszta szła za nim.
Było ich tylko sześć. Kiedyś Durmstrang słynął z hodowli hipogryfów. Nie bez powodu w godle Durmstrangu znajdowało się to stworzenie. W najlepszych czasach trzymano ich tutaj ponad setkę. Potem było gorzej. Najpierw stado trzeba było zmniejszyć, gdy szkole zabrakło środków na utrzymanie tylu kosztownych stworzeń. Potem część zwierząt padła na chorobę, która przetrzebiła stado tak bardzo, że pozostało tylko kilkanaście sztuk. W czasach szkolnych Igora liczba hipogryfów dobiła niemal trzydziestki. Ale potem znów nastąpiły kłopoty z budżetem i część zwierząt została sprzedana. Zawsze były pilniejsze sprawy, a że do tego hipogryfy były drogie w utrzymaniu... Poprzestano na symbolicznej liczbie. Od czasu do czasu pojawiał się pomysł powiększenia liczebności stada, ale rzecz nieodmiennie rozbijała się o stronę finansową.
— Swoją drogą... ciekawe, czy ten cukier poskutkuje — mruknął do siebie Karkarow, skubiąc swoją kozią bródkę.
Cóż, nawet jeżeli nie podziała, to przynajmniej tanio wyjdzie.
