59. Nieporozumienie

— Igorze, proszę, posłuchaj mnie...

— Ty chyba oszalałeś, Dumbledore! — warknął Karkarow. — Po tym wszystkim, co się tu wydarzyło? — Pozbierał się z ziemi, pospiesznie otrzepując z leśnego poszycia swoją brutalnie sponiewieraną przez gajowego Hogwartu osobę. Najchętniej oddaliłby się z tego miejsca jak najszybciej, ale uniemożliwiał mu to jego stan. Wciąż jeszcze odczuwał zawroty głowy i niezbyt pewnie stał na nogach. Wsparł się o pień drzewa, żeby nie upaść. Ten przeklęty półolbrzym o mało co go nie udusił.

— Hagrid, niestety, bywa impulsywny.

Igor wypowiedział w ojczystym języku kilka słów na temat impulsywności Hagrida — zdecydowanie dalekich od cenzuralnych.

— Rozumiem twoje wzburzenie... — zaczął jeszcze raz Dumbledore.

Wzburzenie! Dobre sobie. Najpierw sędzia turniejowy chce wyeliminować reprezentanta Durmstrangu. A potem ten przerośnięty gajowy ma czelność rzucać Karkarowem o drzewo.

— Nie, nie rozumiesz! Mam dość tych twoich gierek, Dumbledore. Gdybym mógł, jeszcze dzisiaj ja i moi uczniowie bylibyśmy w drodze powrotnej do Durmstrangu. Ale niestety — nie mogę. Wiedz jednak, że kiedy tylko skończy się ten Turniej, nie chcę mieć z wami więcej do czynienia!

Dumbledore spokojnie przyjął to oświadczenie. Na tyle, by Karkarow nieco się opanował. Zamilkł i ponuro spojrzał na Kruma, który wbrew własnej woli był świadkiem całej tej nieprzyjemnej sceny. Wiktor wyglądał, jakby był gotów oddać wszystko, byleby tylko znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.

— Wracamy na statek — rzucił w jego stronę Igor i ruszył w kierunku żaglowca, nie oglądając się za siebie. Dumbledore nie próbował go zatrzymywać.

Jeżeli całe to wydarzenie sprawiło, że Karkarow czuł się jak idiota, to spokój Dumbledore'a sprawił tylko, że poczuł się jak idiota do kwadratu.