64. Kafel

Karkarow siedział za biurkiem w gabinecie. Skubał swoją kozią bródkę i trzeci raz podliczał rachunki za bieżący miesiąc. Ciągle coś mu się nie zgadzało, jednak nie mógł odkryć w czym tkwi błąd.

Nagle za jego plecami rozległ się brzdęk tłuczonego szkła. Igor, kompletnie zaskoczony, poderwał wzrok znad papierów i obejrzał się. Jedyne co zdołał dostrzec, to zarys jakiegoś pocisku, który przeleciał przez jego gabinet, rujnując wszystko na swojej drodze.

Dodatkowych wrażeń dostarczył zamkowy kocur, dotychczas spokojnie drzemiący w fotelu pod ścianą. Teraz, przestraszony hałasem, poderwał się z piekielnym jazgotem i wylądował na globusie.

— Na Merlina — jęknął Igor, nie wiedząc na czym powinien skupić uwagę: na kocie, który właśnie wczepił się pazurami w Grenlandię i Ocean Arktyczny, czy może raczej na niezidentyfikowanym obiekcie latającym. Wybrał to drugie. Sięgnął po swoją różdżkę i rozejrzał się po gabinecie. W kącie chował się czerwony kafel. Sprawiał wrażenie, jakby był zawstydzony dziełem zniszczenia, którego dokonał i usiłował powolutku się odtoczyć.

Igor zatrzymał go zdecydowanym machnięciem różdżki, ściągnął – nie bez trudności – z globusa wciąż zjeżonego kota i spojrzał na wybitą szybę. Był tak tym wszystkim zdziwiony, że nawet się zbytnio nie zdenerwował. Pomyślał przelotnie, że rachunki już mu się na pewno nie będą zgadzać, bo teraz musiał doliczyć koszty wstawienia nowej szyby. Poszła w drobny mak – żadne Reparo by na to nie pomogło. Do strat własnych mógł doliczyć jeszcze lewą rękę, podrapaną przez przestraszonego kota.

Karkarow ostrożnie wyjrzał przez okno. Kto wie czy za kaflem nie nadlatywał, na przykład, tłuczek? Na szczęście na horyzoncie nie pojawił się żaden z ciężkich przedmiotów tego rodzaju – za to widoczna była aż nazbyt czytelna scena. Woźny Jefensjewiej strofował grupkę chłopców. Wszyscy mieli dość niewyraźne miny. Sądząc po miotłach, które trzymali w rękach, jeszcze przed chwilą grali w quidditcha. Niektórzy z obawą zerkali na okno dyrektorskiego gabinetu. Spodziewali się, że w najbliższym czasie czeka ich uziemienie i zamiana sprzętu sportowego na łopaty do odśnieżania.

Karkarow przez chwilę spoglądał na uczniów z dezaprobatą.

„Gracze w quidditcha od siedmiu boleści" — pomyślał z irytacją.

Tamtego dnia nawet mu przez myśl nie przemknęło, że wśród winowajców znajdował się Wiktor Krum, przyszła gwiazda reprezentacji bułgarskiej drużyny.