57. Przyjaciel
Do Wielkiej Sali wleciały sowy z poranną pocztą. Igor, odstawiając kubek po herbacie, zdążył pomyśleć, że jeden z ptaków wygląda jakoś znajomo. Sowa obniżyła pułap lotu, najwyraźniej z zamiarem wylądowania, jednak nie zdołała wycelować precyzyjnie. Zamiast usiąść na kawałku wolnej przestrzeni stołu, znajdującej się przed Karkarowem, gwałtownie zmieniła kierunek. Na nieszczęście, trafiła wprost do owsianki Snape'a, pryskając dookoła mlekiem i płatkami, w tym na Mistrza Eliksirów.
Igor ostrożnie zerknął na Severusa, by zbadać jego reakcję.
Snape z niezmąconym spokojem odłożył łyżkę, sięgnął po serwetkę i starannie wytarł plamy po owsiance, które miały czelność naruszyć nieskalaną czerń jego szaty. Sowa otrząsnęła pióra i zabrała się za wyjadanie z miski tego, czego nie udało jej się wychlapać.
Severus odwiązał list od nóżki sowy i spojrzał na adresata.
— To do ciebie — powiedział zimno doskonale obojętnym tonem, nawet nie spoglądając na Karkarowa. Podał mu kopertę. — Czy wasze sowy cierpią na śnieżną ślepotę?
— Nic mi o tym nie wiadomo — odparł Igor ostrożnie. Snape był ostatnio jakiś znerwicowany. Ze zrozumiałych powodów Karkarow wolał go nie drażnić.
— To na przyszłość trzymaj swoją korespondencję przy sobie — poradził mu Severus lodowato życzliwym tonem.
Karkarow zajął się listem, a Snape odganianiem sowy od resztek swojej owsianki. Ta jednak ani myślała ustąpić.
Igor wiedział, kto jest nadawcą listu. Sowa należała do Proteusa.
Karkarow nie posiadał przyjaciół, przynajmniej nie w ogólnym tego słowa znaczeniu. Przyjaźń opiera się na zaufaniu i zobowiązaniach. Igor podawał w wątpliwość istnienie tego pierwszego, a drugiego, kiedy tylko mógł, unikał. Ze swoim podejściem do Czarnej Magii, radykalnymi poglądami i trudnym charakterem, o pokrętnej przeszłości nie wspominając, nie stanowił, delikatnie mówiąc, osoby, z którą normalni ludzie chcieliby utrzymywać bliższe kontakty. Proteus Alföld stanowił pewnego rodzaju wyjątek. Dzieliło ich kilka lat różnicy – na tyle, by Proteus zdążył już skończyć edukację w Instytucie, kiedy Igor dopiero ją zaczynał. W szkole nigdy się nie poznali, a i przed etapem statku Durmstrangu ich kontakty były raczej powierzchowne. Kiedy Igor zajął się intensywnie remontem fregaty, odnowił kontakty ze wszystkimi znanymi sobie osobami, które mogły służyć jakąkolwiek pomocą w tym trudnym przedsięwzięciu. Na Proteusa też trafiło i szybko okazało się, że jest on bezcenną kopalnią informacji, szczególnie w zakresie pokrętnych regulacji prawnych. Bez niego Karkarow poszedłby na dno, bo jego rozeznanie w ustawach i gąszczu przepisów prawnych, mętnych jak wody na moczarach, kończyło się na wypełnieniu aktu własności i złożeniu podania o transport – wtedy jeszcze niemagicznego – obiektu z doku mugolskiego portu do Durmstrangu. Igor najczęściej przypominał sobie o Proteusie wtedy, kiedy czegoś od niego chciał. Jak na dość długo trwającą znajomość, Karkarow wiedział o nim zadziwiająco niewiele. Tylko tyle, że Proteus mieszkał jedynie w towarzystwie swojego psa nieopodal małej miejscowości, gdzie próżno by szukać drugiego czarodzieja, utrzymywał się z reperacji różnych mechanizmów, począwszy od czasomierzy, a na zmieniaczach czasu skończywszy, i odkładał pieniądze na remont własnego, małego jachtu, który czekał na lepsze czasy.
Z zamyślenia wyrwał go głos Dumbledora.
— Severusie, jeżeli będziesz miał zamiar rzucić Avadą w tę sowę, to z góry uprzedzam, że będę cię musiał powstrzymać — powiedział dyrektor Hogwartu pogodnie sponad rozłożonej gazety.
Snape spoglądał z wściekłością na sowę plądrującą resztki jego owsianki. Wyglądał, jakby faktycznie miał zamiar sięgnąć po różdżkę i uszkodzić sowę, które bynajmniej nie wyglądała na przejętą tą możliwością.
— Zrób coś, do diabła — warknął Mistrz Eliksirów do Igora. — Cała szkoła się na mnie patrzy.
Istotnie, wydarzenia przy nauczycielskim stole ściągnęły uwagę nie tylko ciała pedagogicznego, ale i sporej ilości uczniów. I nie tylko ci ostatni śmiali się w kułak.
— Pirat — zwrócił się Karkarow do sowy po imieniu. — Już, koniec zamieszania. Wracaj do domu. — Sowa spojrzała na niego z wyrzutem, ale ostatecznie zdecydowała się posłuchać i odleciała, zabierając sobie jeszcze na drogę kawałek tosta.
— Jeżeli wszystko u was funkcjonuje tak, jak sowy, to nic dziwnego, że macie taki bałagan — mruknął Snape z dezaprobatą.
— Pirat to imię sowy, tak? — zagadnął Dumbledore. Igor skinął twierdząco głową. — Pasuje, jeżeli wziąć pod uwagę skłonności do abordażu talerza Severusa — dodał dyrektor Hogwartu z rozbawieniem.
Snape popijał swoją herbatę z miną pod tytułem: nie-dam-się-wyprowadzić-z-równowagi.
Igor pomyślał chwilę o człowieku, który nazywa sowę imieniem Pirat i lekko się uśmiechnął, po czym otworzył list i zaczął go czytać.
