61. Przeciek
Karkarow zszedł na dolny pokład i ruszył przed siebie wąskim, nieoświetlonym korytarzem. Rozległ się plusk. Igor zatrzymał się, zmarszczył brwi i spojrzał w dół. Wszedł w kałużę wody, której stanowczo nie powinno tutaj być. Machnięciem różdżki zapalił lampki, wiszące na obu ścianach. Sytuacja nie wyglądała dobrze. Może jeszcze nie tak źle, jak na mugolskim transatlantyku, który zderzył się z górą lodową, ale jeżeli nabiorą jeszcze trochę więcej wody, mogą stracić sterowność.
Na schodkach prowadzących na dolny pokład pojawił się Poliakow. Zauważył profesora i już miał się po cichu wycofać, kiedy stary kozioł, zupełnie jakby wyczuł, że ktoś za nim stoi, odwrócił się i spojrzał wprost na Aleksieja.
— Panie Poliakow, znowu zapomniał pan zabezpieczyć zejściówkę? — zapytał podejrzanie łagodnym tonem.
— Nie, panie profesorze — odparł Poliakow, z rezygnacją schodząc na dół; nie było sensu czaić się na schodach, skoro stary kozioł już go zobaczył. Pierwszego dnia, podczas zanurzenia, nalało się trochę wody do środka kadłuba. Właściwie stało się to przez Omskiego, który miał wszystko sprawdzić, ale że była to wachta Poliakowa, to na niego spadła cała wina. Karkarow zdążył już wspomnieć o tej zejściówce co najmniej dwadzieścia razy. A podróż miała trwać tylko trzy dni. Dziś był dopiero drugi.
— To chyba coś na dnie przecieka — rzekł niepewnie Aleksiej. — Rozszczelniło się może? W tej, no... rzęzi...
— Co rzęzi? — zdziwił się Karkarow.
— W zęzie jest dużo wody.
— No to jazda do pompy! — warknął Igor.
— Ale... to nie jest moja wachta!
— A chce pan pójść na dno?
Poliakow zbladł i czym prędzej udał się w głąb korytarza, rozchlapując wodę.
Karkarow oczywiście łgał — czarodziejskie statki nie toną.
Ale Poliakow wcale nie musiał o tym wiedzieć.
