67. Zaklęcia
— Możecie mi wytłumaczyć co wyście tu wyprawiali? — zapytała profesor Berezowa, nie kryjąc zdenerwowania.
Igor milczał. Podobnie jak Antoszka. I Sienia. Nawet Grigorij, zawsze tak wygadany, tym razem nie potrafił wymyślić nic sensownego.
Trzeba było przyznać, że gniew pani profesor był niebezpodstawny. Komnata wyglądała jak pobojowisko. Cóż, chyba faktycznie trochę ich poniosło przy testowaniu nowych uroków i zaklęć, które znaleźli w książce, którą, nie wiadomo skąd, wytrzasnął Antoszka. W szkolnej bibliotece takich nie było – przynajmniej nie wśród tych ogólnie dostępnych. Cóż, może jednak powinni byli pójść z tym do lasku nad Dalekim Jeziorem, ale jak sama nazwa wskazywała, Dalekie Jezioro leżało najdalej ze wszystkich znajdujących się na terenie Durmstrangu i po prostu im się nie chciało... I pewnie gdyby nie narobili tyle hałasu, nikt by ich nie przyłapał.
— Czyja to książka? — zapytała profesor Berezowa. Wystarczył jej rzut oka na spis treści, by zorientować się, że taka lektura jest z pewnością nieodpowiednia dla trzynastolatków.
Jak było do przewidzenia, żaden z nich się nie przyznał.
— Widzę, że nie obejdzie się bez spotkania z dyrektorem. Ile razy trzeba wam powtarzać jak niebezpieczne mogą być nieznane zaklęcia? Czy wy nie respektujecie żadnych zasad?
Mina Igor jasno wskazywała, że nie trafiają do niego te argumenty. Być może to zwróciło uwagę pani profesor, która spojrzała wprost na niego.
— Jeszcze raz pytam, czyja to książka. — Chłopiec wzdrygnął się nerwowo pod jej wzrokiem, przywodzącym mu na myśl drapieżnego ptaka wpatrującego się w ofiarę.
Rzucił szybkie spojrzenie na Antoszkę.
— Cóż, nie moja...
