58. Szlaban

Karkarow dochodził do zakrętu korytarza, kiedy nagle ktoś na niego wpadł. Zaatakowany w tak niespodziewany sposób Igor zachwiał się, w ostatniej chwili odzyskując równowagę tylko dzięki temu, że oparł się o ścianę. Spojrzał na osobnika, który właśnie zbierał się z posadzki.

— Spieszy się pan dokądś, panie Jagodin? — zapytał Karkarow lodowato uprzejmym tonem.

— Przepraszam, ja nie chciałem... — Uczeń szybko zaczął zbierać książki, które wypadły mu z rąk przy kolizji.

— O ile się nie mylę, jest już po dzwonku — zauważył Igor, łaskawie pomijając milczeniem fakt, że o mało co nie został stratowany.

W oczach ucznia mignęło przerażenie. Wiedział, jaki będzie ciąg dalszy.

— To ja może już pójdę...

— Ależ ja pana nie zatrzymuję — powiedział Karkarow z obłudnym uśmieszkiem. — Stawi się pan w moim gabinecie, kiedy skończy pan lekcje. Porozmawiamy na temat punktualności. I pańskiego szlabanu.

Jagodin odszedł z dość nieszczęśliwą miną. Co za pech! Nie dość, że spóźnił się na lekcję, to jeszcze musiał wpaść, i to dosłownie, na dyrektora. A stary kozioł był znany z tego, że dawał kary już za mniejsze przewinienia. Nieszczęśnik nie miał złudzeń – w ciągu tej niefortunnej minuty pewnie zarobił podwójny szlaban.

Igor wrócił do swojego gabinetu i usiadł za biurkiem. Skrzywił się i pomasował po żebrach, dopiero teraz odczuwając skutki zderzenia — doprawdy, ci uczniowie stanowią zagrożenie porównywalne do Niewybaczalnych... A kto wie, czy nie większe. Tak jak wtedy, z tym żyrandolem...

Karkarow wyciągnął z kieszeni mały kalendarzyk, a z kalendarzyka karteczkę. Chwilę studiował listę, po czym zaznaczył coś na niej i mruknął do siebie:

— Przynajmniej już wiadomo, kto będzie jutro malować nadbudówkę. — Zamyślił się na chwilę. — I szorować pokład w przyszłym tygodniu.